Kategorie
Przybysze z przeszłości, czyli o czym szepczą kamienie

Zapowiedź serii – uwaga na przestery i inne drobne niedociągnięciaaudio, których nie miałem cierpliwości już poprawiać

Kategorie
Organizacyjnie

Co dalej, czyli szybkie pytanie do Was

Witajcie,
Już od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem, żeby wzorem wielu blogujących Was o to zapytać. Ostatnio dość mało się tu dzieje, bo albo nie ma czasu, albo weny, albo pomysłu. No dobra. Z tym ostatnim chyba kłopotu jest akurat najmniej. W każdym razie w niedalekiej przyszłości chciałbym tego bloga jakoś ożywić. Stąd bardzo chętnie usłyszę, czego oczekiwalibyście po tym blogu. Trochę rzeczy się tu znalazło, w tym parę serii wpisów, które jednak mało dynamicznie się rozwijają. Była seria głosowa o wielkich filozofach. Było o filozofii bardziej pisemnie. Zdarzyło się też trochę wpisów paleontologicznych oraz moich wykładów wygłoszonych przy różnych okazjach. Poza tym może jeszcze pamiętacie kategorię refleksje literackie, w której uwaga, uwaga, znajdują się cztery wpisy, trzy o HP i jeden o pałacu północy. Tu przyznam, że pisałbym więcej o różnych autorach i powieściach, ale trudno jest czasami się zabrać do takich długich wpisów, jakie tam wstawiałem, a uważam, że analizy różnych motywów powinny być porządne. Trochę też tamta kategoria została zastąpiona przez wyzwanie czytelnicze. Pozostałych parę kategorii: przeróbki audio, z życia, statusy, okolicznościowo, czy awatary, to mały procent tego, co tu się znalazło, w każdym razie względnie mały. No i jeszcze mamy twórczość literacką, czasem aktualizowaną. Reasumując, zwracam się do Was z pytaniem, co chętnie widzielibyście na tym blogu? Oczywiście ma on pewien styl, którego raczej zmieniać nie będę, ponieważ stanowi on niejako część mnie, jednak Wasze zdanie też ma znaczenie. Powiedzcie, czego chcielibyście więcej, w jakiej formie: głosowej, czy pisemnej, choć pewnie będą tu jak do tej pory wpisy mieszane, jakie nowe serie mogłyby się tu pojawić, oczywiście w miarę moich zainteresowań i możliwości?
Od siebie mogę powiedzieć, że planuję niebawem ożywić sekcję paleontologiczną i zrobić cykl wpisów, raczej audio, dotyczących moich zbiorów skamieniałości. Każdy odcinek byłby poświęcony innemu eksponatowi, jakimś faktom z nim związanym, ale też historii tego, jak trafił do mojej kolekcji. Możecie też się wypowiedzieć, czy macie ochotę czegoś takiego słuchać.
Czekam na odzew, bo bez Was ten blog nie ma zbyt wiele sensu.
Trzymajcie się i do następnego wpisu.

Kategorie
Kilka słów o mnie

Q and A – odpowiedzi

Kategorie
Kilka słów o mnie

Q and A

Kategorie
z życia

O książkach, wyjazdach i zielonych słoniach, czyli podsumowanie roku 2020

Witajcie,
Szczerze mówiąc, nie myślałem, że dzisiaj będę zamieszczać ten wpis. Dawałem sobie czas do końca przyszłego tygodnia, bo teoretycznie powinienem w tej chwili robić coś całkowicie innego związanego z uczelnią. Ostatecznie jednak, pod wpływem czytania podsumowań na innych blogach zdecydowałem, że nie będę zwlekał również ze swoim. Rok 2020 był to dziwny rok, że sparafrazuję klasyka. Każdy doświadczył tego na swój sposób i zapewne każdy był w pewnym momencie zmuszony do weryfikacji wcześniejszych planów. Nie chcę, żeby ten mój wywód był zbyt pesymistyczny. Lepiej skoncentrować się na pozytywach, dlatego lista zażaleń składanych tu przeze mnie na ubiegły rok nie będzie długa. Chwilę jednak ponarzekam. W końcu narzekanie to nasz narodowy sport, a teraz wszystko, co narodowe jest na czasie, więc dochowam wierności trendom. 😀
Rzeczą, której najbardziej brakowało mi w minionym 2020 były wyjazdy w gronie rówieśników i w tej sferze najmocniej odczułem efekt obostrzeń pandemicznych. Z powodu wiadomej sytuacji, nie mogłem pojechać na tydzień filozoficzny do Lublina, nie odbyła się majówka filozoficzna, ani wyjazd z fundacją kultury bez barier, o której pisałem już przy okazji zeszłorocznego podsumowania. Nie ukrywam, że były to dla mnie dość duże straty. Wiadomo. W depresję nie wpadłem, ale smutno było. Jestem zwierzęciem zdecydowanie stadnym i potrzebuję bezpośrednich relacji z innymi, możliwości poznawania nowych ludzi i po prostu wspólnego spędzania wolnego czasu. Zawsze też takie wyjazdy akcentują jeszcze bardziej moją niezależność, a to dla mnie istotne. Nie wyszedł także mój wyjazd do Poznania. Żałuję, ponieważ liczyłem, że w ubiegłym roku uda mi się zwiedzić to miasto. Od dawna pociągało mnie ze względu na swoje historyczne znaczenie, obecność muzeum przyrodniczego, a od kilku miesięcy również ze względu na bliskość Puszczykowa i muzeum Arkadego Fiedlera, mojego zeszłorocznego objawienia literackiego.
Poza wszystkim miał to być fajny wyjazd towarzyski, typowo turystyczny, bez skupiania się na jednym konkretnym celu, a właśnie przyjemnym spędzeniu czasu, luźnym włóczeniu się po mieście i zaliczaniu wybranych jego atrakcji. Przyznam, że brakuje mi generalnie takich wyjazdów, z ludźmi w moim wieku i w celach w stu procentach rekreacyjnych. Niestety i tutaj pandemia pokrzyżowała plany, a w sumie mam bardzo silne wrażenie, że nie tylko pandemia. Mniejsza z tym. Było, minęło, a ja obiecałem, że będzie więcej optymizmu, niż narzekania. Co zatem przydarzyło mi się fajnego w 2020. Lecąc od początku, w kolejności kalendarzowej, szkolenie z realizacji projektów metodą Design Thinking. Kiedyś poświęciłem temu wyjazdowi i wyniesionym z niego korzyściom cały wpis, więc zainteresowanych odsyłam właśnie tam. W minionym roku przekonałem się też jeszcze raz, jak ważne i budujące jest poczucie, że ma się wokół życzliwe osoby, które o nas pamiętają, zwłaszcza w sytuacji, gdy tak-zwana codzienna normalność zostaje zaburzona, co odczuliśmy chyba wszyscy.
Dziękuję tym wszystkim, którzy w zeszłym roku po prostu byli obecni, mimo, że dla każdego był to na swój sposób trudny czas. Dziękuję za spacery, kiedy po całkowitym lock downie były już możliwe i za telefony, które poza tym, że same w sobie były bardzo miłe, stanowiły też namiastkę bezpośrednich relacji.
Kolejną rzeczą, której nie mogę nie docenić, jest sprawność, z jaką środowiska, w których działam przeszły w tryb zdalny, dzięki czemu nie byłem zmuszony do aż tak dużych ograniczeń swojej aktywności. Może zaskoczę większość z was, ale przyznam, że generalnie pozytywnie oceniam funkcjonowanie uczelni w przestrzeni online. Pewnie to specyfika kierunku, natomiast trzeba powiedzieć, że z mojej perspektywy zajęcia nie straciły zbytnio na swojej merytoryczności, czy dostępności, a nawet udział w nich stał się w pewnym sensie łatwiejszy. Nie wiązał się na przykład z koniecznością dojeżdżania na wykłady. To z kolei sprawiło, że miałem więcej czasu i mogłem zaangażować się maksymalnie również w działalność społeczną w mojej organizacji. Gdybym musiał uczestniczyć stacjonarnie w zajęciach uczelnianych, na pewno nie dałbym rady w tak dużym stopniu poświęcać się wolontariatom. I tu kolejne optymistyczne odkrycie. Okazało się, że wiele działań projektowych, choć oczywiście w trochę zmodyfikowanej formie, udało się przenieść w przestrzeń wirtualną. Był to z jednej strony sukces naszych zespołów koordynujących działania, ale z drugiej zasługa adresatów projektów, którym nadal chciało się aktywnie spędzać czas, choć w zmienionej konwencji. Wiele nauczyłem się dzięki podjętym w ubiegłym roku inicjatywom. Za sprawą współorganizowanego przeze mnie warsztatu RPG poświęconego tematyce ekologicznej, znacznie poszerzyłem swoje spojrzenie na tematy związane z problemami środowiska naturalnego i zamierzam nadal rozwijać się w tym zakresie. Po raz pierwszy zetknąłem się też w bardziej kompleksowym sensie z problemem wypalenia aktywistycznego, dzięki współprowadzeniu warsztatów jego dotyczących. Dzisiaj, dzięki tym warsztatom wiem więcej o aktywizmie, komunikacji interpersonalnej, czy sygnalizowaniu własnych potrzeb, a istnieje możliwość, że w tym roku będziemy kontynuować ten projekt. Całe wydarzenie było organizowane w ramach szerszej inicjatywy Wolontariat dla wszystkich, pod kątem której mieliśmy na początku zeszłorocznych wakacji parodniowe szkolenie wyjazdowe. To następna rzecz, którą wspominam bardzo pozytywnie, głównie ze względu na atmosferę: twórczą, wesołą i sprzyjającą integracji. Skoro już jestem przy wyjazdach, które mimo wszystko się udały, nie mogę nie wspomnieć o dwóch pobytach w Warszawie, w tym również na Sylwestra, i w Kątach rybackich. Wszystkie te trzy wyjazdy spędziliśmy w małym czteroosobowym gronie z jednymi znajomymi, a ich otwartość i poczucie humoru sprawiły, że był to niezapomniany czas. Dziękuję. Zbliżając się do końca mojego podsumowania, wspomnę jeszcze o nabytych umiejętnościach technicznych. Zmuszony okolicznościami, jak wielu innych, musiałem opanować komunikatory, które staną się chyba swoistym symbolem roku 2020, czyli Zooma i Teamsa. Mimo, że początki nie były najłatwiejsze, z pomocą cierpliwych znajomych i własnej determinacji, udało mi się wreszcie je obłaskawić, przy czym Teams nadal momentami działa mi na nerwy.
Dzięki technikom online?owym mogłem też wrócić do paleontologii. Dawno nie dowiedziałem się tylu rzeczy, co w zeszłym roku za sprawą wykładów organizowanych przez Muzeum Ziemi w Warszawie i udostępnianych na youtube. Ukończyłem też parę kursów na Copernicus College poświęconych filozoficznym i metodologicznym aspektom teorii ewolucji.
A co w sferze, z którą zawsze się tak utożsamiam, czyli w sferze książek? Tutaj też dużo się działo, jak wiedzą Ci, którzy czytali regularnie mojego bloga. Wprawdzie nie udało mi się przeczytać stu książek, o co chodzi wiedzą również czytelnicy bloga, ale kilka jednak zaliczyłem. Zmianą było to, że w zeszłym roku gatunkiem, po który sięgałem najczęściej nie była fantastyka, ale literatura przygodowa i podróżnicza.
Serio. Nie przesłyszeliście się. Może to swoista rekompensata za nieudane wyjazdy? W każdym razie do fantastyki z pewnością wrócę i to już wkrótce. Kto wie, ten wie, jak wieloznaczne to pojęcie. 😀 Ubiegły rok to także rok nowych znajomości. W sumie od czasu, gdy dołączyłem do CWM, każdy rok to nowe znajomości. Co szczególnie zadziwiające, te stare cały czas trwają, a to oznacza, że ludzie jakoś zemną wytrzymują. Myślicie, że to dlatego, że jednak nie jestem aż tak nienormalny, czy raczej to kwestia złego wpływu, który wywieram na te osoby, sprawiając, że z czasem dysproporcja nienormalności się wyrównuje. :p
Może łatwiej będzie Wam odpowiedzieć na to pytanie, jeśli zaznaczę, że po paru tygodniach znajomości, wspólnie z moją nową wolontariuszką Agnieszką powołaliśmy do istnienia zielonego słonia, który, jak wieść niesie, straszy w gdańskich lasach. 😀
Nie wiecie o co chodzi? Nie dziwię się, ale gdybyście nie mogli spać po nocach z tego powodu, piszcie w komentarzach. Spróbuję wyjaśnić. Ile mieliśmy z Agą śmiechu w związku z tą historią, to nasze. Ostatnie już osiągnięcie, którym chciałbym się z Wami podzielić, to ukończenie mojego pierwszego artykułu naukowego. Jak dobrze pójdzie, ukaże się on w jednym z filozoficznych czasopism. Na razie trafił do recenzji, więc wieżę, że rozstrzygnięcie już niedługo. Ukończenie tego artykułu było dla mnie ważnym osiągnięciem, oczywiście zaraz po zielonym słoniu. 😛
W ten sposób dotarliśmy do końca mojego podsumowania ubiegłego roku. Tym, którzy dotrwali, życzę, żeby ten nowy rok 2021 był normalniejszy od poprzedniego pod każdym względem, pod jakim tylko chcielibyście żeby się poprawił. Życzę, żeby każdy wszedł w ten nowy rok z optymizmem, zostawiając za sobą zeszłoroczne niepowodzenia i zawsze widział szklankę do połowy pełną. Miejmy nadzieję na powrót do codzienności, jaką znaliśmy sprzed pandemii, ale też bądźmy elastyczni, aby umieć dostosować się do tego, co nowe i móc w tym nowym realizować swoje założenia. W końcu życzę Wam dużo asertywności, zarówno w relacjach z innymi, jak i w odniesieniu do przekazów medialnych. Miejmy swoje zdanie i miejmy odwagę go bronić, ale racjonalnie. Szanujmy innych, nawet, a może szczególnie wtedy, kiedy się od nas różnią. Słuchajmy ich i wyciągajmy dla siebie to co najlepsze, kiedy trzeba, przyznając się do błędu, a jednocześnie nie dając sobą manipulować. Zachowujmy obiektywizm i złoty środek, patrząc na rzeczy zawsze wieloaspektowo i z wielu perspektyw, bo zazwyczaj taki właśnie mają charakter. Życzę Wam tego wszystkiego, a sobie dodatkowo motywacji i szczęścia w tym przełomowym dla mnie roku, bo roku obrony magisterki. Wierzę jednak, że pójdzie dobrze, tym bardziej, że 2021 jest rokiem bohatera mojej pracy, a więc Stanisława Lema. Serio. Nie planowałem tego. 😀
Do usłyszenia w następnym wpisie i oczywiście komentarze do Waszej dyspozycji.

