Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

29-36: czyli Narnia okiem dorosłego

Witajcie,
Myślę, że tytuł niniejszego wpisu mówi wiele na temat tego, co będzie przedmiotem rozważań, więc nie będę się tu nadmiernie rozwodził.
W ramach chwilowego odpoczynku od literatury podróżniczej i korzystając z tego, że na moment, kiedy zaczynałem czytać nie rozpoczął się jeszcze rok akademicki, postanowiłem zrobić to, o czym myślałem już od dawna.
Wróciłem do septologii Lewisa, aby spojrzeć na nią z perspektywy dorosłego, a także z perspektywy filozofa.
Teraz podzielę się z wami wnioskami z tego zapoznawania. Na koniec poświęcę również kilka słów ósmej książce,, którą idąc za ciosem, przeczytałem także w ostatnim czasie.
Jest to naukowe opracowanie, które zaklasyfikowałbym tematycznie do dziedziny filozofii literatury, traktujące o Narnii jako o z jednej strony pewnej apologetyce chrześcijaństwa, z drugiej zaś specyficznej diagnozie współczesności.
Co do samej septologii, w prezentacji moich spostrzeżeń będę się trzymać chronologii wydarzeń, a nie wydawania poszczególnych części przez Lewisa.
Przyjrzyjmy się zatem na początek motywom zawartym w Siostrzeńcu czarodzieja.
Pierwszą rzeczą, na którą można zwrócić uwagę, jest ukazanie zdegenerowanej nauki, nauki odciętej od etyki, uprawianej przez szaleńców pozbawionych skrupułów i zaślepionych swoimi możliwościami.
Takie oblicze nauki prezentuje w pewnym sensie wuj Andrzej.
Samo zagadnienie relacji między nauką, a etyką jest oczywiście bardzo skomplikowane i nie zamierzam go tu roztrząsać.
Wiadomo, że zwłaszcza w naukach stosowanych nierzadko trzeba przyjąć perspektywę utylitarystyczną i poświęcić coś, aby ratować coś innego. Przykładem eksperymenty na zwierzętach. Sprawa niezwykle dyskusyjna i niełatwa, wymagająca jak dla mnie bardzo kompleksowego podejścia i wnikliwych rozważań oraz regulacji.
Etyczny wymiar badań naukowych dostarcza jeszcze większej ilości komplikacji, gdy założymy, że tym, co mamy poświęcić dla większego dobra jest bezpieczeństwo, wolność, czy nawet życie świadomej, a wręcz samoświadomej istoty.
W tym momencie wchodzimy na bardzo niestabilny grunt. W optyce religijnej, jaką wyznawał Lewis, poświęcenie takie jest niedopuszczalne. Nawet jednak, gdy uwzględnimy systemy etyczne nie podbudowane religijnie: kantyzm, czy utylitaryzm, sprawa jest bardzo dyskusyjna. Intuicyjnie powiedzielibyśmy, że nie możemy zmuszać nikogo do niczego bez jego woli, a do takiego przymusu uciekł się właśnie wuj Andrzej. Z drugiej strony nawet jeśli przyjmiemy za utylitarystami zasadę maksymalizacji użyteczności głoszącą, że dopuszczalne jest poświęcenie jakiejś wartości, jeśli suma zysków wynikających z tego poświęcenia przewyższa w perspektywie sumę wynikających z niego strat, wciąż dostrzegalny jest tu pewien moralny zgrzyt.
Nie da się bowiem ukryć, że wuj Andrzej, wysyłając dzieci w nieznane, nie miał na względzie żadnego szczytnego celu. Myślał jedynie o sławie i instrumentalnie pojmowanej wiedzy. Nawet jeśli miałoby się okazać, że całe przedsięwzięcie zaowocowałoby jakimiś dobroczynnymi konsekwencjami, stanowiłyby one jedynie przypadek nie mieszczący się w intencjach wyjściowych wuja Andrzeja.
Do obrazu zdegenerowanej nauki w septologii wrócę jeszcze przy okazji omawiania opracowania naukowego. Tym czasem jednak idźmy dalej,.
Kolejną rzeczą, jaka zwróciła moją uwagę, był sposób pojawienia się w Narnii zła pod postacią czarownicy Jadis. Jak się wydaje, mamy tu parę religijnych analogii. Widzimy więc, że zło pojawia się w kraju Aslana w sposób całkowicie niezamierzony, jako czynnik ludzki, i to w dosłownym znaczeniu. To przecież właśnie Diggory, człowiek, sprowadza do Narnii zło. Jak by tego było mało, widzimy, że podobnie, jak w wykładni biblijnej, choć oczywiście nie dokładnie tak samo, zło zostaje rozbudzone przez ludzką ciekawość.
Na marginesie można zaznaczyć, że Lewis zrobił tutaj pewien unik, jeżeli chodzi o bardzo trudny problem genezy zła.
Odpowiedział mianowicie na pytanie, skąd zło wzięło się w Narnii. Nie powiedział jednak nic w sprawie tego, jak ono powstało. Przenosząc jego początek do światów równoległych, odsunął tylko na bok niewygodny temat.
Cóż jeszcze zwróciło moją uwagę w Siostrzeńcu czarodzieja? Myślę, że takim momentem był również opis powołania Narnii do życia, a ściślej przebudzenia mówiących zwierząt. Znamienne moim zdaniem pozostaje przykazanie Aslana, by mieszkańcy Narnii żyli w prawości, bo jeśli nie, staną się znowu dzikimi, niemymi zwierzętami.
Nie można się oprzeć wrażeniu, że jest to ostrzeżenie przed upadkiem moralnym, po którym nie ma się już dostępu do świata prawdziwych wartości.
Jeśli mowa o poznaniu, można od razu wspomnieć o roli wiary w jego osiąganiu. Kwestia ta wydaje się bardzo ważna z perspektywy cyklu. Daje się w nim odczytać scholastyczną zasadę wierzę, abym zrozumiał.
Zgodnie z tą regułą w Siostrzeńcu widzimy dokładnie, że aby dostrzec pewne rzeczy przekraczające nasze codzienne doświadczenie oparte na naukowym obrazie świata i zmysłach, trzeba wyjść poza utarte schematy, zdać się na intuicję i pozwolić sobie uwierzyć. Z perspektywy nauki takie całkowite odcięcie się od zdrowego rozsądku i Empirii jest znów mocno dyskusyjne, a jednak wydaje się, że właśnie dlatego to dzieci mogą odnaleźć Narnię. Nie zostały jeszcze bowiem wtłoczone w utarte schematy przez krytykowaną przez Lewisa współczesną cywilizację.
Właśnie dlatego dzieci mogły rozmawiać ze zwierzętami, podczas gdy wuj Andrzej, zaślepiony racjonalnością, widział w nich tylko nieme, dzikie bestie.
Jeszcze wyraźniejsze ostrzeżenie przed zgubnymi wpływami cywilizacyjnymi dostajemy od autora na samym końcu omawianej książki. Wkłada on tam w usta Aslana coś na zasadzie upomnienia, iż jeśli ludzie się nie opamiętają, również im grozi zdominowanie przez okrutnych tyranów, a nawet zagłada, jeśli wynajdą coś o podobnej sile rażenia, jak żałosne słowo czarownicy Jadis.
Jak wiadomo, niektórzy interpretatorzy doszukują się tu analogii do przemysłu jądrowego.
Skoro już mowa o Jadis, dodam na marginesie całkowicie niezwiązaną uwagę. Nie mogę mianowicie oprzeć się wrażeniu, że Jadis, choć przerażająca w Harnie i Narnii, jest w swoim zaślepieniu komiczna po przeniesieniu do ludzkiego świata.
I teraz pytanie, czy to błąd w charakteryzacji, czy celowy zabieg.
Wracając jednak do głównego tematu.