Kategorie
Nominacje

Pajperowa nominacja

Witajcie,
Przyznam, że wahałem się, czy ostatecznie podejmować wyzwanie.
W gruncie rzeczy też uważam, że blogi powinny żyć własnym życiem i czasami nie ma co ingerować w nie do tego stopnia, żeby aż wyznaczać terminy nominacjom, choć rozumiem zamysł.
Z drugiej strony jednak uznałem, że można się pobawić.
No to jedziemy.
1. Gdybyś miał/miała spędzić dzień z bohaterem lub bohaterką bajki dla dzieci, kto by to był? Jakie trzy pytania chciał/chciałabyś mu/jej zadać?
To trudne pytanie, tym bardziej, że wielu postaci z bajek zwyczajnie już nie pamiętam.
Myślę, że ciekawe mogłoby być spotkanie z Diego z epoki lodowcowej. To jedna z moich ulubionych bajek, a tą postać lubię chyba dlatego, że doceniam postaci niejednoznaczne i takie, które przechodzą przemianę, oczywiście tą pozytywną.
Myślę, że zadałbym mu pytanie, czy był jakiś konkretny moment, który wpłynął na jego decyzję, że nie może poświęcić, dziecka, leniwca i mamuta?
Po drugie zapytałbym o to, która chwila była dla niego trudniejsza i dlaczego, ta, w której musiał przyznać przed nowymi przyjaciółmi, że chciał ich zdradzić, czy ostateczne wystąpienie przeciwko swojemu dawnemu stadu?
Wreszcie pewnie bym zapytał, dlaczego tak naprawdę przeżył kryzys na początku trzeciej części, kiedy zamierzał odejść od stada.
Myślę, że wbrew pozorom nie było tu jednego powodu.
2. Który Eltenowy bloger byłby Twoim zdaniem najlepszym kandydatem na ministra zdrowia? Dlaczego?
Nie mam takiego typu, ponieważ zbyt mało znam większość osób na Eltenie.
3. Jaka była najgorsza książka, którą przeczytałeś/przeczytałaś? Dlaczego?
I znowu niełatwe pytanie.
Było trochę książek, które mnie odrzuciły. Zastanawiałbym się nad Dziadami częścią trzecią, ale miało być o książce, którą przeczytałem, a nie którą tylko zacząłem czytać.
W związku z powyższym postawię na tego obcego.
Teraz może spojrzałbym na to dzieło inaczej, choć nadal nie często sięgam po książki obyczajowe, ale wtedy, gdy miałem pozycję pani Jurgielewiczowej jako lekturę, wydawała mi się po prostu przerażająco nudna.
4. Jakie byłyby trzy pytania, które zadałbyś/zadałabyś, gdybyś mógł/mogła przeprowadzić wywiad z panem Bogiem dla radia BBC?
Znając siebie, przypuszczam, że byłyby to jakieś pytania filozoficzne. Pierwsze, jaka koncepcja dobra, jeśli w ogóle jakaś z tych proponowanych przez etyków jest mu najbliższa? Drugie, czy życie, w którym na nic się nie czeka i nic nie jest zaskoczeniem nie jest nudne, a jeśli nie, to co sprawia, że jest ciekawe? No i trzecie, czy dobroć Boga determinuje jego działania na zasadzie przymiotu moralnego, a zatem nie dokonuje obiektywnego zła, bo po prostu nie chce, czy może dobroć ta wiąże go analogicznie do, no nie wiem, praw fizyki, sprawiając, że po prostu nie może postąpić inaczej, jest jakoś zdeterminowany? Jeśli to drugie, to można zapytać, czy atrybut ten nie koliduje z wszechmocą.
5. Gdyby któryś z Eltenowiczów miał przez następne 24 godziny znać wszystkie Twoje myśli, kto by to był?
Podobnie, jak Monia, odpowiem, że chyba nikt. Prywatność to jednak ważna rzecz, a znajomość myśli innych mogłaby pewnie dużo rzeczy skomplikować.
Gdybym jednak nie miał wyboru, sądzę, że byłby to Pajper.
A teraz najtrudniejsze.
Trzeba wymyślić pięć własnych pytań.
No dobra. Spróbujemy.
1. Gdybyś miał/miała przenieść się na jeden dzień do wybranego świata przedstawionego z literatury, filmu, ETC, co to byłby za świat i dlaczego?
2. Gdybyś musiał/ musiała przedstawić się komuś przy użyciu pięciu określających Cię najlepiej przymiotników, co by to było?
3. Gdybyś miał/miała wymienić trzy książki, które w jakiś sposób cię ukształtowały, jakie to byłyby książki i dlaczego?
4. Gdybyś miał/miała możliwość powrotu na jeden dzień do wybranego miejsca ze swojej przeszłości, co to by było za miejsce?
5. Wyobraź sobie, że możesz zadać jedno pytanie o swoją przyszłość nieomylnemu wieszczowi? O co chciałbyś/chciałabyś go zapytać?
Nominowani: Matius, Everlastink dream, HelenkaGD, Jamajka.

Kategorie
Przeróbki audio

Spontaniczny audiomem

Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

29-36: czyli Narnia okiem dorosłego

Witajcie,
Myślę, że tytuł niniejszego wpisu mówi wiele na temat tego, co będzie przedmiotem rozważań, więc nie będę się tu nadmiernie rozwodził.
W ramach chwilowego odpoczynku od literatury podróżniczej i korzystając z tego, że na moment, kiedy zaczynałem czytać nie rozpoczął się jeszcze rok akademicki, postanowiłem zrobić to, o czym myślałem już od dawna.
Wróciłem do septologii Lewisa, aby spojrzeć na nią z perspektywy dorosłego, a także z perspektywy filozofa.
Teraz podzielę się z wami wnioskami z tego zapoznawania. Na koniec poświęcę również kilka słów ósmej książce,, którą idąc za ciosem, przeczytałem także w ostatnim czasie.
Jest to naukowe opracowanie, które zaklasyfikowałbym tematycznie do dziedziny filozofii literatury, traktujące o Narnii jako o z jednej strony pewnej apologetyce chrześcijaństwa, z drugiej zaś specyficznej diagnozie współczesności.
Co do samej septologii, w prezentacji moich spostrzeżeń będę się trzymać chronologii wydarzeń, a nie wydawania poszczególnych części przez Lewisa.
Przyjrzyjmy się zatem na początek motywom zawartym w Siostrzeńcu czarodzieja.
Pierwszą rzeczą, na którą można zwrócić uwagę, jest ukazanie zdegenerowanej nauki, nauki odciętej od etyki, uprawianej przez szaleńców pozbawionych skrupułów i zaślepionych swoimi możliwościami.
Takie oblicze nauki prezentuje w pewnym sensie wuj Andrzej.
Samo zagadnienie relacji między nauką, a etyką jest oczywiście bardzo skomplikowane i nie zamierzam go tu roztrząsać.
Wiadomo, że zwłaszcza w naukach stosowanych nierzadko trzeba przyjąć perspektywę utylitarystyczną i poświęcić coś, aby ratować coś innego. Przykładem eksperymenty na zwierzętach. Sprawa niezwykle dyskusyjna i niełatwa, wymagająca jak dla mnie bardzo kompleksowego podejścia i wnikliwych rozważań oraz regulacji.
Etyczny wymiar badań naukowych dostarcza jeszcze większej ilości komplikacji, gdy założymy, że tym, co mamy poświęcić dla większego dobra jest bezpieczeństwo, wolność, czy nawet życie świadomej, a wręcz samoświadomej istoty.
W tym momencie wchodzimy na bardzo niestabilny grunt. W optyce religijnej, jaką wyznawał Lewis, poświęcenie takie jest niedopuszczalne. Nawet jednak, gdy uwzględnimy systemy etyczne nie podbudowane religijnie: kantyzm, czy utylitaryzm, sprawa jest bardzo dyskusyjna. Intuicyjnie powiedzielibyśmy, że nie możemy zmuszać nikogo do niczego bez jego woli, a do takiego przymusu uciekł się właśnie wuj Andrzej. Z drugiej strony nawet jeśli przyjmiemy za utylitarystami zasadę maksymalizacji użyteczności głoszącą, że dopuszczalne jest poświęcenie jakiejś wartości, jeśli suma zysków wynikających z tego poświęcenia przewyższa w perspektywie sumę wynikających z niego strat, wciąż dostrzegalny jest tu pewien moralny zgrzyt.
Nie da się bowiem ukryć, że wuj Andrzej, wysyłając dzieci w nieznane, nie miał na względzie żadnego szczytnego celu. Myślał jedynie o sławie i instrumentalnie pojmowanej wiedzy. Nawet jeśli miałoby się okazać, że całe przedsięwzięcie zaowocowałoby jakimiś dobroczynnymi konsekwencjami, stanowiłyby one jedynie przypadek nie mieszczący się w intencjach wyjściowych wuja Andrzeja.
Do obrazu zdegenerowanej nauki w septologii wrócę jeszcze przy okazji omawiania opracowania naukowego. Tym czasem jednak idźmy dalej,.
Kolejną rzeczą, jaka zwróciła moją uwagę, był sposób pojawienia się w Narnii zła pod postacią czarownicy Jadis. Jak się wydaje, mamy tu parę religijnych analogii. Widzimy więc, że zło pojawia się w kraju Aslana w sposób całkowicie niezamierzony, jako czynnik ludzki, i to w dosłownym znaczeniu. To przecież właśnie Diggory, człowiek, sprowadza do Narnii zło. Jak by tego było mało, widzimy, że podobnie, jak w wykładni biblijnej, choć oczywiście nie dokładnie tak samo, zło zostaje rozbudzone przez ludzką ciekawość.
Na marginesie można zaznaczyć, że Lewis zrobił tutaj pewien unik, jeżeli chodzi o bardzo trudny problem genezy zła.
Odpowiedział mianowicie na pytanie, skąd zło wzięło się w Narnii. Nie powiedział jednak nic w sprawie tego, jak ono powstało. Przenosząc jego początek do światów równoległych, odsunął tylko na bok niewygodny temat.
Cóż jeszcze zwróciło moją uwagę w Siostrzeńcu czarodzieja? Myślę, że takim momentem był również opis powołania Narnii do życia, a ściślej przebudzenia mówiących zwierząt. Znamienne moim zdaniem pozostaje przykazanie Aslana, by mieszkańcy Narnii żyli w prawości, bo jeśli nie, staną się znowu dzikimi, niemymi zwierzętami.
Nie można się oprzeć wrażeniu, że jest to ostrzeżenie przed upadkiem moralnym, po którym nie ma się już dostępu do świata prawdziwych wartości.
Jeśli mowa o poznaniu, można od razu wspomnieć o roli wiary w jego osiąganiu. Kwestia ta wydaje się bardzo ważna z perspektywy cyklu. Daje się w nim odczytać scholastyczną zasadę wierzę, abym zrozumiał.
Zgodnie z tą regułą w Siostrzeńcu widzimy dokładnie, że aby dostrzec pewne rzeczy przekraczające nasze codzienne doświadczenie oparte na naukowym obrazie świata i zmysłach, trzeba wyjść poza utarte schematy, zdać się na intuicję i pozwolić sobie uwierzyć. Z perspektywy nauki takie całkowite odcięcie się od zdrowego rozsądku i Empirii jest znów mocno dyskusyjne, a jednak wydaje się, że właśnie dlatego to dzieci mogą odnaleźć Narnię. Nie zostały jeszcze bowiem wtłoczone w utarte schematy przez krytykowaną przez Lewisa współczesną cywilizację.
Właśnie dlatego dzieci mogły rozmawiać ze zwierzętami, podczas gdy wuj Andrzej, zaślepiony racjonalnością, widział w nich tylko nieme, dzikie bestie.
Jeszcze wyraźniejsze ostrzeżenie przed zgubnymi wpływami cywilizacyjnymi dostajemy od autora na samym końcu omawianej książki. Wkłada on tam w usta Aslana coś na zasadzie upomnienia, iż jeśli ludzie się nie opamiętają, również im grozi zdominowanie przez okrutnych tyranów, a nawet zagłada, jeśli wynajdą coś o podobnej sile rażenia, jak żałosne słowo czarownicy Jadis.
Jak wiadomo, niektórzy interpretatorzy doszukują się tu analogii do przemysłu jądrowego.
Skoro już mowa o Jadis, dodam na marginesie całkowicie niezwiązaną uwagę. Nie mogę mianowicie oprzeć się wrażeniu, że Jadis, choć przerażająca w Harnie i Narnii, jest w swoim zaślepieniu komiczna po przeniesieniu do ludzkiego świata.
I teraz pytanie, czy to błąd w charakteryzacji, czy celowy zabieg.
Wracając jednak do głównego tematu.
Przejdźmy od razu do analizy, choć już nie tak wnikliwej, Księcia Kaspiana. Celowo pomijam tu Lwa, czarownicę i starą szafę, gdyż wydaje mi się ona bardzo oklepana, a zawarte w niej analogie są większości bardzo dobrze znane.
Nie wypowiem się również na temat Konia i jego chłopca, choć tu też mamy do czynienia z pewną religijną wykładnią.
Nad samym księciem Kaspianem, nie będę się rozwodził.
Tutaj przede wszystkim utkwiło mi w pamięci kolejne podkreślenie roli wiary w relacji z absolutem.
Widzimy bowiem, że aby zobaczyć Aslana, bohaterowie musieli najpierw uwierzyć w jego przybycie.
• Prawidłowość tą dostrzec można wyraźnie, gdy Aslan przybywa, by wskazać dzieciom drogę do starych narnijczyków i z początku dostrzega go jedynie Łucja, która nie tylko nigdy nie zwątpiła w lwa, ale była w swojej wierze całkowicie bezinteresowna.
• Następną w kolejności książką jest Podróż wędrowca do świtu, ale muszę przyznać, że tu mało rzeczy zapadło mi w pamięć.
• Swoją wymowę ma na pewno przemiana wewnętrzna Eustachego, której doznał po przygodzie na smoczej wyspie i indywidualnym uzdrowieniu przez Aslana.
• Interesująca jest również wizyta Łucji w Sali z księgą zaklęć, jej rozterki, czy wyrzec się siebie na rzecz zaspokojenia osobistych kompleksów, a także moment, gdy słyszy ona, co mówią o niej tak-zwani przyjaciele. Nie sposób oprzeć się tu stwierdzeniu, że niekiedy lepiej jest nie wiedzieć, co myślą o nas inni, jeśli chcemy zachować z nimi dobre relacje.
• Ostatnim elementem na jaki zwróciłem uwagę w tym tomie są słowa Aslana zaraz po tym, jak Łucja uczyniła go widzialnym.
• Zdanie, że cały czas tu był, można jak sądzę odnieść do jego wszechobecności jako absolutu.
Nadszedł czas na kolejną powieść z cyklu, czyli srebrne krzesło.
Tu filozof ma w pewnym sensie używanie, zwłaszcza pod koniec książki.
Konkretnie pole do filozoficznych interpretacji daje rozmowa tak-zwanej pani w zielonej sukni stojącą za porwaniem księcia Riliana, wokół poszukiwań którego osnuta jest większość fabuły, a tytułowymi bohaterami Julią i Eustachym.
Moment, w którym czarownica usiłuje przekonać dzieci, że nie istnieje żaden świat poza jej podziemnym królestwem, dzieci zaś argumentują, że królestwo to jest jedynie niedoskonałym odbiciem w porównaniu ze światem nadziemia, z którego przychodzą, przypomina do złudzenia dyskusję między idealistami platońskimi, a naturalistami ontologicznymi.
Ci pierwsi za Platonem utrzymywaliby, że cały świat materialny jest jedynie niedoskonałym ucieleśnieniem wiecznych, niezmiennych idei. Ci drudzy przyjmują tezę, że naprawdę istnieje tylko to, co naturalne i poznawalne zmysłowo.
Historia Riliana porwanego przez czarownicę do podziemia, w którym zatracił pamięć o swojej prawdziwej tożsamości bardzo dobrze wpasowuje się w koncepcję Platona, który twierdził, że dusza ludzka była kiedyś w świecie idei, ale zatraciła pamięć o nim w chwili, gdy została uwięziona w ciele.
Cały proces ludzkiego poznawania, mówi Platon, jest przypominaniem sobie obrazów ze świata idei na podstawie ich niedoskonałych odbić w świecie materialnym.
Nazywamy to koncepcją anamnezy.
Uświadomienie ludzi, że tak naprawdę żyją w czymś w rodzaju poznawczej iluzji, jest dla Platona zadaniem filozofa. W srebrnym krześle rolę filozofów przejmują dzieci, przybywając, by przypomnieć Rilianowi, kim tak naprawdę jest.
Jednocześnie w kontrargumentacji, jaką posługuje się czarownica, widać sposób rozumowania naturalistów.
Mówi ona, że wszystkie wyobrażenia o innych niż jej światach są tylko złudzeniem, wymysłem opartym na błędnym przeświadczeniu, że wszystko, co dostrzegamy w świecie, ma swoje doskonalsze odpowiedniki.
Zgodnie z taką interpretacją, dzieci miały wymyślić sobie Aslana, dodając w swojej wyobraźni do oglądanych często kotów te wszystkie atrybuty, które czynią z kota ogromnego lwa.
Ten sam schemat argumentacyjny widać w dociekaniach niektórych antropologów próbujących wyjaśnić religię w kategoriach naturalistycznych. Abstrahując od kwestii ewentualnej trafności ich tez, twierdzą oni, że człowiek rozumuje w oparciu o dwie klasy pojęć: pojęcia intuicyjne i kontr-intuicyjne. Te pierwsze to pojęcia naturalne, które odnosimy do otaczającej nas rzeczywistości. Krowa, człowiek, krzesło i tak dalej.
Te drugie to pojęcia odnoszące się do naszych konstruktów myślowych. Powstają przez dodanie do konkretnego pojęcia naturalnego jakiejś dodatkowej cechy. Takim pojęciem jest na przykład pegaz.
W ten sposób uzyskujemy pojęcie odnoszące się do obiektu, który w naturze nie istnieje, ale bardzo łatwo jest nam sobie ten obiekt wizualizować.
Zdaniem niektórych właśnie tak człowiek stworzył kulturowo najróżniejsze bóstwa, a więc i systemy religijne.
Nie trudno odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki stosunek miał Lewis do skrajnego naturalizmu, skoro wsadzał wyrażające go twierdzenia w usta najbardziej negatywnej postaci w książce. Na uwagę jednak zasługuje jeszcze jeden pogląd reprezentowany w srebrnym krześle przez błotowija towarzyszącego Julii i Eustachemu.
Mówi on mniej więcej, że nawet jeśli nie ma żadnej Narnii i żadnego Aslana, on będzie żył tak, jak by one istniały, ponieważ z tą wiarą świat jest o wiele mniej smutnym miejscem.
Wypowiedź tą można oczywiście traktować jedynie w kategoriach chrześcijańskich, jako wyraz oddziaływania wiary na życie wierzących, którym daje ona siłę do radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Nasuwa mi się tu jednak jeszcze jedna ciekawa analogia. W metaetyce istnieje stanowisko nazywane fikcjonalizmem. Jest to ogólnie rzecz biorąc przekonanie, że nawet jeśli obiektywne wartości, na przykład obiektywne dobro, nie istnieją, opłaca się żyć tak, jakby istniały, chociażby dlatego, że w ten sposób łatwiej jest zorganizować życie społeczne.
Moim zdaniem to interpretacja, którą można w kontekście Narnii rozważyć.
W ten sposób dotarliśmy do ostatniej bitwy, która stanowi również cenne źródło refleksji filozoficzno-teologicznych.
Jedną z wyraźnych analogii jest obraz unicestwienia doczesnej Narnii, który pod pewnymi względami przypomina wizję z Apokalipsy.
Nie brakuje tu również odwołania do swoistego sądu ostatecznego.
Wszyscy Narnijczycy trafiają do wiecznej krainy Aslana i przed jego oblicze.
Ci, którzy dochowali wierności jego zasadom trafiają do królestwa wielkiego lwa, królestwa prawdziwego i ponadczasowego, kraju wiecznej szczęśliwości. Z kolei ci, którzy sprzeniewierzyli się etyce Aslana przepadają i nikt więcej o nich nie słyszy.
Jest to moim zdaniem czytelne odniesienie do założenia obecnego w chrześcijaństwie, że tylko osoby postępujące zgodnie z boskimi przykazaniami dostąpią zbawienia.
W omawianej książce mamy również jeszcze raz dobitne ukazanie potęgi wiary jako warunku prawdziwego poznania.
Założenie to ilustrują karły, które nie wierząc w Aslana, cały czas znajdują się, wedle własnego mniemania, w cuchnącej stajni, do której zostały wepchnięte pod koniec ostatecznego starcia przed zagładą Narnii.
Tym czasem dla wiernych Narnijczyków drzwi stajni były jedynie bramą do królestwa Aslana. Karły zaś padły ofiarą własnego sceptycyzmu i nawet sam Aslan nie mógł im pomóc.
Następnym elementem, który podczas lektury zwrócił moją szczególną uwagę była relacja między Aslanem i Taszem, jako swoimi przeciwieństwami.
Z relacji tej wynika bardzo ciekawy wniosek. Wedle słów Aslana, Tasz rozlicza za wszystkie złe uczynki, a Aslan za dobre. Nawet jeśli ktoś czyni zło w imię Aslana, naprawdę odpowiada przed Taszem, jako metafizyczną manifestacją zła.
Podobnie jeżeli ktoś postępuje moralnie z imieniem Tasza na ustach, rozlicza go Aslan.
Wynika z tego, że nie ważne, jakiego boga wzywa się po imieniu, lecz jakiego katalogu wartości się przestrzega, co samo w sobie jest interesującym punktem widzenia.
Zbliżając się do końca analizy Ostatniej bitwy, nie sposób nie wspomnieć o kolejnym nawiązaniu do platonizmu.
Po zniszczeniu doczesnej Narnii, bohaterowie trafiają do Narnii wiecznej i niezmiennej, której tamta unicestwiona była jedynie niedoskonałym odbiciem. Jak czytamy, wszystko w wiecznej Narnii było prawdziwsze, bardziej realne, czyli dokładnie tak, jak w przypadku teorii idei Platona.
Zresztą faktem jest, że pod koniec książki, profesor Diggory stwierdza, że to wszystko zostało opisane u Platona.
Zwieńczeniem Ostatniej bitwy jest, jak można przypuszczać, zjednoczenie się bohaterów z Aslanem, co samo w sobie wskazuje na kolejną analogię z myślą chrześcijańską.
Na zakończenie tego przydługiego wywodu, chciałbym napisać kilka słów o ósmej książce traktującej o cyklu narnijskim jako formie wyrażenia pewnych uniwersalnych treści.
Publikacja ta nosi tytuł Magiczny urok Narnii: poetyka i filozofia opowieści z Narnii i została napisana przez Marka Oziewicza.
Cóż. Nie żałuję, że przeczytałem tę książkę, chociaż nie ze wszystkimi zawartymi w niej tezami się zgadzam. Z drugiej strony mam świadomość, że nie wszystkie z tych tez są odautorskimi sformułowaniami Oziewicza. No bo wiecie, czym różni się artykuł od większej publikacji w naukach humanistycznych. W artykule chodzi o to, aby pochwalić się jak największą ilością przeczytanych książek na możliwie niewielkiej ilości stron. Większa publikacja natomiast jest to chwalenie się jak największą ilością przeczytanych książek i okraszenie tego odpowiednio rozległym wodolejstwem, żeby powstało dzieło na czterysta stron.
Wracając do głównego wątku. Magiczny urok Narnii dzieli się zasadniczo na dwie części: literaturoznawczą i filozoficzną.
W tej pierwszej autor skupia się na analizowaniu specyfiki fantastyki jako gatunku oraz ustaleniu wyznaczników literatury dziecięcej, aby następnie wpasować w te ramy cykl narnijski. Z rzeczy, które zapadły mi w pamięć w tej części wspomnę o podziale na literaturę dziecięcą i literaturę dla dzieci.
Tą drugą rozumie się, w myśl przytoczonego podziału, jako moralizatorstwo, gdzie autor patrząc niejako z góry, dyktuje dzieciom, jak mają postępować. Podkreśla się więc tu zderzenie z jednej strony niedoświadczonego czytelnika nie mającego pojęcia o życiu, z drugiej natomiast poważnego, mądrego dorosłego.
Dla odmiany w literaturze dziecięcej autor i jego odbiorca mają znajdować się na równej pozycji. I autor, i jego odbiorca są tu po prostu wrażliwymi podmiotami. Można chyba powiedzieć, że zrównują się oni w pewnej otwartości na cudowność, niezwykłość i magię obecną w baśniach, mitach i bazującej na nich w dużej mierze fantastyce.
Tak rozumiana literatura dziecięca nie jest, w myśl autora, przeznaczona wyłącznie dla dzieci, ale raczej zawiera uniwersalne przesłania adresowane do każdego, kto wykaże się odpowiednią wrażliwością, żeby zanurzyć się w kreowanym świecie. W przeciwieństwie też do literatury dla dzieci, literatura dziecięca nie ma moralizować tylko poprzez mądre słowa, ale morał powinien wynikać z całokształtu historii.
Myślę, że ta propozycja ma coś w sobie, chociaż oczywiście każdy będzie ją oceniał z własnej perspektywy.
Dalej Osiewicz przybliża koncepcję światów równoległych, stanowiącą przejście między literaturoznawczym, a filozoficznym wymiarem pozycji.
Tu nie zgadzam się z pewnymi rozstrzygnięciami, na przykład uznaniem, że podziemny świat pani w zielonej sukni oraz Narnia były w gruncie rzeczy dwoma światami. Metaforycznie tak, ale technicznie był to jeden świat w takim samym stopniu, w jakim górnik, schodząc pod ziemię, nadal znajduje się w tej samej rzeczywistości.
Ostatnie rozdziały publikacji Oziewicza są poświęcone cyklowi Narnijskiemu jako swoistej diagnozie rzeczywistości. Zdaniem badacza Lewis ostrzega na kartach swojego siedmioksięgu przed trzema zagrożeniami, jakie widział we współczesnej cywilizacji: totalitaryzmem, a zatem zniewoleniem przez system, nihilizmem, a więc moralną pustką i brakiem obiektywnych punktów odniesienia w wartościach oraz westonizmem: zagrożeniem ze strony zdegenerowanej nauki, zaślepionej bezkrytyczną wiarą w postęp i pozbawioną refleksji etycznej.
Nie trzeba tu wielkich analiz, aby zorientować się, że na pewnych płaszczyznach te trzy zagrożenia się ze sobą łączą. W cyklu Lewisa są one reprezentowane przez określone postawy bohaterów. I tak czarownica Jadis uosabia dla przykładu totalitaryzm, wuj Andrzej westonizm, a szympans krętacz nihilizm moralny.
Co mogę powiedzieć odnośnie tak postawionych tez. Nie będę tu nawiązywał do trafności takiego, czy innego odczytania cyklu, ale jeśli chodzi o przekonanie Lewisa, że współczesna cywilizacja zmierza w stronę wymienionych wyżej zdegenerowanych form, cóż.
Myślę, że nie w każdym momencie i nie w każdej dziedzinie, bo sama cywilizacja jest zbyt złożona, żeby można ją było jednoznacznie zaszufladkować. Nie ulega jednak wątpliwości, że warto tę kwestię przemyśleć.
Tą refleksją chciałbym zakończyć powyższą analizę.
Oczywiście temat nie jest wyczerpany, a pewne rzeczy świadomie pominąłem. Z drugiej strony jednak niedopowiedzenia sprzyjają dyskusji. Zapraszam więc do niej i do następnego wpisu.

Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

22-28 – czyli coś od Arkadego Fiedlera

Witajcie,
Dziś kolejna porcja przeczytanych książek, a na tapecie zgodnie z tytułem Arkady Fiedler.
Siedem jego książek, z którymi zapoznałem się do tej pory to w kolejności: I znowu kusząca Kanada, Kanada pachnąca żywicą, Nowa przygoda Gwinea, Orinoko, Biały Jaguar, Spotkałem szczęśliwych Indian oraz Ryby śpiewają w Ukajali.
Pięć z wymienionych powyżej pozycji to dzieła o charakterze reportażowym, a dwie. Konkretnie Orinoko i Biały Jaguar są powieściami fabularyzowanymi, praktycznie przygodowymi.
W dalszej części tej recenzji postaram się opisać zbiorczo moje wrażenia na temat przeczytanych książek, rozdzielając je jednak na dwie podgrupy: tę poświęconą reportażom i tę odnoszącą się do powieści.
Zacznę od reportaży.
Można chyba powiedzieć, że każdy z nich daje się podzielić na przynajmniej parę zasadniczych odcinków. Każda książka zaczyna się od opisu przybycia Fiedlera do danego regionu, a następnie jego relacji dotyczących bieżących realiów kraju, w którym się znalazł. Dostajemy więc opis codziennego życia dużych ośrodków miejskich, rzeczywistości politycznej, w tym również najczęściej okoliczności, w jakich kraj uzyskał niepodległość od władz kolonialnych.
Potem, w miarę, jak autor eksploruje mniej cywilizowane obszary porośnięte puszczą, zamieszkane przez ludy nieprzerobione jeszcze w stu procentach na modłę europejską, w narracji zaczynają dominować opisy przyrody, czy folkloru miejscowych plemion.
Narracja ta przeplata się z rozdziałami poświęconymi dziejom kolonizacji przez białego człowieka omawianego regionu.
Dużo tam przykładów bestialstwa i wyzysku praktykowanego przez europejczyków w stosunku do rdzennej ludności Afryki i obu ameryk.
Wrócę teraz jeszcze na moment do wspomnianych wyżej opisów natury.
Na ich brak zdecydowanie nie można narzekać. Wiele miejsca Fiedler poświęca owadom, a zwłaszcza motylom, przynajmniej jeśli chodzi o sprawozdania dotyczące Amazonii. Oczywiście trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę, że to właśnie z owadami kojarzą Się zazwyczaj lasy równikowe.
Do wyobraźni przemawia opis samego klimatu puszczy: gorącej, dusznej, złowrogiej, wypełnionej wieloma niebezpiecznymi stworzeniami i chorobami areny walki o przetrwanie.
Mało znajdziemy tam opisów rodem z rajskiego ogrodu, choć nie można powiedzieć, że nie ma ich wcale. Fiedler często mówi o zachwycającej różnobarwności motyli i ptaków. Z drugiej strony, choć jednoznacznie pisze on o bezwzględności przyrody, na kartach jego dzieł napotkamy poza tym nierzadko wzruszające dowody przyjaźni między zwierzętami, a częściej jeszcze przywiązania zwierząt do człowieka. Obok opisów przyrody i miejscowych społeczności, w jego książkach pojawiają się również indywidualne historie ludzi zasłużonych dla danego kraju, ale autor przybliża czytelnikowi także zwykłych obywateli, z którymi zetknął się w czasie swoich wędrówek. Sprawia to, że tym bardziej można się wczuć w klimat prezentowanych historii.
W relacjach Arkadego Fiedlera nie brakuje też akcentów patriotycznych. Podróżnik często wspomina Polskę, jego rodzinne okolice Poznania oraz dzieje polonii w różnych regionach świata.
Podsumowując tę część wpisu, uważam, że reportaże Arkadego Fiedlera zasługują na uwagę, oczywiście jeżeli ktoś lubi taką podróżniczą tematykę. Są klimatyczne i obrazowe, co przy odpowiedniej dozie wyobraźni i wrażliwości pozwala niejako przenieść się w opisywane realia.
Nie polecam jednak tej lektury tym wszystkim, których nudzą długie opisy przyrody i historie z dziejów kolonialnych.
Mnie zwłaszcza te pierwsze bardzo pociągają, ale wiem, że nie wszyscy ten pociąg podzielają.
Teraz pozostaje napisać parę słów o powieściach Orinoko i Biały Jaguar. Jak napisałem na początku recenzji, są to powieści przygodowe, ale z wątkiem historycznym w tle, ponieważ zostały zainspirowane realną postacią, o której Fiedler dowiedział się przebywając wśród Indian Arawaków w dorzeczu Orinoka.
Oba dzieła, najpierw Orinoko, a potem Biały Jaguar stanowią kontynuację Wyspy Robinsona, książki przeczytanej przeze mnie dawno temu. Główną postacią jest niejaki John Bober, który będąc najpierw kolonistą biorącym udział w powstaniu przeciw władzom kolonialnym, uciekł przed wymiarem sprawiedliwości na pokładzie statku kaperskiego.
Po rozbiciu się okrętu i przygodach opisanych w Wyspie Robinsona ląduje w dorzeczu Orinoka i wraz z grupą Arawaków i Murzynów, byłych niewolników kolonii hiszpańskiej, stara się dotrzeć do osad arawaskich w głębi puszczy.
Jak to bywa w przypadku takich opowieści, do samego końca musi się mierzyć z hiszpańskimi kolonistami uważającymi Indian za swoją własność, wrogimi plemionami, nierzadko będącymi na usługach kolonistów, a także z wrogim przyjęciem w macierzystej osadzie członków kompanii Bobera, gdzie starszyzna bynajmniej nie była zachwycona przybyciem białego obcego.
Całkiem ciekawy był konflikt Bobera z miejscowym szamanem, o którym jednak nie będę się tu rozwodził, żeby nie generować spojlerów.
Książka Biały Jaguar to kontynuacja Orinoka i opowiada dzieje Bobera oraz jego przyjaciół, opisując misję dyplomatyczną, jakiej Bober podjął się jako parlamentariusz z ramienia Hiszpanów w zamian za gwarancję bezpieczeństwa dla osad Arawaków.
Negocjacje miały odbywać się z kolonistami portugalskimi, ale jak się można domyślić, nie były one tak pokojowe, jak można by tego oczekiwać.
Podsumowując drugą część tej recenzji, myślę, że powieści przygodowe Arkadego Fiedlera również są warte uwagi.
Są co prawda schematyczne i raczej mało odkrywcze. Nie ma tu też specjalnych dywagacji egzystencjalnych. Mimo wszystko jednak czyta się przyjemnie. Można dowiedzieć się kilku ciekawostek o mieszkańcach dorzecza Orinoka, nauczyć się paru nazw indiańskich plemion, a poza wszystkim po prostu się zrelaksować, jeśli ktoś ma potrzebę przeczytania czegoś klimatycznego, lekkiego i przygodowego.
Kończąc tę recenzję, chcę zapowiedzieć, że na pewno w stosunkowo niedługim czasie pojawi się tu jeszcze coś Fiedlera.
Na razie robię sobie od niego krótką przerwę, ale pisarz ten przemówił do mnie na tyle, że z pewnością niebawem wrócę do jego twórczości.
Tym zapewnieniem żegnam się z Wami i do następnego wpisu.

Kategorie
Okolicznościowo

Jeszcze kilka słów o tak-zwanej ideologii

Witajcie,
Jak sugeruje tytuł wpisu, dziś znów mam zamiar wypowiedzieć się na temat tak-zwanej ideologii LGBT. Ktoś mógłby w tym miejscu zauważyć, że przecież już się wypowiedziałem i to dość jednoznacznie. To Prawda, ale dziś wypowiem się jeszcze raz, przyjmując troszeczkę inny schemat. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak ważna jest dla mnie uczciwość intelektualna. Z tej przyczyny staram się zawsze przynajmniej liznąć poglądów, z którymi dyskutuję, żeby być sprawiedliwym w swoich osądach. Z tą myślą ostatnio przeczytałem jeden z artykułów, który z perspektywy prawicowej mówi o tak-zwanej ideologii LGBT. Nie żałuję, że go przeczytałem, choć nadal trudno mi się zgodzić z prezentowaną w nim ideą. Nie podobają mi się pewne sformułowania, a jeszcze mniej nierzadko jednostronne do nich podejście.
Z tego względu zdecydowałem się na krytyczną analizę artykułu. W trosce o maksymalną przejrzystość wywodu, poniżej przytoczę niniejszy artykuł w cudzysłowach, jednocześnie wplatając pomiędzy poszczególne jego fragmenty swoje komentarze.
Na samym końcu analizy wkleję z kolei link do całości źródłowego tekstu.
Zaczynajmy zatem.
Artykuł stanowiący inspirację dla niniejszej analizy nosi tytuł Czy grozi nam totalitaryzm światopoglądowy? Ideologiczna ofensywa LGBT+.
Już ten tytuł może wzbudzać poważne zastrzeżenia, chociażby poprzez swój jednoznaczny ładunek emocjonalny. Nie chcę tu się powtarzać, bo o wykorzystywaniu poszczególnych sformułowań w charakterze podprogowych chwytów perswazyjnych pisałem już wcześniej, ale nie da się ukryć, iż pada tu wiele mocnych słów. Totalitaryzm, ofensywa, ideologia. Wszystkie te wyrażenia kojarzą się jednoznacznie, przywołując na myśl wojnę, przemoc, brak wolności wypowiedzi, monizm światopoglądowy, a co najbardziej znamienne LGBT jako wroga grożącego wszystkim powyższym.
Narracja taka z kolei jest bardzo tendencyjna i może być niebezpieczna, jeśli uznamy performatywny, a zatem kreujący rzeczywistość charakter języka.
Naturalnie w dzisiejszym świecie wszystko, co ma wywierać jakiś wpływ na ludzi, bazuje na przekazie emocjonalnym, lecz w momencie gdy w śród tych emocji zaczyna dominować strach, lęk i zbudowana na tym niechęć, powinna zapalić się nam w głowie czerwona lampka.
Dajmy jednak spokój tytułowi i przejdźmy do samej treści artykułu.
Czytamy w nim.

„W Polsce – tak jak i w innych krajach Europy środkowo-wschodniej – mamy do czynienia z szeroko zakrojoną kampanią środowisk LGBT+, której celem są daleko idące zmiany prawa. Mają one doprowadzić do legalizacji „małżeństw homoseksualnych”, wprowadzenia do systemu edukacji programów promujących postawy homoseksualne oraz ścigania z urzędu wszelkich aktów tzw. homofobii. Ten szeroko zakrojony program rewolucji społeczno-kulturowej nosi znamiona znanych z historii, klasycznych ideologii. Polska jest na półmetku zaplanowanej na ten rok kampanii środowisk LGBT+. Od kwietnia do października br. organizowane są parady i Marsze Równości, mające się odbyć w 23 polskich miastach. Pierwsze miały miejsce w kwietniu w Koszalinie, Gnieźnie i Łodzi, w maju w Bydgoszczy, Krakowie i Trójmieście, w czerwcu w Zielonej Górze, Warszawie, Olsztynie, Częstochowie, Rzeszowie i Opolu, w lipcu w Poznaniu, Kielcach i Białymstoku. 10 sierpnia Marsz Równości przejdzie ulicami Płocka, a w kolejnych kilkunastu tygodniach: Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Szczecina, Torunia, Kalisza, Wrocławia i Lublina.
O ile w ubiegłym roku odbyło się w Polsce 14 tęczowych parad, to w bieżącym jest ich o 40 proc. więcej. Charakterystyczne jest, że organizowane są one nie tylko w dużych aglomeracjach, ale coraz częściej w małych odległych od centrum ośrodkach, gdzie społeczność LGBT jest znikoma i nigdy przedtem publicznie się nie prezentowała.
Ta szeroka, uliczna kampania została poprzedzona ogłoszeniem dwóch dokumentów o charakterze programowym. 18 lutego 2019 r. prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski uroczyście podpisał Warszawską Deklarację LGBT+, a 30 marca została ogłoszona Deklaracja Kongresu LGBT +, który wówczas zebrał się w stolicy, skupiając 27 grup i organizacji z całej Polski. Warszawski Kongres pokazuje, że środowiska LGBT+ cementują obecnie swoje szeregi dopracowując strategię działania. Tworząc ją także przy współpracy ze znacznie bardziej doświadczonymi partnerami zagranicznymi”.

Pora na kilka słów komentarza.
W zacytowanym powyżej fragmencie pojawia się znów parę uroczych sformułowań o charakterze militarnym. Nie ukrywam, że najbardziej „podoba mi się” wyrażenie o środowiskach LGBT cementujących swoje szeregi. To naprawdę przywodzi na myśl wojnę kulturową, ale czy słusznie? Nie chcę w tym miejscu niczego przesądzać, ponieważ po pierwsze mam zbyt mało informacji, aby formułować jednoznaczne sądy. Po drugie zaś pewne intuicję wyrażę jeszcze w toku dalszej analizy. Tu jednak chciałbym podzielić się jedną refleksją. Jakkolwiek wydaje mi się, że pojęcie wojny kulturowej zostało tutaj użyte na wyrost, to nawet jeżeli je przyjmiemy, musimy pamiętać, że są różne rodzaje wojny. Jednym z nich jest wojna obronna, w której strona uciskana, czy mówiąc łagodniej po prostu w jakiś sposób krzywdzona, ma prawo bronić swoich praw. Nie ukrywam, że niezręcznie poruszać mi się w tej militarnej terminologii wynikającej z narracji omawianego artykułu, ale nadrzędna moja intuicja jest taka, że każdy ma prawo do godnego funkcjonowania. Oczywiście już słyszę w tym miejscu głosy przeciwników, mówiących, że oni też bronią fundamentalnych dla siebie wartości, ale zaraz nasuwa mi się adresowane do tychże przeciwników pytanie, czy rzeczywiście stawka jest warta ceny. Poza wszystkim wydaje się, że potrzeba bezpieczeństwa, czy precyzyjniej jej zaspokojenie jest podstawą wszystkiego, a właśnie to bezpieczeństwo stoi obecnie pod znakiem zapytania, jeśli spojrzeć na to z perspektywy osób LGBT. Trudno się dziwić, że nie stoją w tej sytuacji z założonymi rękami.
Na zakończenie tej części komentarza chcę zwrócić uwagę jeszcze na jedno. W tekście podkreśla się wzrost zasięgu protestów osób LGBT na mniejsze miejscowości. W myśl przyjętej w nim narracji ma to pokazywać rozprzestrzenianie się szkodliwej ideologii. Myślę jednak, że istnieje znacznie lepsze wytłumaczenie.
W tekście pada zdanie, że społeczność LGBT w mniejszych miejscowościach była znikoma i nigdy wcześniej publicznie się nie prezentowała. Z logicznego punktu widzenia zdanie to jest pozbawione relacji wynikania, a przy pewnej interpretacji skutkuje sprzecznymi wnioskami. Jeśli społeczność LGBT w mniejszych ośrodkach nie zabierała wcześniej głosu publicznie, nie możemy mieć danych na temat ich liczby. Najprawdopodobniej było ich niemało, ale nie ujawniali się. Teraz się ujawnili, bo poczuli wsparcie społeczne, a że dopiero teraz. No cóż. Nie od dzisiaj wiadomo, że środowiska mniejszych miejscowości nierzadko bywają konserwatywne. Mniejszości, bojąc się ostracyzmu, nie zabierały więc głosu.
Idźmy dalej. W kolejnym paragrafie artykułu czytamy o międzynarodowym wsparciu ruchu
LGBT+ i, co nie zaskakuje o tym, że Polska jako kraj nie zajmuje w tym rankingu wysokiej pozycji na tle państw unijnych. Nie przytaczam tu tego paragrafu, ponieważ nie ma w nim specjalnie wiele materiału do refleksji, ale zainteresowanych odsyłam oczywiście do linku poniżej.
Dalej jednak dowiadujemy się o dalekosiężnych celach tak-zwanej ideologii LGBT+.
O to, czego konkretnie się dowiadujemy.