Przejdźmy od razu do analizy, choć już nie tak wnikliwej, Księcia Kaspiana. Celowo pomijam tu Lwa, czarownicę i starą szafę, gdyż wydaje mi się ona bardzo oklepana, a zawarte w niej analogie są większości bardzo dobrze znane.
Nie wypowiem się również na temat Konia i jego chłopca, choć tu też mamy do czynienia z pewną religijną wykładnią.
Nad samym księciem Kaspianem, nie będę się rozwodził.
Tutaj przede wszystkim utkwiło mi w pamięci kolejne podkreślenie roli wiary w relacji z absolutem.
Widzimy bowiem, że aby zobaczyć Aslana, bohaterowie musieli najpierw uwierzyć w jego przybycie.
• Prawidłowość tą dostrzec można wyraźnie, gdy Aslan przybywa, by wskazać dzieciom drogę do starych narnijczyków i z początku dostrzega go jedynie Łucja, która nie tylko nigdy nie zwątpiła w lwa, ale była w swojej wierze całkowicie bezinteresowna.
• Następną w kolejności książką jest Podróż wędrowca do świtu, ale muszę przyznać, że tu mało rzeczy zapadło mi w pamięć.
• Swoją wymowę ma na pewno przemiana wewnętrzna Eustachego, której doznał po przygodzie na smoczej wyspie i indywidualnym uzdrowieniu przez Aslana.
• Interesująca jest również wizyta Łucji w Sali z księgą zaklęć, jej rozterki, czy wyrzec się siebie na rzecz zaspokojenia osobistych kompleksów, a także moment, gdy słyszy ona, co mówią o niej tak-zwani przyjaciele. Nie sposób oprzeć się tu stwierdzeniu, że niekiedy lepiej jest nie wiedzieć, co myślą o nas inni, jeśli chcemy zachować z nimi dobre relacje.
• Ostatnim elementem na jaki zwróciłem uwagę w tym tomie są słowa Aslana zaraz po tym, jak Łucja uczyniła go widzialnym.
• Zdanie, że cały czas tu był, można jak sądzę odnieść do jego wszechobecności jako absolutu.
Nadszedł czas na kolejną powieść z cyklu, czyli srebrne krzesło.
Tu filozof ma w pewnym sensie używanie, zwłaszcza pod koniec książki.
Konkretnie pole do filozoficznych interpretacji daje rozmowa tak-zwanej pani w zielonej sukni stojącą za porwaniem księcia Riliana, wokół poszukiwań którego osnuta jest większość fabuły, a tytułowymi bohaterami Julią i Eustachym.
Moment, w którym czarownica usiłuje przekonać dzieci, że nie istnieje żaden świat poza jej podziemnym królestwem, dzieci zaś argumentują, że królestwo to jest jedynie niedoskonałym odbiciem w porównaniu ze światem nadziemia, z którego przychodzą, przypomina do złudzenia dyskusję między idealistami platońskimi, a naturalistami ontologicznymi.
Ci pierwsi za Platonem utrzymywaliby, że cały świat materialny jest jedynie niedoskonałym ucieleśnieniem wiecznych, niezmiennych idei. Ci drudzy przyjmują tezę, że naprawdę istnieje tylko to, co naturalne i poznawalne zmysłowo.
Historia Riliana porwanego przez czarownicę do podziemia, w którym zatracił pamięć o swojej prawdziwej tożsamości bardzo dobrze wpasowuje się w koncepcję Platona, który twierdził, że dusza ludzka była kiedyś w świecie idei, ale zatraciła pamięć o nim w chwili, gdy została uwięziona w ciele.
Cały proces ludzkiego poznawania, mówi Platon, jest przypominaniem sobie obrazów ze świata idei na podstawie ich niedoskonałych odbić w świecie materialnym.
Nazywamy to koncepcją anamnezy.
Uświadomienie ludzi, że tak naprawdę żyją w czymś w rodzaju poznawczej iluzji, jest dla Platona zadaniem filozofa. W srebrnym krześle rolę filozofów przejmują dzieci, przybywając, by przypomnieć Rilianowi, kim tak naprawdę jest.
Jednocześnie w kontrargumentacji, jaką posługuje się czarownica, widać sposób rozumowania naturalistów.
Mówi ona, że wszystkie wyobrażenia o innych niż jej światach są tylko złudzeniem, wymysłem opartym na błędnym przeświadczeniu, że wszystko, co dostrzegamy w świecie, ma swoje doskonalsze odpowiedniki.
Zgodnie z taką interpretacją, dzieci miały wymyślić sobie Aslana, dodając w swojej wyobraźni do oglądanych często kotów te wszystkie atrybuty, które czynią z kota ogromnego lwa.
Ten sam schemat argumentacyjny widać w dociekaniach niektórych antropologów próbujących wyjaśnić religię w kategoriach naturalistycznych. Abstrahując od kwestii ewentualnej trafności ich tez, twierdzą oni, że człowiek rozumuje w oparciu o dwie klasy pojęć: pojęcia intuicyjne i kontr-intuicyjne. Te pierwsze to pojęcia naturalne, które odnosimy do otaczającej nas rzeczywistości. Krowa, człowiek, krzesło i tak dalej.
Te drugie to pojęcia odnoszące się do naszych konstruktów myślowych. Powstają przez dodanie do konkretnego pojęcia naturalnego jakiejś dodatkowej cechy. Takim pojęciem jest na przykład pegaz.
W ten sposób uzyskujemy pojęcie odnoszące się do obiektu, który w naturze nie istnieje, ale bardzo łatwo jest nam sobie ten obiekt wizualizować.
Zdaniem niektórych właśnie tak człowiek stworzył kulturowo najróżniejsze bóstwa, a więc i systemy religijne.
Nie trudno odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki stosunek miał Lewis do skrajnego naturalizmu, skoro wsadzał wyrażające go twierdzenia w usta najbardziej negatywnej postaci w książce. Na uwagę jednak zasługuje jeszcze jeden pogląd reprezentowany w srebrnym krześle przez błotowija towarzyszącego Julii i Eustachemu.
Mówi on mniej więcej, że nawet jeśli nie ma żadnej Narnii i żadnego Aslana, on będzie żył tak, jak by one istniały, ponieważ z tą wiarą świat jest o wiele mniej smutnym miejscem.
Wypowiedź tą można oczywiście traktować jedynie w kategoriach chrześcijańskich, jako wyraz oddziaływania wiary na życie wierzących, którym daje ona siłę do radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Nasuwa mi się tu jednak jeszcze jedna ciekawa analogia. W metaetyce istnieje stanowisko nazywane fikcjonalizmem. Jest to ogólnie rzecz biorąc przekonanie, że nawet jeśli obiektywne wartości, na przykład obiektywne dobro, nie istnieją, opłaca się żyć tak, jakby istniały, chociażby dlatego, że w ten sposób łatwiej jest zorganizować życie społeczne.
Moim zdaniem to interpretacja, którą można w kontekście Narnii rozważyć.
W ten sposób dotarliśmy do ostatniej bitwy, która stanowi również cenne źródło refleksji filozoficzno-teologicznych.
Jedną z wyraźnych analogii jest obraz unicestwienia doczesnej Narnii, który pod pewnymi względami przypomina wizję z Apokalipsy.
Nie brakuje tu również odwołania do swoistego sądu ostatecznego.
Wszyscy Narnijczycy trafiają do wiecznej krainy Aslana i przed jego oblicze.
Ci, którzy dochowali wierności jego zasadom trafiają do królestwa wielkiego lwa, królestwa prawdziwego i ponadczasowego, kraju wiecznej szczęśliwości. Z kolei ci, którzy sprzeniewierzyli się etyce Aslana przepadają i nikt więcej o nich nie słyszy.