„Głównym i najbardziej dalekosiężnym celem jest zmiana polskiego prawa na rzecz wprowadzenia „małżeństw homoseksualnych” oraz możliwości adopcji przez nie dzieci – tak jak zostało to już zagwarantowane w wielu krajach Europy zachodniej.
Uchwalona 30 marca br. Deklaracja Kongresu LGBT +, stwierdza jednoznacznie, że „dążymy do wspólnego celu – Polski, w której wszystkie osoby (…) będą mogły tworzyć rodziny, bez względu na tożsamość płciową, orientację seksualną, ekspresję płciową i cechy płciowe”.
Pierwszym zatem postulatem w sferze zmiany prawa ma być wprowadzenie tzw. „równości małżeńskiej”. Deklaracja Kongresu LGBT+ definiuje ją w następujących słowach: „Obowiązuje równość małżeńska – związek małżeński może zostać zawarty przez dwie osoby różnej lub tej samej płci. Dziecko ma prawo do bycia adoptowanym przez małżonków – bez względu na ich płeć”. A przy tym „równolegle do instytucji małżeństwa funkcjonuje instytucja związku partnerskiego, dostępnego dla par tej samej i różnej płci. Związek partnerski reguluje prawa i obowiązki osób w nim pozostających, w tym zwłaszcza sytuację majątkową, alimenty i dziedziczenie”.
Istnieje już gotowy projekt „ustawy o równości małżeńskiej”, opracowany przez Stowarzyszenie „Miłość nie wyklucza”. Nie został on jeszcze złożony w Sejmie. Natomiast 24 kwietnia ub. r. parlamentarny klub Nowoczesnej złożył do laski marszałkowskiej projekt ustawy wprowadzającej związki partnerskie.
Kolejnym elementem modyfikacji prawa ma być ustawa o uzgodnieniu (czyli zmianie) płci „przewidująca – jak piszą jej autorzy – szybką, przejrzystą i przystępną procedurę administracyjną umożliwiającą uzgodnienie płci, opartą o zasadę samostanowienia”. Ma być ona dostępna dla osób od 16 roku życia, których tożsamość płciowa – ich zdaniem – jest niezgodna z płcią metrykalną. Ustawa ta została nawet przyjęta przez Parlament poprzedniej kadencji, 10 września 2015 r., ale została zawetowana przez prezydenta Andrzeja Dudę.
Organizacje będące sygnatariuszami Deklaracji Kongresu LGBT+ postulują również zwiększenie „bezpieczeństwa” osób o innej orientacji seksualnej – drogą nowelizacji Kodeksu Karnego. Ma ona zapewnić „ochronę prawną przed dyskryminacją ze względu na orientację seksualną, tożsamość płciową, ekspresję płciową i cechy płciowe”. Po jej wprowadzeniu – czytamy: “przestępstwa z nienawiści, w tym przestępstwa popełnione ze względu na orientację seksualną, tożsamość płciową, ekspresję płciową lub cechy płciowe, będą ścigane z urzędu, a kary za nie są surowsze niż kary za porównywalne przestępstwa popełnione bez motywacji opartej na uprzedzeniach”. Projekt tak pomyślanej ustawy nowelizującej Kodeks Karny jest już gotowy. Został złożony do laski marszałkowskiej we wrześniu 2016 r. przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus. Nie zapominajmy, że po przyjęciu takiej nowelizacji KK, np. publiczne cytowanie fragmentów Biblii potępiających akty homoseksualne, przez kaznodziejów w trakcie homilii, mogłoby być kwalifikowane jako „przestępstwo ścigane z urzędu”.
Deklaracja Kongresu LGBT+ postuluje również ustawę, zawierającą zakaz „praktyk konwersyjnych oraz ich promowania”, czyli jakichkolwiek terapii mających pomóc w zmianie orientacji psychoseksualnej – z homoseksualnej lub biseksualnej na heteroseksualną. Projekt takiej ustawy został już opracowany przez 3 organizacje LGBT+ (Instytut Otwarta Przestrzeń, Trans-Fuzja i Lambda), ale do Sejmu jeszcze nie trafił.
Wreszcie istotnym elementem reformy prawa ma być – jak postuluje wspomniana Deklaracja – „nowelizacja rozporządzeń Ministra Edukacji Narodowej w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego i kształcenia ogólnego”. W świetle postulatów środowisk LGBT+ nowa podstawa programowa winna zawierać „treści związane z równym traktowaniem i przeciwdziałaniem dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową (…) a także wiedzę o orientacjach seksualnych, tożsamościach płciowych, ekspresji płciowej”. Chodzi tu o model obowiązkowego, wychowania seksualnego, zgodnego ze standardami WHO, o którym była już mowa w przyjętej przez samorząd Warszawy: Karcie LGBT+”. Karta ta została poddana ostrej krytyce przez różne środowiska psychologiczne i pedagogiczne oraz Kościół”.

Hmm.
Jakby tu skomentować powyższy długi fragment.
Po pierwsze, trzeba chyba zaznaczyć, że wbrew temu, co padło jeszcze w poprzednim cytowanym tu fragmencie, w przytoczonych powyżej celach „Ideologii LGBT”, trudno dopatrzyć się promowania homoseksualizmu. Jeśli już mamy tu do czynienia z propagowaniem czegokolwiek, to raczej tolerancyjnych i otwartych postaw. To trochę tak, jakby powiedzieć, że prawo poprzez zakaz dyskryminacji na tle rasowym, czy religijnym propaguje dany kolor skóry, czy wyznanie.
Otóż nie propaguje ich, a przynajmniej nie powinno, gdyż nie to jest istotą prawnych, ani moralnych norm. Zamiast tego gwarantuje poszanowanie poglądów, preferencji, ETC, jako wyraz szacunku dla człowieka, który je posiada. W moim rozumieniu postulaty związane z kształtem podstawy programowej w szkołach, ale nie tylko one, mają właśnie to na celu, a nie propagowanie homoseksualizmu. Tak samo można by było powiedzieć, że uprawiamy ideologię, nauczając religii, bo promujemy jedno określone wyznanie. Może zamiast religii powinno być religioznawstwo, żeby dać dzieciom wybór, w co chcą wierzyć. Oczywiście ktoś mi zaraz powie, że religia nie jest obowiązkowa, że można na nią nie chodzić. No dobrze. A czy naprawdę dziecko w wieku siedmiu, lub ośmiu lat, może świadomie decydować, czy chce chodzić na religię?
To pytanie zostawiam do refleksji, tym bardziej, że nie wyraża ono mojej jednoznacznej krytyki nauczania religii w szkołach, a jedynie obrazuje pewien problem. Nie mamy uczyć określonego wyznania, orientacji seksualnej, ETC. Mamy uczyć podstawowych wartości, a między nimi tolerancji.
Skoro już jesteśmy przy sprawach związanych z religią i kościołem, absurdem wydaje mi się obawa, że za cytowanie Biblii ktoś mógłby mieć problemy z prawem. Jak sam autor podkreśla, mówimy tu o cytacie, a zatem nie odautorskim twierdzeniu księdza. Ksiądz mógłby mieć problemy, gdyby na mszy sam we własnym imieniu pochwalił dyskryminację ze względu na orientację homoseksualną, co zresztą jest zakazane przez katechizm przyjęty w Kościele Katolickim. Kiedy jednak cytuje, to ma do tego prawo, w sensie do cytowania. Gdyby to było zakazane, w szkołach nie należałoby omawiać na przykład Zbrodni i kary, a przecież można.
Kolejne zagadnienie, o którym tu czytamy, to kwestia zmiany płci. Czy naprawdę jest to coś tak strasznego, jak niektórzy starają się nam naświetlić? Spójrzmy na to z perspektywy wizji antropologicznej przyjmowanej przez kościół. O ile mi wiadomo oficjalną filozofią kościoła jest tomizm, a zatem koncepcja pochodząca od Świętego Tomasza i jego kontynuatorów. Naturalnie od czasów Tomasza wiele w kościele się zmieniło, ale chodzi tu o pewien ogólny obraz człowieka. Jednym z twierdzeń na gruncie tomizmu jest pogląd, że człowiek to jedność psychofizyczna, a zatem, przyjmując ten tok rozumowania, uspójniając płeć za pomocą zabiegów transpłciowych, zasklepiamy właśnie niepożądane rozdarcie między psyche, a ciałem.
Wniosek, przy pewnej interpretacji transpłciowość nie musi kłócić się z wizją katolicką, przynajmniej tak, jak ja ją rozumiem.
Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że terapie konwersyjne, których zakazują wspomniane w tekście dokumenty także są tym uspójnianiem, ale uznanie takiego stanowiska wymagałoby przyjęcia, iż homoseksualizm jest niepożądanym defektem, chorobą, z którą należy walczyć, a to z kolei godzi w ustalenia wielu środowisk naukowych, ale przede wszystkim godzi w godność tych osób, stygmatyzując je w oczach nietolerancyjnej części społeczeństwa, dla której wszystko powinno być pod szablon.
Poza tym, patrząc z czysto religijnego punktu widzenia, to dusza, psyche, jest ważniejsza od ciała, a zatem to ciało powinno się dopasować do psyche, nie na odwrót.
Na koniec tej części analizy chciałbym odwołać się do ostatniego zacytowanego zdania artykułu. Jest to stwierdzenie, że karta LGBT+ spotkała Się z protestem wielu środowisk psychologicznych i pedagogicznych oraz kościoła. Należy tu zauważyć, że w porządnym artykule powinno się jednak podać jakieś konkretne przykłady z literatury, w tym przypadku pedagogicznej i psychologicznej. W przeciwnym wypadku nie można szybko zweryfikować prezentowanych tez. Po drugie, nie jest tak, że stanowisko anty LGBT jest reprezentatywne dla całego kościoła, czy środowisk z nim związanych nawet w Polsce.
Księża tacy jak Adam Boniecki, czy Alfred Wierzbicki, ale nie tylko oni, sprzeciwiają się
dyskryminacji. Podobnie odnosił się do sprawy Świętej Pamięci ksiądz Jan Kaczkowski.
Pewnie zaraz usłyszę, że kościół nie potępia homoseksualistów, tylko homoseksualizm jako grzech i z perspektywy doktryny chrześcijańskiej byłaby to nawet prawda, ale sęk w tym, że istnieją środowiska, które idą o krok dalej i akceptują zarówno homoseksualistów jako ludzi, jak i sam homoseksualizm.
Przykładem takiego alternatywnego, nie tak konserwatywnego nurtu w katolicyzmie może być Lewica Katolicka, która w swoich twierdzeniach rozdziela prawdy zawarte w Biblii stanowiące rdzeń katechezy od tych będących naleciałościami kulturowymi nie tak istotnymi dla sedna nauczania kościoła.
Jak się nie trudno domyślić, grupa lewicy katolickiej zalicza tezy biblijne o homoseksualizmie do drugiej kategorii.
Grupy takie, jak Lewica Katolicka pokazują, że przy odrobinie dobrej woli, można wyjść poza skostniałe struktury myślenia, nie wikłając się w poważniejsze spory teologiczne. Kościół dokonał tego w swojej historii już parę razy, na przykład uznając ewolucjonizm i zakładając, że Biblii nie należy pojmować literalnie.
Może więc z czasem dojdzie do takiego wniosku i w kwestii homoseksualizmu. Skoro człowiek jest zdaniem teologów koniecznym złożeniem duszy i ciała, a jednocześnie dusza jest jakoś tam ważniejsza, czemu nie przyjąć, że ciało wyraża pragnienia duszy, przynajmniej w kwestii miłości? Z drugiej strony, jeżeli życie jest darem, to czy nie powinno być tak, że z darowanym przedmiotem możemy zrobić to, co chcemy?
Oczywiście w doktrynie katolickiej są pewne rygory, które odpowiadają na te pytania, inna rzecz, że często mętnie i wieloznacznie. Uważam jednak, że w życiu społecznym powinniśmy potrafić wyjść ponad pewne dogmaty. Powinniśmy tym bardziej, że nie żyjemy w państwie teokratycznym. Nie twierdzę, że określenie roli kościoła w państwie zsekularyzowanym jest najprostszą rzeczą pod słońcem, ale na pewno rolą tą nie powinno być choćby prawodawstwo: bezpośrednie, czy pośrednie. Państwo nie może być podporządkowane jednemu światopoglądowi, jeśli nie ma być dysfunkcyjne i każdy ma się czuć w nim dobrze. Aparat państwowy podporządkowany jednemu dyskursowi światopoglądowemu staje się właśnie narzędziem ideologii w pejoratywnym sensie, a tego należy unikać.
Wróćmy jednak do artykułu.
W następnym paragrafie czytamy.