Jest to moim zdaniem czytelne odniesienie do założenia obecnego w chrześcijaństwie, że tylko osoby postępujące zgodnie z boskimi przykazaniami dostąpią zbawienia.
W omawianej książce mamy również jeszcze raz dobitne ukazanie potęgi wiary jako warunku prawdziwego poznania.
Założenie to ilustrują karły, które nie wierząc w Aslana, cały czas znajdują się, wedle własnego mniemania, w cuchnącej stajni, do której zostały wepchnięte pod koniec ostatecznego starcia przed zagładą Narnii.
Tym czasem dla wiernych Narnijczyków drzwi stajni były jedynie bramą do królestwa Aslana. Karły zaś padły ofiarą własnego sceptycyzmu i nawet sam Aslan nie mógł im pomóc.
Następnym elementem, który podczas lektury zwrócił moją szczególną uwagę była relacja między Aslanem i Taszem, jako swoimi przeciwieństwami.
Z relacji tej wynika bardzo ciekawy wniosek. Wedle słów Aslana, Tasz rozlicza za wszystkie złe uczynki, a Aslan za dobre. Nawet jeśli ktoś czyni zło w imię Aslana, naprawdę odpowiada przed Taszem, jako metafizyczną manifestacją zła.
Podobnie jeżeli ktoś postępuje moralnie z imieniem Tasza na ustach, rozlicza go Aslan.
Wynika z tego, że nie ważne, jakiego boga wzywa się po imieniu, lecz jakiego katalogu wartości się przestrzega, co samo w sobie jest interesującym punktem widzenia.
Zbliżając się do końca analizy Ostatniej bitwy, nie sposób nie wspomnieć o kolejnym nawiązaniu do platonizmu.
Po zniszczeniu doczesnej Narnii, bohaterowie trafiają do Narnii wiecznej i niezmiennej, której tamta unicestwiona była jedynie niedoskonałym odbiciem. Jak czytamy, wszystko w wiecznej Narnii było prawdziwsze, bardziej realne, czyli dokładnie tak, jak w przypadku teorii idei Platona.
Zresztą faktem jest, że pod koniec książki, profesor Diggory stwierdza, że to wszystko zostało opisane u Platona.
Zwieńczeniem Ostatniej bitwy jest, jak można przypuszczać, zjednoczenie się bohaterów z Aslanem, co samo w sobie wskazuje na kolejną analogię z myślą chrześcijańską.
Na zakończenie tego przydługiego wywodu, chciałbym napisać kilka słów o ósmej książce traktującej o cyklu narnijskim jako formie wyrażenia pewnych uniwersalnych treści.
Publikacja ta nosi tytuł Magiczny urok Narnii: poetyka i filozofia opowieści z Narnii i została napisana przez Marka Oziewicza.
Cóż. Nie żałuję, że przeczytałem tę książkę, chociaż nie ze wszystkimi zawartymi w niej tezami się zgadzam. Z drugiej strony mam świadomość, że nie wszystkie z tych tez są odautorskimi sformułowaniami Oziewicza. No bo wiecie, czym różni się artykuł od większej publikacji w naukach humanistycznych. W artykule chodzi o to, aby pochwalić się jak największą ilością przeczytanych książek na możliwie niewielkiej ilości stron. Większa publikacja natomiast jest to chwalenie się jak największą ilością przeczytanych książek i okraszenie tego odpowiednio rozległym wodolejstwem, żeby powstało dzieło na czterysta stron.
Wracając do głównego wątku. Magiczny urok Narnii dzieli się zasadniczo na dwie części: literaturoznawczą i filozoficzną.
W tej pierwszej autor skupia się na analizowaniu specyfiki fantastyki jako gatunku oraz ustaleniu wyznaczników literatury dziecięcej, aby następnie wpasować w te ramy cykl narnijski. Z rzeczy, które zapadły mi w pamięć w tej części wspomnę o podziale na literaturę dziecięcą i literaturę dla dzieci.
Tą drugą rozumie się, w myśl przytoczonego podziału, jako moralizatorstwo, gdzie autor patrząc niejako z góry, dyktuje dzieciom, jak mają postępować. Podkreśla się więc tu zderzenie z jednej strony niedoświadczonego czytelnika nie mającego pojęcia o życiu, z drugiej natomiast poważnego, mądrego dorosłego.
Dla odmiany w literaturze dziecięcej autor i jego odbiorca mają znajdować się na równej pozycji. I autor, i jego odbiorca są tu po prostu wrażliwymi podmiotami. Można chyba powiedzieć, że zrównują się oni w pewnej otwartości na cudowność, niezwykłość i magię obecną w baśniach, mitach i bazującej na nich w dużej mierze fantastyce.
Tak rozumiana literatura dziecięca nie jest, w myśl autora, przeznaczona wyłącznie dla dzieci, ale raczej zawiera uniwersalne przesłania adresowane do każdego, kto wykaże się odpowiednią wrażliwością, żeby zanurzyć się w kreowanym świecie. W przeciwieństwie też do literatury dla dzieci, literatura dziecięca nie ma moralizować tylko poprzez mądre słowa, ale morał powinien wynikać z całokształtu historii.
Myślę, że ta propozycja ma coś w sobie, chociaż oczywiście każdy będzie ją oceniał z własnej perspektywy.
Dalej Osiewicz przybliża koncepcję światów równoległych, stanowiącą przejście między literaturoznawczym, a filozoficznym wymiarem pozycji.
Tu nie zgadzam się z pewnymi rozstrzygnięciami, na przykład uznaniem, że podziemny świat pani w zielonej sukni oraz Narnia były w gruncie rzeczy dwoma światami. Metaforycznie tak, ale technicznie był to jeden świat w takim samym stopniu, w jakim górnik, schodząc pod ziemię, nadal znajduje się w tej samej rzeczywistości.
Ostatnie rozdziały publikacji Oziewicza są poświęcone cyklowi Narnijskiemu jako swoistej diagnozie rzeczywistości. Zdaniem badacza Lewis ostrzega na kartach swojego siedmioksięgu przed trzema zagrożeniami, jakie widział we współczesnej cywilizacji: totalitaryzmem, a zatem zniewoleniem przez system, nihilizmem, a więc moralną pustką i brakiem obiektywnych punktów odniesienia w wartościach oraz westonizmem: zagrożeniem ze strony zdegenerowanej nauki, zaślepionej bezkrytyczną wiarą w postęp i pozbawioną refleksji etycznej.
Nie trzeba tu wielkich analiz, aby zorientować się, że na pewnych płaszczyznach te trzy zagrożenia się ze sobą łączą. W cyklu Lewisa są one reprezentowane przez określone postawy bohaterów. I tak czarownica Jadis uosabia dla przykładu totalitaryzm, wuj Andrzej westonizm, a szympans krętacz nihilizm moralny.
Co mogę powiedzieć odnośnie tak postawionych tez. Nie będę tu nawiązywał do trafności takiego, czy innego odczytania cyklu, ale jeśli chodzi o przekonanie Lewisa, że współczesna cywilizacja zmierza w stronę wymienionych wyżej zdegenerowanych form, cóż.
Myślę, że nie w każdym momencie i nie w każdej dziedzinie, bo sama cywilizacja jest zbyt złożona, żeby można ją było jednoznacznie zaszufladkować. Nie ulega jednak wątpliwości, że warto tę kwestię przemyśleć.
Tą refleksją chciałbym zakończyć powyższą analizę.
Oczywiście temat nie jest wyczerpany, a pewne rzeczy świadomie pominąłem. Z drugiej strony jednak niedopowiedzenia sprzyjają dyskusji. Zapraszam więc do niej i do następnego wpisu.

Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

22-28 – czyli coś od Arkadego Fiedlera

Witajcie,
Dziś kolejna porcja przeczytanych książek, a na tapecie zgodnie z tytułem Arkady Fiedler.
Siedem jego książek, z którymi zapoznałem się do tej pory to w kolejności: I znowu kusząca Kanada, Kanada pachnąca żywicą, Nowa przygoda Gwinea, Orinoko, Biały Jaguar, Spotkałem szczęśliwych Indian oraz Ryby śpiewają w Ukajali.
Pięć z wymienionych powyżej pozycji to dzieła o charakterze reportażowym, a dwie. Konkretnie Orinoko i Biały Jaguar są powieściami fabularyzowanymi, praktycznie przygodowymi.
W dalszej części tej recenzji postaram się opisać zbiorczo moje wrażenia na temat przeczytanych książek, rozdzielając je jednak na dwie podgrupy: tę poświęconą reportażom i tę odnoszącą się do powieści.
Zacznę od reportaży.
Można chyba powiedzieć, że każdy z nich daje się podzielić na przynajmniej parę zasadniczych odcinków. Każda książka zaczyna się od opisu przybycia Fiedlera do danego regionu, a następnie jego relacji dotyczących bieżących realiów kraju, w którym się znalazł. Dostajemy więc opis codziennego życia dużych ośrodków miejskich, rzeczywistości politycznej, w tym również najczęściej okoliczności, w jakich kraj uzyskał niepodległość od władz kolonialnych.
Potem, w miarę, jak autor eksploruje mniej cywilizowane obszary porośnięte puszczą, zamieszkane przez ludy nieprzerobione jeszcze w stu procentach na modłę europejską, w narracji zaczynają dominować opisy przyrody, czy folkloru miejscowych plemion.
Narracja ta przeplata się z rozdziałami poświęconymi dziejom kolonizacji przez białego człowieka omawianego regionu.
Dużo tam przykładów bestialstwa i wyzysku praktykowanego przez europejczyków w stosunku do rdzennej ludności Afryki i obu ameryk.
Wrócę teraz jeszcze na moment do wspomnianych wyżej opisów natury.
Na ich brak zdecydowanie nie można narzekać. Wiele miejsca Fiedler poświęca owadom, a zwłaszcza motylom, przynajmniej jeśli chodzi o sprawozdania dotyczące Amazonii. Oczywiście trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę, że to właśnie z owadami kojarzą Się zazwyczaj lasy równikowe.
Do wyobraźni przemawia opis samego klimatu puszczy: gorącej, dusznej, złowrogiej, wypełnionej wieloma niebezpiecznymi stworzeniami i chorobami areny walki o przetrwanie.
Mało znajdziemy tam opisów rodem z rajskiego ogrodu, choć nie można powiedzieć, że nie ma ich wcale. Fiedler często mówi o zachwycającej różnobarwności motyli i ptaków. Z drugiej strony, choć jednoznacznie pisze on o bezwzględności przyrody, na kartach jego dzieł napotkamy poza tym nierzadko wzruszające dowody przyjaźni między zwierzętami, a częściej jeszcze przywiązania zwierząt do człowieka. Obok opisów przyrody i miejscowych społeczności, w jego książkach pojawiają się również indywidualne historie ludzi zasłużonych dla danego kraju, ale autor przybliża czytelnikowi także zwykłych obywateli, z którymi zetknął się w czasie swoich wędrówek. Sprawia to, że tym bardziej można się wczuć w klimat prezentowanych historii.
W relacjach Arkadego Fiedlera nie brakuje też akcentów patriotycznych. Podróżnik często wspomina Polskę, jego rodzinne okolice Poznania oraz dzieje polonii w różnych regionach świata.
Podsumowując tę część wpisu, uważam, że reportaże Arkadego Fiedlera zasługują na uwagę, oczywiście jeżeli ktoś lubi taką podróżniczą tematykę. Są klimatyczne i obrazowe, co przy odpowiedniej dozie wyobraźni i wrażliwości pozwala niejako przenieść się w opisywane realia.
Nie polecam jednak tej lektury tym wszystkim, których nudzą długie opisy przyrody i historie z dziejów kolonialnych.
Mnie zwłaszcza te pierwsze bardzo pociągają, ale wiem, że nie wszyscy ten pociąg podzielają.
Teraz pozostaje napisać parę słów o powieściach Orinoko i Biały Jaguar. Jak napisałem na początku recenzji, są to powieści przygodowe, ale z wątkiem historycznym w tle, ponieważ zostały zainspirowane realną postacią, o której Fiedler dowiedział się przebywając wśród Indian Arawaków w dorzeczu Orinoka.
Oba dzieła, najpierw Orinoko, a potem Biały Jaguar stanowią kontynuację Wyspy Robinsona, książki przeczytanej przeze mnie dawno temu. Główną postacią jest niejaki John Bober, który będąc najpierw kolonistą biorącym udział w powstaniu przeciw władzom kolonialnym, uciekł przed wymiarem sprawiedliwości na pokładzie statku kaperskiego.
Po rozbiciu się okrętu i przygodach opisanych w Wyspie Robinsona ląduje w dorzeczu Orinoka i wraz z grupą Arawaków i Murzynów, byłych niewolników kolonii hiszpańskiej, stara się dotrzeć do osad arawaskich w głębi puszczy.
Jak to bywa w przypadku takich opowieści, do samego końca musi się mierzyć z hiszpańskimi kolonistami uważającymi Indian za swoją własność, wrogimi plemionami, nierzadko będącymi na usługach kolonistów, a także z wrogim przyjęciem w macierzystej osadzie członków kompanii Bobera, gdzie starszyzna bynajmniej nie była zachwycona przybyciem białego obcego.
Całkiem ciekawy był konflikt Bobera z miejscowym szamanem, o którym jednak nie będę się tu rozwodził, żeby nie generować spojlerów.
Książka Biały Jaguar to kontynuacja Orinoka i opowiada dzieje Bobera oraz jego przyjaciół, opisując misję dyplomatyczną, jakiej Bober podjął się jako parlamentariusz z ramienia Hiszpanów w zamian za gwarancję bezpieczeństwa dla osad Arawaków.
Negocjacje miały odbywać się z kolonistami portugalskimi, ale jak się można domyślić, nie były one tak pokojowe, jak można by tego oczekiwać.
Podsumowując drugą część tej recenzji, myślę, że powieści przygodowe Arkadego Fiedlera również są warte uwagi.
Są co prawda schematyczne i raczej mało odkrywcze. Nie ma tu też specjalnych dywagacji egzystencjalnych. Mimo wszystko jednak czyta się przyjemnie. Można dowiedzieć się kilku ciekawostek o mieszkańcach dorzecza Orinoka, nauczyć się paru nazw indiańskich plemion, a poza wszystkim po prostu się zrelaksować, jeśli ktoś ma potrzebę przeczytania czegoś klimatycznego, lekkiego i przygodowego.
Kończąc tę recenzję, chcę zapowiedzieć, że na pewno w stosunkowo niedługim czasie pojawi się tu jeszcze coś Fiedlera.
Na razie robię sobie od niego krótką przerwę, ale pisarz ten przemówił do mnie na tyle, że z pewnością niebawem wrócę do jego twórczości.
Tym zapewnieniem żegnam się z Wami i do następnego wpisu.

Kategorie
Okolicznościowo

Jeszcze kilka słów o tak-zwanej ideologii

Witajcie,
Jak sugeruje tytuł wpisu, dziś znów mam zamiar wypowiedzieć się na temat tak-zwanej ideologii LGBT. Ktoś mógłby w tym miejscu zauważyć, że przecież już się wypowiedziałem i to dość jednoznacznie. To Prawda, ale dziś wypowiem się jeszcze raz, przyjmując troszeczkę inny schemat. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak ważna jest dla mnie uczciwość intelektualna. Z tej przyczyny staram się zawsze przynajmniej liznąć poglądów, z którymi dyskutuję, żeby być sprawiedliwym w swoich osądach. Z tą myślą ostatnio przeczytałem jeden z artykułów, który z perspektywy prawicowej mówi o tak-zwanej ideologii LGBT. Nie żałuję, że go przeczytałem, choć nadal trudno mi się zgodzić z prezentowaną w nim ideą. Nie podobają mi się pewne sformułowania, a jeszcze mniej nierzadko jednostronne do nich podejście.
Z tego względu zdecydowałem się na krytyczną analizę artykułu. W trosce o maksymalną przejrzystość wywodu, poniżej przytoczę niniejszy artykuł w cudzysłowach, jednocześnie wplatając pomiędzy poszczególne jego fragmenty swoje komentarze.
Na samym końcu analizy wkleję z kolei link do całości źródłowego tekstu.
Zaczynajmy zatem.
Artykuł stanowiący inspirację dla niniejszej analizy nosi tytuł Czy grozi nam totalitaryzm światopoglądowy? Ideologiczna ofensywa LGBT+.
Już ten tytuł może wzbudzać poważne zastrzeżenia, chociażby poprzez swój jednoznaczny ładunek emocjonalny. Nie chcę tu się powtarzać, bo o wykorzystywaniu poszczególnych sformułowań w charakterze podprogowych chwytów perswazyjnych pisałem już wcześniej, ale nie da się ukryć, iż pada tu wiele mocnych słów. Totalitaryzm, ofensywa, ideologia. Wszystkie te wyrażenia kojarzą się jednoznacznie, przywołując na myśl wojnę, przemoc, brak wolności wypowiedzi, monizm światopoglądowy, a co najbardziej znamienne LGBT jako wroga grożącego wszystkim powyższym.
Narracja taka z kolei jest bardzo tendencyjna i może być niebezpieczna, jeśli uznamy performatywny, a zatem kreujący rzeczywistość charakter języka.
Naturalnie w dzisiejszym świecie wszystko, co ma wywierać jakiś wpływ na ludzi, bazuje na przekazie emocjonalnym, lecz w momencie gdy w śród tych emocji zaczyna dominować strach, lęk i zbudowana na tym niechęć, powinna zapalić się nam w głowie czerwona lampka.
Dajmy jednak spokój tytułowi i przejdźmy do samej treści artykułu.
Czytamy w nim.

„W Polsce – tak jak i w innych krajach Europy środkowo-wschodniej – mamy do czynienia z szeroko zakrojoną kampanią środowisk LGBT+, której celem są daleko idące zmiany prawa. Mają one doprowadzić do legalizacji „małżeństw homoseksualnych”, wprowadzenia do systemu edukacji programów promujących postawy homoseksualne oraz ścigania z urzędu wszelkich aktów tzw. homofobii. Ten szeroko zakrojony program rewolucji społeczno-kulturowej nosi znamiona znanych z historii, klasycznych ideologii. Polska jest na półmetku zaplanowanej na ten rok kampanii środowisk LGBT+. Od kwietnia do października br. organizowane są parady i Marsze Równości, mające się odbyć w 23 polskich miastach. Pierwsze miały miejsce w kwietniu w Koszalinie, Gnieźnie i Łodzi, w maju w Bydgoszczy, Krakowie i Trójmieście, w czerwcu w Zielonej Górze, Warszawie, Olsztynie, Częstochowie, Rzeszowie i Opolu, w lipcu w Poznaniu, Kielcach i Białymstoku. 10 sierpnia Marsz Równości przejdzie ulicami Płocka, a w kolejnych kilkunastu tygodniach: Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Szczecina, Torunia, Kalisza, Wrocławia i Lublina.
O ile w ubiegłym roku odbyło się w Polsce 14 tęczowych parad, to w bieżącym jest ich o 40 proc. więcej. Charakterystyczne jest, że organizowane są one nie tylko w dużych aglomeracjach, ale coraz częściej w małych odległych od centrum ośrodkach, gdzie społeczność LGBT jest znikoma i nigdy przedtem publicznie się nie prezentowała.
Ta szeroka, uliczna kampania została poprzedzona ogłoszeniem dwóch dokumentów o charakterze programowym. 18 lutego 2019 r. prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski uroczyście podpisał Warszawską Deklarację LGBT+, a 30 marca została ogłoszona Deklaracja Kongresu LGBT +, który wówczas zebrał się w stolicy, skupiając 27 grup i organizacji z całej Polski. Warszawski Kongres pokazuje, że środowiska LGBT+ cementują obecnie swoje szeregi dopracowując strategię działania. Tworząc ją także przy współpracy ze znacznie bardziej doświadczonymi partnerami zagranicznymi”.

Pora na kilka słów komentarza.
W zacytowanym powyżej fragmencie pojawia się znów parę uroczych sformułowań o charakterze militarnym. Nie ukrywam, że najbardziej „podoba mi się” wyrażenie o środowiskach LGBT cementujących swoje szeregi. To naprawdę przywodzi na myśl wojnę kulturową, ale czy słusznie? Nie chcę w tym miejscu niczego przesądzać, ponieważ po pierwsze mam zbyt mało informacji, aby formułować jednoznaczne sądy. Po drugie zaś pewne intuicję wyrażę jeszcze w toku dalszej analizy. Tu jednak chciałbym podzielić się jedną refleksją. Jakkolwiek wydaje mi się, że pojęcie wojny kulturowej zostało tutaj użyte na wyrost, to nawet jeżeli je przyjmiemy, musimy pamiętać, że są różne rodzaje wojny. Jednym z nich jest wojna obronna, w której strona uciskana, czy mówiąc łagodniej po prostu w jakiś sposób krzywdzona, ma prawo bronić swoich praw. Nie ukrywam, że niezręcznie poruszać mi się w tej militarnej terminologii wynikającej z narracji omawianego artykułu, ale nadrzędna moja intuicja jest taka, że każdy ma prawo do godnego funkcjonowania. Oczywiście już słyszę w tym miejscu głosy przeciwników, mówiących, że oni też bronią fundamentalnych dla siebie wartości, ale zaraz nasuwa mi się adresowane do tychże przeciwników pytanie, czy rzeczywiście stawka jest warta ceny. Poza wszystkim wydaje się, że potrzeba bezpieczeństwa, czy precyzyjniej jej zaspokojenie jest podstawą wszystkiego, a właśnie to bezpieczeństwo stoi obecnie pod znakiem zapytania, jeśli spojrzeć na to z perspektywy osób LGBT. Trudno się dziwić, że nie stoją w tej sytuacji z założonymi rękami.
Na zakończenie tej części komentarza chcę zwrócić uwagę jeszcze na jedno. W tekście podkreśla się wzrost zasięgu protestów osób LGBT na mniejsze miejscowości. W myśl przyjętej w nim narracji ma to pokazywać rozprzestrzenianie się szkodliwej ideologii. Myślę jednak, że istnieje znacznie lepsze wytłumaczenie.
W tekście pada zdanie, że społeczność LGBT w mniejszych miejscowościach była znikoma i nigdy wcześniej publicznie się nie prezentowała. Z logicznego punktu widzenia zdanie to jest pozbawione relacji wynikania, a przy pewnej interpretacji skutkuje sprzecznymi wnioskami. Jeśli społeczność LGBT w mniejszych ośrodkach nie zabierała wcześniej głosu publicznie, nie możemy mieć danych na temat ich liczby. Najprawdopodobniej było ich niemało, ale nie ujawniali się. Teraz się ujawnili, bo poczuli wsparcie społeczne, a że dopiero teraz. No cóż. Nie od dzisiaj wiadomo, że środowiska mniejszych miejscowości nierzadko bywają konserwatywne. Mniejszości, bojąc się ostracyzmu, nie zabierały więc głosu.
Idźmy dalej. W kolejnym paragrafie artykułu czytamy o międzynarodowym wsparciu ruchu
LGBT+ i, co nie zaskakuje o tym, że Polska jako kraj nie zajmuje w tym rankingu wysokiej pozycji na tle państw unijnych. Nie przytaczam tu tego paragrafu, ponieważ nie ma w nim specjalnie wiele materiału do refleksji, ale zainteresowanych odsyłam oczywiście do linku poniżej.
Dalej jednak dowiadujemy się o dalekosiężnych celach tak-zwanej ideologii LGBT+.
O to, czego konkretnie się dowiadujemy.

„Głównym i najbardziej dalekosiężnym celem jest zmiana polskiego prawa na rzecz wprowadzenia „małżeństw homoseksualnych” oraz możliwości adopcji przez nie dzieci – tak jak zostało to już zagwarantowane w wielu krajach Europy zachodniej.
Uchwalona 30 marca br. Deklaracja Kongresu LGBT +, stwierdza jednoznacznie, że „dążymy do wspólnego celu – Polski, w której wszystkie osoby (…) będą mogły tworzyć rodziny, bez względu na tożsamość płciową, orientację seksualną, ekspresję płciową i cechy płciowe”.
Pierwszym zatem postulatem w sferze zmiany prawa ma być wprowadzenie tzw. „równości małżeńskiej”. Deklaracja Kongresu LGBT+ definiuje ją w następujących słowach: „Obowiązuje równość małżeńska – związek małżeński może zostać zawarty przez dwie osoby różnej lub tej samej płci. Dziecko ma prawo do bycia adoptowanym przez małżonków – bez względu na ich płeć”. A przy tym „równolegle do instytucji małżeństwa funkcjonuje instytucja związku partnerskiego, dostępnego dla par tej samej i różnej płci. Związek partnerski reguluje prawa i obowiązki osób w nim pozostających, w tym zwłaszcza sytuację majątkową, alimenty i dziedziczenie”.
Istnieje już gotowy projekt „ustawy o równości małżeńskiej”, opracowany przez Stowarzyszenie „Miłość nie wyklucza”. Nie został on jeszcze złożony w Sejmie. Natomiast 24 kwietnia ub. r. parlamentarny klub Nowoczesnej złożył do laski marszałkowskiej projekt ustawy wprowadzającej związki partnerskie.
Kolejnym elementem modyfikacji prawa ma być ustawa o uzgodnieniu (czyli zmianie) płci „przewidująca – jak piszą jej autorzy – szybką, przejrzystą i przystępną procedurę administracyjną umożliwiającą uzgodnienie płci, opartą o zasadę samostanowienia”. Ma być ona dostępna dla osób od 16 roku życia, których tożsamość płciowa – ich zdaniem – jest niezgodna z płcią metrykalną. Ustawa ta została nawet przyjęta przez Parlament poprzedniej kadencji, 10 września 2015 r., ale została zawetowana przez prezydenta Andrzeja Dudę.
Organizacje będące sygnatariuszami Deklaracji Kongresu LGBT+ postulują również zwiększenie „bezpieczeństwa” osób o innej orientacji seksualnej – drogą nowelizacji Kodeksu Karnego. Ma ona zapewnić „ochronę prawną przed dyskryminacją ze względu na orientację seksualną, tożsamość płciową, ekspresję płciową i cechy płciowe”. Po jej wprowadzeniu – czytamy: “przestępstwa z nienawiści, w tym przestępstwa popełnione ze względu na orientację seksualną, tożsamość płciową, ekspresję płciową lub cechy płciowe, będą ścigane z urzędu, a kary za nie są surowsze niż kary za porównywalne przestępstwa popełnione bez motywacji opartej na uprzedzeniach”. Projekt tak pomyślanej ustawy nowelizującej Kodeks Karny jest już gotowy. Został złożony do laski marszałkowskiej we wrześniu 2016 r. przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus. Nie zapominajmy, że po przyjęciu takiej nowelizacji KK, np. publiczne cytowanie fragmentów Biblii potępiających akty homoseksualne, przez kaznodziejów w trakcie homilii, mogłoby być kwalifikowane jako „przestępstwo ścigane z urzędu”.
Deklaracja Kongresu LGBT+ postuluje również ustawę, zawierającą zakaz „praktyk konwersyjnych oraz ich promowania”, czyli jakichkolwiek terapii mających pomóc w zmianie orientacji psychoseksualnej – z homoseksualnej lub biseksualnej na heteroseksualną. Projekt takiej ustawy został już opracowany przez 3 organizacje LGBT+ (Instytut Otwarta Przestrzeń, Trans-Fuzja i Lambda), ale do Sejmu jeszcze nie trafił.
Wreszcie istotnym elementem reformy prawa ma być – jak postuluje wspomniana Deklaracja – „nowelizacja rozporządzeń Ministra Edukacji Narodowej w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego i kształcenia ogólnego”. W świetle postulatów środowisk LGBT+ nowa podstawa programowa winna zawierać „treści związane z równym traktowaniem i przeciwdziałaniem dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową (…) a także wiedzę o orientacjach seksualnych, tożsamościach płciowych, ekspresji płciowej”. Chodzi tu o model obowiązkowego, wychowania seksualnego, zgodnego ze standardami WHO, o którym była już mowa w przyjętej przez samorząd Warszawy: Karcie LGBT+”. Karta ta została poddana ostrej krytyce przez różne środowiska psychologiczne i pedagogiczne oraz Kościół”.