„Zasadniczym argumentem mającym „obudzić sumienia Polaków”, a w ślad za tym stworzyć szeroki ruch społeczny domagający się zmian istniejącego prawa, jest przekonanie społeczeństwa, że istnieje „dyskryminacja osób o orientacji homoseksualnej”. Temu właśnie służą Marsze Równości. Chodzi o to, aby przekonać publiczność, a w szczególności ludzi o etycznej wrażliwości, że – w świetle obecnego ustawodawstwa – osoby LGBT+ nie mogą korzystać z podstawowych praw człowieka, są dyskryminowane, doznają przemocy i są przez społeczeństwo marginalizowane.
Argumentacja ta okazała się nadzwyczaj skuteczna w Europie zachodniej oraz w niektórych krajach obu Ameryk. Na skutek tych działań w 1989 r. w Danii uchwalono pierwszą na świecie ustawę o zarejestrowanym partnerstwie osób tej samej płci. W 2001 r. zalegalizowano w Holandii zawieranie małżeństw homoseksualnych. W ciągu zaledwie kilkunastu lat od wprowadzenia rozwiązań holenderskich tak rozumianą „równość małżeńską” zapewniły: Belgia (2003), Hiszpania, Kanada (2005), Republika Południowej Afryki (2006), Norwegia (2008), Szwecja (2009), Portugalia, Islandia, Argentyna (2010), Dania (2012), Urugwaj, Brazylia, Nowa Zelandia, Francja, Anglia i Walia (2013), Szkocja, Luksemburg (2014), Stany Zjednoczone (niektóre stany), Irlandia, Finlandia (2015), Kolumbia (2016), Niemcy i Malta (2017).
Obecnie przyszedł czas na Europę środkowo-wschodnią, bowiem żadne z państw tego regionu nie wprowadziło legalizacji małżeństw homoseksualnych. Jedynie Węgry i Chorwacja uznają tzw. związki partnerskie osób tej samej płci, ale nie małżeństwa. Można się spodziewać, że w Europie środkowej i wschodniej międzynarodowe organizacje LGBT+ będą w najbliższych latach koncentrować swoje działania.”

Czas na komentarz. Tym razem nie będę miał wiele do powiedzenia. Chcę jedynie zwrócić uwagę na parę rzeczy.
Na początku niniejszego paragrafu zaznacza się, że podstawowym argumentem środowisk związanych z LGBT jest twierdzenie o ich dyskryminacji. W zasadzie chyba trudno się temu dziwić. Jak czytamy,” dyskryminacja To sytuacja, w której człowiek ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, wyznanie, światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną, jest traktowany mniej korzystnie niż byłby traktowany inny człowiek w porównywalnej sytuacji.” https://www.rpo.gov.pl/pl/content/czym-jest-dyskryminacja
Nie trzeba chyba wielkich analiz, aby dostrzec, że to, co niektóre środowiska prezentują w stosunku do osób LGBT mieści się w tej definicji. Mamy tu do czynienia z jednej strony z dyskryminacją społeczną, a z drugiej w szczególności prawną. Od razu tu zabezpieczę się przed argumentami tych wszystkich, którzy powiedzą, że przecież dyskryminacja dotykała, dotyka i pewnie dotykać będzie wielu grup ze względu na różne czynniki. To prawda i każda z tych dyskryminacji domaga się potępienia, ale nigdy nie powinno być tak, że usprawiedliwia się jedną dyskryminację inną, albo przynajmniej umniejsza się jej znaczenie. Wszak od tego, jak jest, do tego, jak być powinno często daleka droga.
Wróćmy jednak do głównego tematu. Dyskryminacja w stosunku do osób LGBT powinna zniknąć i to w każdej postaci, tym bardziej, że mam wrażenie, iż ta prawna może napędzać tą społeczną w szerszym sensie, a zatem w sensie ostracyzmu ulicznego.
Odpowiednie regulacje prawne doprowadziłyby do zmiany statusu takich osób. Zdziałały by tyle, że ludzie LGBT przestaliby oficjalnie funkcjonować na granicy prawa, co z kolei odebrałoby argument mniej tolerancyjnej części społeczeństwa. O wszystkich dziedziczeniach, dowiadywaniu się o stanie zdrowia partnera w szpitalu, czy innych tego typu aspektach nawet nie wspominam, ale one również wiążą się z szeroko rozumianą godnością i poczuciem bezpieczeństwa tych osób.
Podsumowując, tak. Uważam, że osoby LGBT są obiektem dyskryminacji. Nie mówię, że zawsze i wszędzie, ale gdyby nasz rząd chciał się odciąć od krzywdzącego dla osób LGBT dyskursu, powinien w pierwszym ruchu ukarać tych z ministrów, posłów, czy pracowników kuratorium, którzy publicznie dyskryminacji się dopuszczają.
Status tych osób natomiast powinien zostać uregulowany z wielu względów, tym bardziej, że nie stoi to w sprzeczności z podstawowymi wartościami konstytucji.
Spójrzmy na kolejny paragraf.

„Swego rodzaju mapę drogową działań jakie podejmowane są od kilku lat w Polsce, kreśli „Strategia wprowadzenia równości małżeńskiej w Polsce na lata 2016– 2025”, opracowana w 2015 r. przez Stowarzyszenie „Miłość Nie Wyklucza”. Wśród autorów skupionych, w radzie programowej projektu, znajdujemy naukowców, polityków, działaczy LGBT oraz publicystów, m. in: prof. Ireneusza Krzemińskiego z UW, Martę Abramowicz (Stowarzyszenie Osób na rzecz LGBT Tolerado), Agatę Chaber (prezes Zarządu Kampanii Przeciw Homofobii), Annę Grodzką (posłankę na Sejm RP), Krystiana Legierskiego (prawnika, polityka, aktywistę LGBT), Marcina Szczepkowskiego (prezesa Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza), czy Jacka Żakowskiego (dziennikarza).
Podstawową metodą postulowanego działania jest powołanie,jak czytamy: „oddolnego, aktywnego ruchu obywatelskiego, stojącego na straży równości małżeńskiej, opierającego się na sieci organizacji LGBT+ i osób prywatnych”. A pierwszym krokiem ma być „stworzenie i rozwijanie sprawnie działającej koalicji organizacji LGBT+ działającej m.in. na rzecz wzmocnienia organizacji (ze szczególnym uwzględnieniem wzmocnienia organizacji poza dużymi ośrodkami)”.
Niezależnie od sprawnie działającej koalicji organizacji LGBT+, w dokumencie postuluje się pozyskiwanie licznych partnerów społecznych, czemu ma służyć ”nagłaśnianie działań organizacji i osób LGBT+ w obszarach ważnych społecznie i politycznie, ale niezwiązanych stricte z tematyką LGBT+”. Dalszym krokiem ma być „pozyskiwanie ambasadorów i ambasadorek, promocja tematu wśród znanych osób ze świata kultury, sportu, nauki itp.”. Proponuje się także poszukiwanie „nieoczywistych sojuszników” np. ze „związków zawodowych, organizacji zrzeszających ekspertów z różnych dziedzin, np.: prawników, ekspertów marketingu”. Nie bez znaczenia jest również „inicjowanie powstawania grup LGBT+ w firmach lub w grupach zawodowych”.
Co ciekawe, autorzy dokumentu widzą potrzebę znalezienia takich “nieoczywistych sojuszników” na gruncie katolickim, gdyż zdają sobie sprawę, że przy wysokim poziomie religijności Polaków, niezbędne jest również oddziaływanie na środowiska związane z Kościołem. Jedyną organizacja katolicką wymienioną z nazwy jest KIK (Klub Inteligencji Katolickiej). Widać stąd, że przeprowadzona jesienią 2016 r. kampania „Przekażmy sobie znak pokoju”, realizowana przez główne organizacje LGBT+ w Polsce wraz z „Więzią”, „Znak-iem”, i KIK-iem, stanowiła element omawianej strategii.
Ważną rolę w planowanej strategii zajmują działania medialne. Postuluje się „uruchomienie i rozwijanie narzędzi, umożliwiających deklarowanie poparcia dla równości małżeńskiej, np. platform internetowych, portali społecznościowych, systemów wspierania petycji”. Szczególne znaczenie ma, jak czytamy: „prowadzenie kampanii społecznych w mediach mainstreamowych, w tym kampanii zachęcających do coming outów oraz dotyczących tematyki tęczowego rodzicielstwa”. Kolejny krok to „zwiększenie widoczności wyoutowanych osób LGBT+ i tematyki LGBT+ w mediach mainstreamowych tak ogólnopolskich, jak i regionalnych oraz lokalnych”.
Osobnym sektorem proponowanych działań jest „lobbing” wobec świata politycznego. Autorzy strategii przyznają, że „wprowadzenie równości małżeńskiej w Polsce jest uwarunkowane zbudowaniem woli politycznej”. Ich zdaniem, konieczny jest „lobbing polityków i partii politycznych na rzecz idei i ustawy o równości małżeńskiej, wprowadzenie tematu równości małżeńskiej do programów partii politycznych”. A współpraca organizacji LGBT+ z partiami politycznymi „powinna obejmować zarówno partnerów będących obecnie w Sejmie jak i tych, którzy mają szanse znaleźć się w nim po kolejnych wyborach”.
Interesująca jest przedstawiona w ramach Strategii analiza sytuacji w Parlamencie. Analitycy LGBT+ zdają sobie sprawę, że „w kadencji Sejmu 2015-2019 przyjęcie rozwiązań prawnych dla związków jednopłciowych wydaje się niemożliwe, gdyż poparcie dla równości małżeńskiej wśród partii politycznych jest znikome”. Mają świadomość, że istnieje ono na lewicy, nieobecnej w Sejmie, w Nowoczesnej oraz części PO. Jednakże nie wierzą, aby Platforma Obywatelska pod rządami Grzegorza Schetyny przyjęła zasadnicze postulaty środowisk LGBT+.
Autorzy strategii realne nadzieje na wprowadzenie związków partnerskich postrzegają w kolejnej kadencji Sejmu: 2019-2023. Planują pozyskanie ok. 200 posłów i senatorów tej kadencji Sejmu na rzecz swych postulatów. Umożliwi to – jak zaznaczają – legalizację związków partnerskich a także pierwsze czytanie w Sejmie projektu ustawy o „równości małżeńskiej”. Natomiast w 2025 r. oczekują przyjęcia przez Parlament ustawy legalizującej małżeństwa homoseksualne. Wówczas – zdaniem strategów LGBT+ – w polskim Parlamencie zasiadać ma ok. 400 zwolenników „równości małżeńskiej”.
Zawczasu jednak – jak czytamy w dokumencie: „konieczne jest osłabienie Prawa i Sprawiedliwości i innych partii skrajnie konserwatywnych oraz wzrost poparcia społecznego dla regulacji równościowych”. Zdaniem twórców Strategii LGBT+, „szansą może być zmiana nastrojów społecznych – w wyniku oporu społeczeństwa wobec konserwatywnej władzy, a wtedy możliwa będzie liberalizacja poglądów, podobnie, jak miało to miejsce w latach 2005-2007”. Postulują zatem, by na zakończenie obecnej kadencji Sejmu zwiększyć „aktywność ruchu LGBT+ na szerokim froncie demokratycznym, który wyrażać będzie opór wobec władzy, widoczny m. in. na ulicach”. Jak świadczy tegoroczna skala „Marszów Równości” realizowana aż w 23 polskich miastach, scenariusz ten jest dość precyzyjnie realizowany”.

W komentarzu do tej części artykułu pozwolę sobie wyprzedzić nieco fakty, ale jak zaraz się okaże dosłownie o jedno zdanie. Z kontekstu całego artykułu, a zwłaszcza ze zdania rozpoczynającego następny paragraf wynika, że dla wielu sam fakt precyzyjnego przygotowania kampanii LGBT potwierdza ideologiczny charakter całego ruchu. Jak rozumiem, jest to jeden z argumentów wspierających tezę o wojnie kulturowej, a może nawet ofensywnej proweniencji LGBT.
Osobiście jednak szczerze wątpię, czy w istocie tak jest. Pamiętajmy, że jeśli nawet obecną sytuację nazwiemy wojną kulturową, osoby LGBT są tu raczej tymi, którzy walczą o swoją godność i wydaje się, że w wypadku nie przyjęcia ich postulatów będą realnie pokrzywdzeni, podczas gdy kwestia obiektywnej szkodliwości samych tych postulatów jest, mówiąc eufemistycznie, dyskusyjna. Nie chodzi przecież o wyparcie jednego dyskursu drugim, lecz jedynie o możliwość ich współistnienia.
Po drugie, nie należy się dziwić, że kampania, bo od tego pojęcia przecież osoby LGBT się nie odżegnują, charakteryzuje się określonym ciągiem kroków, w tym szeregiem działań zmierzających do oswojenia tematu w społeczeństwie, czy gromadzeniem poparcia politycznego.
W obecnym położeniu, a zatem w położeniu mniejszości, muszą z konieczności planować i przewidywać korzystne dla siebie układy polityczne, aby cokolwiek przeforsować w państwie demokratycznym.
Kwestia praw mniejszości seksualnych została nagłośniona i weszła do światowego dyskursu niedawno, a biorąc pod uwagę szum, jaki niestety wzbudza, nie dziwi określona strategia postępowania. Kampanii w rzeczywistości społecznej jest wiele: kampanie na rzecz emancypacji kobiet, poprawy bytu osób z niepełnosprawnościami, a także wiele innych. Nikt jednak nie nazywa tego ideologią, a już na pewno nie ideologią o wysokiej szkodliwości społecznej. Tym czasem każda zmiana wprowadzająca coś nowego do systemu prawnego, szerzej społecznego obejmującego też sposób postrzegania określonych grup dokonuje się etapowo, w sposób zaplanowany i nie ma w tym nic egzotycznego, czy niepokojącego, o ile same forsowane treści nie zagrażają społeczeństwu, czy jego części. Oczywiście pozostaje argument, że zagadnienie LGBT jest osadzone w nieco innym kontekście, bardziej fundamentalnym. Tym jednak zajmę się w ostatniej części analizy.
Oto paragraf kończący artykuł, w którym dokonuje się analizy postulatów osób LGBT pod kątem obecności w nich cech ideologicznych.