Hmm.
Jakby tu skomentować powyższy długi fragment.
Po pierwsze, trzeba chyba zaznaczyć, że wbrew temu, co padło jeszcze w poprzednim cytowanym tu fragmencie, w przytoczonych powyżej celach „Ideologii LGBT”, trudno dopatrzyć się promowania homoseksualizmu. Jeśli już mamy tu do czynienia z propagowaniem czegokolwiek, to raczej tolerancyjnych i otwartych postaw. To trochę tak, jakby powiedzieć, że prawo poprzez zakaz dyskryminacji na tle rasowym, czy religijnym propaguje dany kolor skóry, czy wyznanie.
Otóż nie propaguje ich, a przynajmniej nie powinno, gdyż nie to jest istotą prawnych, ani moralnych norm. Zamiast tego gwarantuje poszanowanie poglądów, preferencji, ETC, jako wyraz szacunku dla człowieka, który je posiada. W moim rozumieniu postulaty związane z kształtem podstawy programowej w szkołach, ale nie tylko one, mają właśnie to na celu, a nie propagowanie homoseksualizmu. Tak samo można by było powiedzieć, że uprawiamy ideologię, nauczając religii, bo promujemy jedno określone wyznanie. Może zamiast religii powinno być religioznawstwo, żeby dać dzieciom wybór, w co chcą wierzyć. Oczywiście ktoś mi zaraz powie, że religia nie jest obowiązkowa, że można na nią nie chodzić. No dobrze. A czy naprawdę dziecko w wieku siedmiu, lub ośmiu lat, może świadomie decydować, czy chce chodzić na religię?
To pytanie zostawiam do refleksji, tym bardziej, że nie wyraża ono mojej jednoznacznej krytyki nauczania religii w szkołach, a jedynie obrazuje pewien problem. Nie mamy uczyć określonego wyznania, orientacji seksualnej, ETC. Mamy uczyć podstawowych wartości, a między nimi tolerancji.
Skoro już jesteśmy przy sprawach związanych z religią i kościołem, absurdem wydaje mi się obawa, że za cytowanie Biblii ktoś mógłby mieć problemy z prawem. Jak sam autor podkreśla, mówimy tu o cytacie, a zatem nie odautorskim twierdzeniu księdza. Ksiądz mógłby mieć problemy, gdyby na mszy sam we własnym imieniu pochwalił dyskryminację ze względu na orientację homoseksualną, co zresztą jest zakazane przez katechizm przyjęty w Kościele Katolickim. Kiedy jednak cytuje, to ma do tego prawo, w sensie do cytowania. Gdyby to było zakazane, w szkołach nie należałoby omawiać na przykład Zbrodni i kary, a przecież można.
Kolejne zagadnienie, o którym tu czytamy, to kwestia zmiany płci. Czy naprawdę jest to coś tak strasznego, jak niektórzy starają się nam naświetlić? Spójrzmy na to z perspektywy wizji antropologicznej przyjmowanej przez kościół. O ile mi wiadomo oficjalną filozofią kościoła jest tomizm, a zatem koncepcja pochodząca od Świętego Tomasza i jego kontynuatorów. Naturalnie od czasów Tomasza wiele w kościele się zmieniło, ale chodzi tu o pewien ogólny obraz człowieka. Jednym z twierdzeń na gruncie tomizmu jest pogląd, że człowiek to jedność psychofizyczna, a zatem, przyjmując ten tok rozumowania, uspójniając płeć za pomocą zabiegów transpłciowych, zasklepiamy właśnie niepożądane rozdarcie między psyche, a ciałem.
Wniosek, przy pewnej interpretacji transpłciowość nie musi kłócić się z wizją katolicką, przynajmniej tak, jak ja ją rozumiem.
Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że terapie konwersyjne, których zakazują wspomniane w tekście dokumenty także są tym uspójnianiem, ale uznanie takiego stanowiska wymagałoby przyjęcia, iż homoseksualizm jest niepożądanym defektem, chorobą, z którą należy walczyć, a to z kolei godzi w ustalenia wielu środowisk naukowych, ale przede wszystkim godzi w godność tych osób, stygmatyzując je w oczach nietolerancyjnej części społeczeństwa, dla której wszystko powinno być pod szablon.
Poza tym, patrząc z czysto religijnego punktu widzenia, to dusza, psyche, jest ważniejsza od ciała, a zatem to ciało powinno się dopasować do psyche, nie na odwrót.
Na koniec tej części analizy chciałbym odwołać się do ostatniego zacytowanego zdania artykułu. Jest to stwierdzenie, że karta LGBT+ spotkała Się z protestem wielu środowisk psychologicznych i pedagogicznych oraz kościoła. Należy tu zauważyć, że w porządnym artykule powinno się jednak podać jakieś konkretne przykłady z literatury, w tym przypadku pedagogicznej i psychologicznej. W przeciwnym wypadku nie można szybko zweryfikować prezentowanych tez. Po drugie, nie jest tak, że stanowisko anty LGBT jest reprezentatywne dla całego kościoła, czy środowisk z nim związanych nawet w Polsce.
Księża tacy jak Adam Boniecki, czy Alfred Wierzbicki, ale nie tylko oni, sprzeciwiają się
dyskryminacji. Podobnie odnosił się do sprawy Świętej Pamięci ksiądz Jan Kaczkowski.
Pewnie zaraz usłyszę, że kościół nie potępia homoseksualistów, tylko homoseksualizm jako grzech i z perspektywy doktryny chrześcijańskiej byłaby to nawet prawda, ale sęk w tym, że istnieją środowiska, które idą o krok dalej i akceptują zarówno homoseksualistów jako ludzi, jak i sam homoseksualizm.
Przykładem takiego alternatywnego, nie tak konserwatywnego nurtu w katolicyzmie może być Lewica Katolicka, która w swoich twierdzeniach rozdziela prawdy zawarte w Biblii stanowiące rdzeń katechezy od tych będących naleciałościami kulturowymi nie tak istotnymi dla sedna nauczania kościoła.
Jak się nie trudno domyślić, grupa lewicy katolickiej zalicza tezy biblijne o homoseksualizmie do drugiej kategorii.
Grupy takie, jak Lewica Katolicka pokazują, że przy odrobinie dobrej woli, można wyjść poza skostniałe struktury myślenia, nie wikłając się w poważniejsze spory teologiczne. Kościół dokonał tego w swojej historii już parę razy, na przykład uznając ewolucjonizm i zakładając, że Biblii nie należy pojmować literalnie.
Może więc z czasem dojdzie do takiego wniosku i w kwestii homoseksualizmu. Skoro człowiek jest zdaniem teologów koniecznym złożeniem duszy i ciała, a jednocześnie dusza jest jakoś tam ważniejsza, czemu nie przyjąć, że ciało wyraża pragnienia duszy, przynajmniej w kwestii miłości? Z drugiej strony, jeżeli życie jest darem, to czy nie powinno być tak, że z darowanym przedmiotem możemy zrobić to, co chcemy?
Oczywiście w doktrynie katolickiej są pewne rygory, które odpowiadają na te pytania, inna rzecz, że często mętnie i wieloznacznie. Uważam jednak, że w życiu społecznym powinniśmy potrafić wyjść ponad pewne dogmaty. Powinniśmy tym bardziej, że nie żyjemy w państwie teokratycznym. Nie twierdzę, że określenie roli kościoła w państwie zsekularyzowanym jest najprostszą rzeczą pod słońcem, ale na pewno rolą tą nie powinno być choćby prawodawstwo: bezpośrednie, czy pośrednie. Państwo nie może być podporządkowane jednemu światopoglądowi, jeśli nie ma być dysfunkcyjne i każdy ma się czuć w nim dobrze. Aparat państwowy podporządkowany jednemu dyskursowi światopoglądowemu staje się właśnie narzędziem ideologii w pejoratywnym sensie, a tego należy unikać.
Wróćmy jednak do artykułu.
W następnym paragrafie czytamy.

„Zasadniczym argumentem mającym „obudzić sumienia Polaków”, a w ślad za tym stworzyć szeroki ruch społeczny domagający się zmian istniejącego prawa, jest przekonanie społeczeństwa, że istnieje „dyskryminacja osób o orientacji homoseksualnej”. Temu właśnie służą Marsze Równości. Chodzi o to, aby przekonać publiczność, a w szczególności ludzi o etycznej wrażliwości, że – w świetle obecnego ustawodawstwa – osoby LGBT+ nie mogą korzystać z podstawowych praw człowieka, są dyskryminowane, doznają przemocy i są przez społeczeństwo marginalizowane.
Argumentacja ta okazała się nadzwyczaj skuteczna w Europie zachodniej oraz w niektórych krajach obu Ameryk. Na skutek tych działań w 1989 r. w Danii uchwalono pierwszą na świecie ustawę o zarejestrowanym partnerstwie osób tej samej płci. W 2001 r. zalegalizowano w Holandii zawieranie małżeństw homoseksualnych. W ciągu zaledwie kilkunastu lat od wprowadzenia rozwiązań holenderskich tak rozumianą „równość małżeńską” zapewniły: Belgia (2003), Hiszpania, Kanada (2005), Republika Południowej Afryki (2006), Norwegia (2008), Szwecja (2009), Portugalia, Islandia, Argentyna (2010), Dania (2012), Urugwaj, Brazylia, Nowa Zelandia, Francja, Anglia i Walia (2013), Szkocja, Luksemburg (2014), Stany Zjednoczone (niektóre stany), Irlandia, Finlandia (2015), Kolumbia (2016), Niemcy i Malta (2017).
Obecnie przyszedł czas na Europę środkowo-wschodnią, bowiem żadne z państw tego regionu nie wprowadziło legalizacji małżeństw homoseksualnych. Jedynie Węgry i Chorwacja uznają tzw. związki partnerskie osób tej samej płci, ale nie małżeństwa. Można się spodziewać, że w Europie środkowej i wschodniej międzynarodowe organizacje LGBT+ będą w najbliższych latach koncentrować swoje działania.”

Czas na komentarz. Tym razem nie będę miał wiele do powiedzenia. Chcę jedynie zwrócić uwagę na parę rzeczy.
Na początku niniejszego paragrafu zaznacza się, że podstawowym argumentem środowisk związanych z LGBT jest twierdzenie o ich dyskryminacji. W zasadzie chyba trudno się temu dziwić. Jak czytamy,” dyskryminacja To sytuacja, w której człowiek ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, wyznanie, światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną, jest traktowany mniej korzystnie niż byłby traktowany inny człowiek w porównywalnej sytuacji.” https://www.rpo.gov.pl/pl/content/czym-jest-dyskryminacja
Nie trzeba chyba wielkich analiz, aby dostrzec, że to, co niektóre środowiska prezentują w stosunku do osób LGBT mieści się w tej definicji. Mamy tu do czynienia z jednej strony z dyskryminacją społeczną, a z drugiej w szczególności prawną. Od razu tu zabezpieczę się przed argumentami tych wszystkich, którzy powiedzą, że przecież dyskryminacja dotykała, dotyka i pewnie dotykać będzie wielu grup ze względu na różne czynniki. To prawda i każda z tych dyskryminacji domaga się potępienia, ale nigdy nie powinno być tak, że usprawiedliwia się jedną dyskryminację inną, albo przynajmniej umniejsza się jej znaczenie. Wszak od tego, jak jest, do tego, jak być powinno często daleka droga.
Wróćmy jednak do głównego tematu. Dyskryminacja w stosunku do osób LGBT powinna zniknąć i to w każdej postaci, tym bardziej, że mam wrażenie, iż ta prawna może napędzać tą społeczną w szerszym sensie, a zatem w sensie ostracyzmu ulicznego.
Odpowiednie regulacje prawne doprowadziłyby do zmiany statusu takich osób. Zdziałały by tyle, że ludzie LGBT przestaliby oficjalnie funkcjonować na granicy prawa, co z kolei odebrałoby argument mniej tolerancyjnej części społeczeństwa. O wszystkich dziedziczeniach, dowiadywaniu się o stanie zdrowia partnera w szpitalu, czy innych tego typu aspektach nawet nie wspominam, ale one również wiążą się z szeroko rozumianą godnością i poczuciem bezpieczeństwa tych osób.
Podsumowując, tak. Uważam, że osoby LGBT są obiektem dyskryminacji. Nie mówię, że zawsze i wszędzie, ale gdyby nasz rząd chciał się odciąć od krzywdzącego dla osób LGBT dyskursu, powinien w pierwszym ruchu ukarać tych z ministrów, posłów, czy pracowników kuratorium, którzy publicznie dyskryminacji się dopuszczają.
Status tych osób natomiast powinien zostać uregulowany z wielu względów, tym bardziej, że nie stoi to w sprzeczności z podstawowymi wartościami konstytucji.
Spójrzmy na kolejny paragraf.