„Dalekosiężny program zmian prawnych, społecznych i kulturowych postulowany przez środowiska LGBT+, jest często określany jako nowy rodzaj ideologii, szczególnie przez ich przeciwników. Czy słusznie? Słownik PWN definiuje ideologię jako: „Pojęcie występujące w filozofii i naukach społecznych oraz politycznych, które określa zbiory poglądów służących do całościowego interpretowania i przekształcania świata” oraz jako „strategię zmian oraz zespół ideałów nadających kierunek politycznemu i społecznemu działaniu”.
Program formułowany przez środowiska LGBT+ wydaje się wyczerpywać pojęcie tak zdefiniowanej ideologii. Wysuwa on bowiem jasno sformułowaną, szeroko zakrojoną, realizowaną jednocześnie na wielu frontach „strategię zmian oraz zespół ideałów nadających kierunek politycznemu i społecznemu działaniu”.
Podstawowym ideałem, jaki ma być zrealizowany – czytamy w Deklaracji Kongresu LGBT+ – jest zbudowanie „Polski, w której wszystkie osoby cieszą się pełnią praw, w której prawo będzie chronić zamiast dyskryminować, w której ludzie będą chcieli żyć, będą mogli tworzyć rodziny, bez względu na tożsamość płciową, orientację seksualną, ekspresję płciową i cechy płciowe”. Ponadto „Strategia wprowadzenia równości małżeńskiej w Polsce na lata 2016-2025” deklaruje cały katalog wartości, jakim mają służyć postulowane reformy prawa oraz systemu edukacji. Znajdujemy wśród nich: wolność kreowania własnego życia, równość wszystkich osób niezależnie od ich tożsamości płciowej i orientacji seksualnej, godność i uznanie praw każdego człowieka, a także otwartość i współpracę.
Podobnie jak przedstawiciele każdej ze znanych nam ideologii, środowiska LGBT+ formułują pozytywny cel, jakim ma być zbudowanie społeczeństwa, w którym – po dokonaniu dość radykalnych zmian – każdy będzie mógł być szczęśliwy, zapanuje powszechna sprawiedliwość i nikt nie będzie już prześladowany czy marginalizowany. Jest to charakterystyczny i obecny w każdej ideologii rys utopijny, zakładający, że dokonanie pewnych dość radykalnych i szybkich zmian, otworzy epokę dobra i szczęścia, w którym każdy będzie mógł uczestniczyć i nie będzie podlegać żadnej dyskryminacji.
Ideologia marksistowska obiecywała zbudowanie powszechnej sprawiedliwości społecznej i definitywne zakończenie wyzysku robotników, pod warunkiem wyzwolenia proletariatu i radykalnego ograniczenia roli klas posiadających. Ideologia nazistowska z kolei obiecywała odzyskanie należnej przestrzeni życiowej i możliwości nieskrępowanego rozwoju dla narodu niemieckiego, pod warunkiem oczyszczenia cywilizacji europejskiej z obcych i szkodliwych wpływów, jakimi była ona zanieczyszczana przez tzw. żywioł żydowski.
Podobnie – mający cechy klasycznej ideologii społecznej program LGBT+ – zakłada, że szczęśliwe społeczeństwo, wolne od dyskryminacji, w którym każdy będzie mógł bez przeszkód się realizować, zostanie zbudowane o ile zostanie zmieniony system prawny, zawierający liczne ograniczenia dyktowane przez tradycyjnie pojmowane, konserwatywne struktury społeczne.
A główną zmianą ma być zrównanie statusu związków homoseksualnych z rodziną pojmowaną jako związek mężczyzny i kobiety, otwarty na poczęcie i urodzenie dzieci. Przypomnijmy, że cywilizacja Zachodu wyrasta m. in. z zagwarantowania szczególnego statusu rodzinie, która pozostaje pod szczególną ochroną państwa, co wyraża się w określonym systemie prawnym. A tę szczególną ochronę i pomoc ze strony państwa rodzina zawdzięcza temu, że jest instytucją społeczną spełniającą wyjątkową rolę dla przyszłości społeczeństwa, poprzez zrodzenie i wychowanie przyszłych obywateli. Tymczasem związki homoseksualne nie spełniają analogicznej roli społecznej, stąd nie ma żadnych argumentów, aby przyznać im te same przywileje czy środki wsparcia, jakimi darzona jest rodzina.
Ponadto nie ma żadnych podstaw, aby brak równości prawnej pomiędzy małżeństwem kobiety i mężczyzny a związkiem homoseksualnym uznawać za dyskryminację tego ostatniego. Od dawna, a szczególnie w epoce współczesnej, takie związki są tolerowane w społeczeństwie, mają one prawo do wspólnego życia bez żadnych przeszkód, a ich członkowie korzystają z pełni praw obywatelskich i ludzkich. Żadne prawo tych osób w polskim społeczeństwie nie dyskryminuje, ani w żaden sposób ich nie marginalizuje.
Natomiast hasło daleko zakrojonych zmian – w prawie, edukacji, systemie zdrowia a przede wszystkim w świadomości społecznej – celem przeciwstawienia się dyskryminacji osób o orientacji homoseksualnej, jest typowym hasłem natury ideologicznej. Ma ono uruchomić energię społeczną celem dokonania określonych zmian, rozpoczynając od dziedziny prawa. Generalnie chodzi w nich o osłabienie roli tradycyjnych struktur społecznych (z rodziną na czele), jak i konserwatywnie rozumianego systemu wartości. Jest to dość typowy dla wielu ideologi postulat rewolucji społeczno-kulturowej. Zmiany te mają po pierwsze zlikwidować uprzywilejowaną pozycję społeczną rodziny, po drugie wprowadzić takie reformy w systemie edukacji, które zapewnią możliwość promocji zachowań homoseksualnych wśród najmłodszych – jako rzeczy zupełnie normalnej, po prostu alternatywnej ścieżki realizacji swojej seksualności.
Po trzecie – pod hasłem tzw. walki z homofobią – zmiany prawa mają uniemożliwić jakąkolwiek publiczną krytykę zachowań homoseksualnych bądź postulatów czy programów wysuwanych przez środowiska LGBT+. Będzie to bowiem traktowane jako przejaw dyskryminacji. Oczywiste jest, że wprowadzenie takich zmian w Kodeksie Karnym (które zresztą zostały już przygotowane w formie projektu ustawy), w dość radykalny sposób ograniczą wolność słowa, będącą jedną z podstaw demokracji. Ograniczą wolność badań naukowych, gdyż nie będzie można prezentować takich ich wyników, które np. krytycznie będą oceniać pewne zachowania homoseksualne, np. dla kształtowania i rozwoju osobowości człowieka. (O tym, że tak się dzieje, świadczy wiele faktów z USA i Europy Zachodniej). Uderzą wreszcie w konstytucyjne zasady wolności religijnej i bezstronności państwa w kwestiach religijnych i światopoglądowych.
Religie wywodzące się z pnia judeo-chrześcijańskiego, choć głoszą godność każdej osoby ludzkiej, to krytycznie odnoszą się do aktów homoseksualnych. Oczywiste jest, że po uwzględnieniu prawnych postulatów środowisk LGBT+, wolność głoszenia zasad moralnych zawartych w Biblii i nauczaniu Kościoła, zostanie znacznie ograniczona. Niezbędne będzie wprowadzenie nowych mechanizmów kontroli, które przywoływać będą skojarzenia z dawną instytucją cenzury. Idąc tą drogą i respektując takie prawa, państwo polskie przestanie być bezstronnym w przestrzeni religijnej i światopoglądowej. Podporządkowany mu aparat represji będzie musiał służyć ochronie określonego światopoglądu, przy równoczesnej eliminacji odmiennych sposobów myślenia, o ile nie będą one zgodne z poprawnością polityczną, wyznaczaną przez środowiska LGBT+.
Powstaje zatem pytanie, czy przypadkiem nie zagraża nam jakiś nowy rodzaj totalitaryzmu światopoglądowego, skutkujący usuwaniem poza sferę obszaru wolności ludzi czy środowisk myślących inaczej – tylko dlatego, że deklarują przywiązanie do tradycyjnych wartości?
Trudno się zatem dziwić, że poważna część polskiego społeczeństwa (w świetle badań większościowa) krytycznie odnosi się do postulatów środowisk LGBT+ i nie wyraża zgody na ten rodzaj rewolucji społeczno-kulturowej. Wedle badań CBOS z maja br., 64 proc. Polaków uważa, że wspieranie gejów, lesbijek i osób transpłciowych poprzez wprowadzanie jakichś konkretnych rozwiązań prawnych nie jest potrzebne. Zaledwie 23 proc. badanych jest zdania, że należy wprowadzić jakieś rozwiązania wspierające LGBT+. Kolejne badania CBOS z lipca br. pokazały, że tylko 29 proc. respondentów godzi się na zawieranie „związków małżeńskich” przez osoby tej samej płci, a zaledwie 9 proc. przyzwoliłoby na adopcję przez nie dzieci. Obywatele ci – zgodnie z regułami demokracji – mają pełne prawo do wyznawania i wyrażania swych poglądów, a fakt ten nie ma nic wspólnego z dyskryminacją kogokolwiek.”

Oto i mój ostatni komentarz do analizowanego tekstu.
Przyznam uczciwie, że w sumie mam problem, od czego zacząć tę końcową część niniejszych refleksji.
Problem ów polega na tym, że w przytoczonym wyżej paragrafie padło rekordowo dużo twierdzeń, które można uznać za tendencyjne, albo przynajmniej jednostronne.
W tej sytuacji zacznę może od przyjrzenia się ogólnemu rysowi argumentacji, aby później zejść na poziom subtelniejszych zawiłości perswazyjnych.
W definicji pojęcia ideologii zacytowanej za PWN, wyróżnia się jak dla mnie parę podstawowych składowych konstytutywnych dla znaczenia owego hasła. Mamy tu zatem całościowy sposób ujmowania świata, oczywiście w znaczeniu rzeczywistości społecznej, oraz zmianę społeczną, gdzie narzędziem służącym jej osiągnięciu są przekonania w ramach danej narracji ideologicznej.
W dalszych partiach tekstu napotykamy jeszcze jeden wyznacznik ideologii, a więc utopijne założenia mające zachęcić lud idealną pod każdym względem wizją społeczeństwa.
Pytania, na jakie należy sobie w tym miejscu odpowiedzieć, są dwa. Pierwsze, czy na pewno wszystkie te cechy realnie występują wśród postulatów osób LGBT i drugie, czy z całą pewnością owe wyznaczniki ideologii nie charakteryzują ostatecznie wszystkich, co bardziej złożonych struktur społecznych.
Na początku postaram się odpowiedzieć na drugie z postawionych pytań.
Fakty są takie, że jakkolwiek na co dzień nie myśli się o tym w tych kategoriach, nie da się zaprzeczyć, iż każdy dyskurs społeczny zawiera w sobie rys ideologii ujętej słownikowo.
Każdy z nich jest efektem tak, czy inaczej rozumianej umowy społecznej, na mocy której różne grupy godzą się najczęściej na jakiś kompromis, a przy dużych heterogenicznych społecznościach staje się to tym bardziej widoczne. Naturalnie w ślad za takimi ustaleniami idą pieczętujące je dokumenty. Te zaś z konieczności mają charakter na swój sposób idealistyczny. W naukach społecznych mówi się czasami o tak-zwanych ideach regulatywnych, które mają właśnie charakter utopijny. Taką ideą byłby przykładowo wieczny pokój. Założenie jest takie, że wiadomo, iż nigdy nie doprowadzimy do punktu, w którym na świecie nie będzie konfliktów, ale próbujemy się do takiego punktu jak najbardziej zbliżyć.
Tak działa wiele idei i instytucji: organizacje międzynarodowe takie, jak ONZ, czy UE. U podstaw tych organizacji leży zespół przekonań determinujący ich działania zmierzające do urzeczywistnienia konkretnej wizji świata. Jest tu również miejsce dla dokumentów programowych, jeżeli za takie uznać na przykład powszechną deklarację praw człowieka oraz wszelkie inne ponadnarodowe porozumienia.
Czy z tego, że owe organizacje posiadają zespół przekonań i na jego bazie kreują rzeczywistość społeczną wynika ich ideologiczny w pejoratywnym sensie charakter?
Raczej nie, a przynajmniej nie jest to pogląd powszechny.
Wniosek, przypisywanie czemuś cech ideologii w słownikowym sensie, nie jest żadnym argumentem przeciwko temu czemuś, bo cała rzeczywistość społeczna nosi cechy ideologii.
Oczywiście przypadek pewnych ideologii: nazizmu, bolszewizmu, czy faszyzmu pokazuje, że czasami idealizacja społeczeństwa prowadzi do opłakanych skutków, ale dzieje się to najczęściej wówczas, gdy jeden podmiot społeczny, gospodarczy rozumiany jako instytucja, lub organ władzy zmonopolizuje swój dyskurs jako jedyny słuszny i co ważne agresywnie zacznie eliminować wszystkie inne dyskursy.
Każdy sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ktoś, a jeśli tak to kto ma u nas takie aspiracje i czy na pewno są to osoby LGBT.
Przyjrzyjmy się teraz drugiemu zasygnalizowanemu przeze mnie wyżej problemowi.
Czy postulaty LGBT zasługują na miano ideologii?
Na pewno nie w takim sensie, w jakim używamy tego pojęcia w odniesieniu do marksizmu, czy nazizmu.
Wnikliwi czytelnicy z pewnością zauważą, że nie przypadkowo wymieniłem tu marksizm i nazizm, ponieważ właśnie do nich odwoływał się autor w cytowanym powyżej artykule.
Porównywanie ze sobą nazizmu, marksizmu i postulatów LGBT jako równorzędnych prądów myślenia wydaje mi się co najmniej dyskusyjne, a to ze względu na niewspółmierność implikowanych przemian społecznych.
Czytamy, że naziści obiecywali nieograniczony rozwój narodu niemieckiego, jeśli tylko zostanie on oczyszczony z wpływów żywiołu żydowskiego.
Marksiści z kolei mówili o powszechnej równości uzyskanej dzięki wyzwoleniu proletariatu i radykalnemu ograniczeniu wpływów klasy kapitalistów.
A co czytamy o głównym celu środowisk LGBT?
Czytamy, że podstawową zmianą po uznaniu ich postulatów będzie legalizacja związków jednopłciowych na tych samych zasadach, jak w przypadku par heteroseksualnych.
Czy nie zachodzi tu niewspółmierność?
Nazizm mówi o eksterminacji Żydów, a w każdym razie programowo o zepchnięciu ich na margines. Marksizm w praktyce zapowiada totalną rewolucję społeczną, odwrócenie porządku klasowego i przejęcie władzy przez proletariat. Na koniec mamy zaś społeczność LGBT, która oczekuje jedynie równości w dostępie do instytucji małżeńskiej. Czy to nie dość duży kontrast?
Druga sprawa jest taka, że w przypadku osób LGBT nie mamy do czynienia z grupą homogeniczną pod względem narodowym, etnicznym, wyznaniowym, statusu społecznego ETC. Jedynym ich wspólnym mianownikiem jest inna orientacja psychoseksualna i związany z nią minimum wartości, które są im niezbędne do godnego życia.
Jest to pewna rewolucja kulturowa, jeśli weźmiemy pod uwagę spojrzenie przez wiele lat na związki homoseksualne i ich status prawny, ale raczej przesadą byłoby mówić, że jest to bezwzględna dominacja jednego dyskursu. Przecież jest zapisane, że chodzi o zrównanie w prawach związków homo i heteroseksualnych. Nie ma tu nic odnośnie tego, który model jest uprzywilejowany. Raczej to obecne prawo ma coś do powiedzenia w tym względzie, więc może je trzeba uznać za opresyjne. Ponieważ nie ma tu jednoznacznej dominacji jednego dyskursu nad drugim, raczej trudno mówić o totalitaryzmie, który odruchowo kojarzy się z ingerencją jednej grupy w każdą sferę życia danego społeczeństwa. Mówi się o ograniczeniu wolności słowa, ale czy naprawdę w sposób uzasadniony? Tak samo można by było powiedzieć, że obecny system prawny i normy obyczajowe są opresyjne, ponieważ zabraniają ekspresji choćby poprzez przeklinanie w miejscach publicznych.
Wróćmy jeszcze do samej rewolucji kulturowej, bo mam wrażenie, że to pojęcie również może wzbudzać u niektórych reakcję obronną. Z tego względu połączenie środowisk LGBT z rewolucją może stanowić dobry chwyt perswazyjny. Zastanówmy się jednak. Potocznie rewolucja kojarzy się z przewrotem, agresywnym narzuceniem nowego porządku, ale rewolucja to nie tylko rewolucja francuska, czy październikowa okupiona ofiarami zarówno w ludziach, jak i systemach wartości.
Rewolucjami były również nazywane przemiany zachodzące bez udziału przemocy fizycznej, czy symbolicznej. Mamy rewolucje naukowe polegające na zmianie paradygmatu myślenia, bez których dziś trudno wyobrazić sobie rozwój nauki. Podobnie z rewolucją przemysłową, czy seksualną.
Po tej uwadze wniosek, że być może czasami na wyrost dostajemy alergii na słowo rewolucja, tak samo jak na słowo ideologia nasuwa się sam.
Oczywiście każda rewolucja jest zmianą w sposobie myślenia, lecz nie każda musi się wiązać z ogromnymi stratami, czy opresją.
Przyjmijmy więc, że mamy do czynienia nawet z jakąś postacią rewolucji społeczno-kulturowej. Co jest głównym przedmiotem tej rewolucji. Wydaje się, że rodzina jako podstawowa komórka społeczna. Główny problem polega na tym, że związki homoseksualne zdaniem prawicy, nie spełniają kryteriów rodziny w rozumieniu związku kobiety i mężczyzny i to ma się rozumieć, nie tylko ze względu na ich jednopłciowość jako taką. Otóż, czytamy, para homoseksualna nie mogłaby na przykład mieć dzieci, a przecież podstawową funkcją społeczną rodziny jest płodzenie i wychowywanie potomstwa ku przyrostowi demograficznemu.
Znowu dwa pytania. Czy rzeczywiście jest to nadrzędna, konstytutywna niemalże funkcja rodziny i czy pary jednopłciowe rzeczywiście nie mogą realizować choćby po części tych zadań.
Odpowiadając na pierwsze pytanie, wszystko zależy od tego, jak określimy nie tylko kształt rodziny jako komórki społecznej, ale również jej wartości konstytutywne. Przy założeniu reprodukcyjnej roli rodziny, rzeczywiście pary homoseksualne mogą nie spełniać pewnych kryteriów, ale z drugiej strony nie powinniśmy chyba uprzedmiotawiać ludzi jako maszynek do płodzenia dzieci. Człowiek jest wartością samą w sobie i myślę, że w ostatecznym rozrachunku jest to konkluzja i etyki chrześcijańskiej, i świeckiej. Jego dobrostan też powinien być więc istotny.
A co z wychowaniem dzieci? Cóż, sądzę, że tę funkcję rodziny para homoseksualna może wypełniać równie dobrze, jak heteroseksualna. Nie chcę tutaj rozwodzić się nad tym, jaki wpływ na psychikę dziecka ma wychowanie przez jedną, czy drugą parę, ale sądzę, że dziecko takie może być równie szczęśliwe, kochane i dobrze wychowane, bo wszystko zależy od atmosfery w rodzinie. Para homoseksualna nie musi więc reprodukować, ale może na przykład przyczynić się do wzrostu poziomu szczęścia w społeczeństwie i zmniejszenia liczby wychowanków sierocińców. Nie wspomnę już o tym, że wartość reprodukcyjna rodzin heteroseksualnych również spada, bo wiele par po prostu nie może mieć dzieci, ale czy to znaczy, że są one jakoś wybrakowane?
Dlatego właśnie uważam, że fundamentem rodziny są przede wszystkim wartości, ale wartości takie jak miłość, poczucie szeroko rozumianego bezpieczeństwa i stabilizacji, zaufanie oraz szacunek do siebie i otoczenia. Takie wartości mogą z powodzeniem wystąpić zarówno w rodzinie homo, jak i heteroseksualnej.
Należy tu powiedzieć więcej. Takie wartości budują nowoczesną Europę. Jedność w różnorodności, ale też w poszanowaniu godności każdej grupy.
W artykule pada stwierdzenie, że tak-zwana „ideologia LGBT” zagraża cywilizacji zachodu. To dość cyniczny zabieg, którego autorzy najwyraźniej starają się jeszcze bardziej podkreślić zgubny wpływ postulatów LGBT, ale co tak naprawdę buduje współczesny zachód? Wydaje mi się, że jednak znacznie bardziej tolerancja, akceptacja i otwartość. Jeśli coś zagraża tym wartościom, to właśnie ślepe bronienie czegoś, co wcale nie jest moim zdaniem wyznacznikiem polskiej tradycji. A czym jest sama tradycja? Co stanowi jej rdzeń? Czy na pewno rodzina heteroseksualna? Wydaje mi się, że polskość to jednak coś więcej, ale wpis nie jest o tym, więc pozostawiam tylko tę kwestię do refleksji. Przez lata Polska była krajem bardzo tolerancyjnym. W dobie prześladowań byliśmy często azylem dla różnych mniejszości. Dlaczego teraz tak być nie może? Dlaczego tej tradycji nie pielęgnujemy, a w każdym razie nasze władze nie odżegnują się z odpowiednią stanowczością od aktów agresji skierowanych w stronę mniejszości?
To pytanie również pozostawiam jako retoryczne.
Chciałbym za to wrócić jeszcze na moment do kwestii reprodukcji jako podstawowej wartości rodziny.
Podkreślanie tej wartości jako nadrzędnej jest w gruncie rzeczy zaskakujące, zwłaszcza w kontekście krytyki homoseksualizmu. Zważywszy na okoliczność, że pary homoseksualne są mniejszością społeczną, fakt, iż nie będą miały potomstwa raczej nie będzie przyczyną niżu demograficznego. Po drugie takie gloryfikowanie reprodukcji można jak dla mnie poddać krytyce również z pozycji religii. Przecież dla chrześcijaństwa człowiek jest radykalnie różny od zwierząt, od których dzieli go różnica jakościowa. Skoro tak, to nie sprowadzajmy związków człowieka tylko do reprodukcji, bo to właśnie zbliżałoby go do zwierząt. Oczywiście ktoś zaraz powie, że istnieje różnica między miłością cielesną, a duchową i z perspektywy doktryny chrześcijańskiej będzie miał rację, ale o tym, jak można uspójnić te dwa aspekty miłości pisałem powyżej, więc nie będę się powtarzał.
Zbliżając się powoli do końca mojej analizy, chciałbym podkreślić jeszcze parę rzeczy. Na początku tej części mojego wywodu zaznaczyłem, że ostatni paragraf omawianego artykułu wydaje mi się szczególnie jednostronny. Niespójności i tendencyjności jest tu moim zdaniem naprawdę wiele.
Jednym z takich ujętych jednostronnie wątków jest między innymi poruszana w tekście kwestia bezstronności religii.
Czytamy, że po wprowadzeniu w życie postulatów środowisk LGBT naruszona zostanie konstytucyjna wolność religii i zasada bezstronności państwa w kwestiach religijnych. Brzmi groźnie, ale co poza brzmieniem?
Należy moim zdaniem zauważyć, iż religia wcale nie musiałaby stracić swojej autonomii, a to dlatego, że jak już zostało wspomniane wyżej, pytanie, co stanowi aksjologiczny rdzeń religii judeochrześcijańskich. Nie będę się tu nad tym rozwodzić, bo i moja wiedza w tym zakresie jest dość ogólna, ale trzeba powiedzieć, iż nasza wiara, tak samo, jak każda inna kształtowała się również przy udziale kultury, w której żyli autorzy Pisma Świętego.
Z jednej strony zatem teolog musi oddzielić prawdy fundamentalne dla danej religii, a z drugiej uspójnić niespójności obecne pomiędzy poszczególnymi księgami.
Stąd już natomiast niedaleko do wniosku, że podstawowe wartości wypływające z Pisma Świętego powinny być jak najbardziej ponadczasowe i nie sprowadzać się do krytyki określonych form życia seksualnego. Napisano, że Bóg się nimi brzydzi, ale brzydzi się dlaczego? Jeśli tylko ze względów obyczajowych, są one w gruncie rzeczy poza oceną moralną, ponieważ dziś odróżniamy w wielu przypadkach obyczajowość od moralności. Powinniśmy te dwie sfery odróżniać tym bardziej, jeśli mówimy o czymś, co zostało napisane tysiące lat temu, w radykalnie odmiennej rzeczywistości społecznej.
Tym ważniejsze staje się zatem wyznaczenie aksjologicznego rdzenia Pisma Świętego.
W tej optyce państwo, które krytykuje określone dogmaty religijne, nie musi krytykować religii jako-takiej, na tej samej zasadzie, na jakiej religia potępia grzech, a nie grzesznika.
Widać z tego, że państwo może pozostać neutralne w odniesieniu do religii jako całości, ale z drugiej strony dobrze by też było, gdyby zasada ta działała w obydwu kierunkach.
Religia powinna pozostać bezstronna, jeśli chodzi o codzienne życie społeczne i nie mieszać się w dyskurs polityczny.
W artykule padło sformułowanie, że religii w społeczeństwie po uznaniu postulatów LGBT groziłby aparat represji, a bezstronność stałaby pod znakiem zapytania. A teraz? Czy fakt, że furgonetki oklejone treściami światopoglądowymi jeżdżą w asyście policji jest dowodem bezstronności?
Wystrzegajmy się hipokryzji i zastanówmy się, czy naprawdę teraz jest tak neutralnie światopoglądowo, jak chciałyby tego określone portale prawicowe.
Mówi się również o tym, że badania naukowe będą zahamowane przez poprawność polityczną. Oczywiście. Nie powinny być hamowane, ale nie zapominajmy o tym, że obecnie różne badania seksuologów, czy psychoseksuologów też są wyciszane, albo przynajmniej spotykają się często z krytyką środowisk prawicowych.
Bądźmy zatem obiektywni, a przede wszystkim, jeśli chcemy dyskutować z dyskursem mającym podstawy naukowe, przeciwstawiajmy mu również dyskurs naukowy, a nie jedynie światopoglądowy, czy religijny.
Na sam koniec chcę jeszcze zwrócić uwagę na statystyki przytoczone pod sam koniec cytowanego tekstu.
Miałoby z nich wynikać, że przeważająca większość społeczeństwa polskiego nie uważa, żeby było konieczne włączanie postulatów LGBT do obowiązującego systemu prawnego.
Nie będę tutaj pisał o tym, że badania statystyczne są obarczone błędem statystycznym i siłą rzeczy zależą od grupy ankietowanych. To oczywiste, ale oczywiście nie chodzi o to, aby z gruntu krytykować takie badania.
Chciałbym za to zasygnalizować coś innego.
Otóż z pewnego punktu widzenia sondowanie opinii większości na temat mniejszości wydaje się dość zawodne, a czasem nawet może być krzywdzące. Dochodzimy bowiem do sytuacji, w której większość wypowiadających się robi to z pozycji osoby całkowicie postronnej, która nie tylko nie musi być bezpośrednio zainteresowana zmianami, lecz również może nie być kompetentna w danym temacie.
To tak, jak by pytać osoby pełnosprawne, jak mają wyglądać dostosowania dla osób z daną niepełnosprawnością.
Uwierzcie mi, takie niekompetentne konsultacje zwykle nie kończą się dobrze. 😀
Podsumowując cały wywód, napisałem niniejszy tekst z dwóch przyczyn. Po pierwsze chciałem jeszcze raz wyrazić swój sprzeciw wobec dyskryminacji i rozpętywaniu burzy, na której tracą tylko mniejszości, a cena jest niewspółmierna do stawki.
Po drugie zaś moją intencją było polemiczne zmierzenie się ze stanowiskiem oponentów w imię uczciwości intelektualnej. Czy mi się to udało, ocenią sami ci, którzy bohatersko dotrwali do końca tego tasiemca.
Naturalnie niniejsza analiza nie wyczerpuje tematu. Pokazuje jedynie wycinek spektrum problemowego. Wiele jeszcze byłoby do powiedzenia od strony psychologicznej, seksuologicznej, czy teologicznej, ale na to nie starczyłoby pewnie niczyjej cierpliwości, a i moja wiedza jest ograniczona.
Tytułem zamknięcia całej tej pisaniny, odpowiem jeszcze raz zwięźle na pytanie, czy konstrukt pojęciowy ideologia LGBT ma sens.
Otóż nie, a to przez rozwinięcie skrótu LGBT.
Można jedynie się zastanowić, czy ideologią nazwać postulaty osób LGBT.
Moja odpowiedź brzmi, tylko wtedy, jeśli uznamy, że cała rzeczywistość społeczna podpada pod słownikową definicję ideologii i nie ma w tym nic piętnującego.
Należy w takim wypadku również uznać, że zespół przekonań nazywanych ideologią może wynikać z uwarunkowań biologicznych i służyć zagwarantowaniu godności osób je posiadających.
Jest to teoretycznie do pomyślenia, ale wówczas trzeba by było mówić również o ideologii osób z niepełnosprawnościami.
Zdecydowanym nieporozumieniem jednak jest zestawianie postulatów LGBT z nazizmem, czy marksizmem, ponieważ wydaje się to bardzo dyskusyjne z moralnego, ale też logicznego punktu widzenia.
Na tej konkluzji chciałbym zakończyć niniejszą analizę.
Mam nadzieję, że nie była ona totalnym bełkotem i pustynią intelektualną, ale to ocenicie już sami.
Gratuluję wszystkim, którzy dotrwali do tego momentu i do następnego wpisu.
Link do materiału źródłowego: https://ekai.pl/grozi-nam-totalitaryzm-swiatopogladowy-ideologiczna-ofensywa-lgbt/

EltenLink