„Swego rodzaju mapę drogową działań jakie podejmowane są od kilku lat w Polsce, kreśli „Strategia wprowadzenia równości małżeńskiej w Polsce na lata 2016– 2025”, opracowana w 2015 r. przez Stowarzyszenie „Miłość Nie Wyklucza”. Wśród autorów skupionych, w radzie programowej projektu, znajdujemy naukowców, polityków, działaczy LGBT oraz publicystów, m. in: prof. Ireneusza Krzemińskiego z UW, Martę Abramowicz (Stowarzyszenie Osób na rzecz LGBT Tolerado), Agatę Chaber (prezes Zarządu Kampanii Przeciw Homofobii), Annę Grodzką (posłankę na Sejm RP), Krystiana Legierskiego (prawnika, polityka, aktywistę LGBT), Marcina Szczepkowskiego (prezesa Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza), czy Jacka Żakowskiego (dziennikarza).
Podstawową metodą postulowanego działania jest powołanie,jak czytamy: „oddolnego, aktywnego ruchu obywatelskiego, stojącego na straży równości małżeńskiej, opierającego się na sieci organizacji LGBT+ i osób prywatnych”. A pierwszym krokiem ma być „stworzenie i rozwijanie sprawnie działającej koalicji organizacji LGBT+ działającej m.in. na rzecz wzmocnienia organizacji (ze szczególnym uwzględnieniem wzmocnienia organizacji poza dużymi ośrodkami)”.
Niezależnie od sprawnie działającej koalicji organizacji LGBT+, w dokumencie postuluje się pozyskiwanie licznych partnerów społecznych, czemu ma służyć ”nagłaśnianie działań organizacji i osób LGBT+ w obszarach ważnych społecznie i politycznie, ale niezwiązanych stricte z tematyką LGBT+”. Dalszym krokiem ma być „pozyskiwanie ambasadorów i ambasadorek, promocja tematu wśród znanych osób ze świata kultury, sportu, nauki itp.”. Proponuje się także poszukiwanie „nieoczywistych sojuszników” np. ze „związków zawodowych, organizacji zrzeszających ekspertów z różnych dziedzin, np.: prawników, ekspertów marketingu”. Nie bez znaczenia jest również „inicjowanie powstawania grup LGBT+ w firmach lub w grupach zawodowych”.
Co ciekawe, autorzy dokumentu widzą potrzebę znalezienia takich “nieoczywistych sojuszników” na gruncie katolickim, gdyż zdają sobie sprawę, że przy wysokim poziomie religijności Polaków, niezbędne jest również oddziaływanie na środowiska związane z Kościołem. Jedyną organizacja katolicką wymienioną z nazwy jest KIK (Klub Inteligencji Katolickiej). Widać stąd, że przeprowadzona jesienią 2016 r. kampania „Przekażmy sobie znak pokoju”, realizowana przez główne organizacje LGBT+ w Polsce wraz z „Więzią”, „Znak-iem”, i KIK-iem, stanowiła element omawianej strategii.
Ważną rolę w planowanej strategii zajmują działania medialne. Postuluje się „uruchomienie i rozwijanie narzędzi, umożliwiających deklarowanie poparcia dla równości małżeńskiej, np. platform internetowych, portali społecznościowych, systemów wspierania petycji”. Szczególne znaczenie ma, jak czytamy: „prowadzenie kampanii społecznych w mediach mainstreamowych, w tym kampanii zachęcających do coming outów oraz dotyczących tematyki tęczowego rodzicielstwa”. Kolejny krok to „zwiększenie widoczności wyoutowanych osób LGBT+ i tematyki LGBT+ w mediach mainstreamowych tak ogólnopolskich, jak i regionalnych oraz lokalnych”.
Osobnym sektorem proponowanych działań jest „lobbing” wobec świata politycznego. Autorzy strategii przyznają, że „wprowadzenie równości małżeńskiej w Polsce jest uwarunkowane zbudowaniem woli politycznej”. Ich zdaniem, konieczny jest „lobbing polityków i partii politycznych na rzecz idei i ustawy o równości małżeńskiej, wprowadzenie tematu równości małżeńskiej do programów partii politycznych”. A współpraca organizacji LGBT+ z partiami politycznymi „powinna obejmować zarówno partnerów będących obecnie w Sejmie jak i tych, którzy mają szanse znaleźć się w nim po kolejnych wyborach”.
Interesująca jest przedstawiona w ramach Strategii analiza sytuacji w Parlamencie. Analitycy LGBT+ zdają sobie sprawę, że „w kadencji Sejmu 2015-2019 przyjęcie rozwiązań prawnych dla związków jednopłciowych wydaje się niemożliwe, gdyż poparcie dla równości małżeńskiej wśród partii politycznych jest znikome”. Mają świadomość, że istnieje ono na lewicy, nieobecnej w Sejmie, w Nowoczesnej oraz części PO. Jednakże nie wierzą, aby Platforma Obywatelska pod rządami Grzegorza Schetyny przyjęła zasadnicze postulaty środowisk LGBT+.
Autorzy strategii realne nadzieje na wprowadzenie związków partnerskich postrzegają w kolejnej kadencji Sejmu: 2019-2023. Planują pozyskanie ok. 200 posłów i senatorów tej kadencji Sejmu na rzecz swych postulatów. Umożliwi to – jak zaznaczają – legalizację związków partnerskich a także pierwsze czytanie w Sejmie projektu ustawy o „równości małżeńskiej”. Natomiast w 2025 r. oczekują przyjęcia przez Parlament ustawy legalizującej małżeństwa homoseksualne. Wówczas – zdaniem strategów LGBT+ – w polskim Parlamencie zasiadać ma ok. 400 zwolenników „równości małżeńskiej”.
Zawczasu jednak – jak czytamy w dokumencie: „konieczne jest osłabienie Prawa i Sprawiedliwości i innych partii skrajnie konserwatywnych oraz wzrost poparcia społecznego dla regulacji równościowych”. Zdaniem twórców Strategii LGBT+, „szansą może być zmiana nastrojów społecznych – w wyniku oporu społeczeństwa wobec konserwatywnej władzy, a wtedy możliwa będzie liberalizacja poglądów, podobnie, jak miało to miejsce w latach 2005-2007”. Postulują zatem, by na zakończenie obecnej kadencji Sejmu zwiększyć „aktywność ruchu LGBT+ na szerokim froncie demokratycznym, który wyrażać będzie opór wobec władzy, widoczny m. in. na ulicach”. Jak świadczy tegoroczna skala „Marszów Równości” realizowana aż w 23 polskich miastach, scenariusz ten jest dość precyzyjnie realizowany”.

W komentarzu do tej części artykułu pozwolę sobie wyprzedzić nieco fakty, ale jak zaraz się okaże dosłownie o jedno zdanie. Z kontekstu całego artykułu, a zwłaszcza ze zdania rozpoczynającego następny paragraf wynika, że dla wielu sam fakt precyzyjnego przygotowania kampanii LGBT potwierdza ideologiczny charakter całego ruchu. Jak rozumiem, jest to jeden z argumentów wspierających tezę o wojnie kulturowej, a może nawet ofensywnej proweniencji LGBT.
Osobiście jednak szczerze wątpię, czy w istocie tak jest. Pamiętajmy, że jeśli nawet obecną sytuację nazwiemy wojną kulturową, osoby LGBT są tu raczej tymi, którzy walczą o swoją godność i wydaje się, że w wypadku nie przyjęcia ich postulatów będą realnie pokrzywdzeni, podczas gdy kwestia obiektywnej szkodliwości samych tych postulatów jest, mówiąc eufemistycznie, dyskusyjna. Nie chodzi przecież o wyparcie jednego dyskursu drugim, lecz jedynie o możliwość ich współistnienia.
Po drugie, nie należy się dziwić, że kampania, bo od tego pojęcia przecież osoby LGBT się nie odżegnują, charakteryzuje się określonym ciągiem kroków, w tym szeregiem działań zmierzających do oswojenia tematu w społeczeństwie, czy gromadzeniem poparcia politycznego.
W obecnym położeniu, a zatem w położeniu mniejszości, muszą z konieczności planować i przewidywać korzystne dla siebie układy polityczne, aby cokolwiek przeforsować w państwie demokratycznym.
Kwestia praw mniejszości seksualnych została nagłośniona i weszła do światowego dyskursu niedawno, a biorąc pod uwagę szum, jaki niestety wzbudza, nie dziwi określona strategia postępowania. Kampanii w rzeczywistości społecznej jest wiele: kampanie na rzecz emancypacji kobiet, poprawy bytu osób z niepełnosprawnościami, a także wiele innych. Nikt jednak nie nazywa tego ideologią, a już na pewno nie ideologią o wysokiej szkodliwości społecznej. Tym czasem każda zmiana wprowadzająca coś nowego do systemu prawnego, szerzej społecznego obejmującego też sposób postrzegania określonych grup dokonuje się etapowo, w sposób zaplanowany i nie ma w tym nic egzotycznego, czy niepokojącego, o ile same forsowane treści nie zagrażają społeczeństwu, czy jego części. Oczywiście pozostaje argument, że zagadnienie LGBT jest osadzone w nieco innym kontekście, bardziej fundamentalnym. Tym jednak zajmę się w ostatniej części analizy.
Oto paragraf kończący artykuł, w którym dokonuje się analizy postulatów osób LGBT pod kątem obecności w nich cech ideologicznych.

„Dalekosiężny program zmian prawnych, społecznych i kulturowych postulowany przez środowiska LGBT+, jest często określany jako nowy rodzaj ideologii, szczególnie przez ich przeciwników. Czy słusznie? Słownik PWN definiuje ideologię jako: „Pojęcie występujące w filozofii i naukach społecznych oraz politycznych, które określa zbiory poglądów służących do całościowego interpretowania i przekształcania świata” oraz jako „strategię zmian oraz zespół ideałów nadających kierunek politycznemu i społecznemu działaniu”.
Program formułowany przez środowiska LGBT+ wydaje się wyczerpywać pojęcie tak zdefiniowanej ideologii. Wysuwa on bowiem jasno sformułowaną, szeroko zakrojoną, realizowaną jednocześnie na wielu frontach „strategię zmian oraz zespół ideałów nadających kierunek politycznemu i społecznemu działaniu”.
Podstawowym ideałem, jaki ma być zrealizowany – czytamy w Deklaracji Kongresu LGBT+ – jest zbudowanie „Polski, w której wszystkie osoby cieszą się pełnią praw, w której prawo będzie chronić zamiast dyskryminować, w której ludzie będą chcieli żyć, będą mogli tworzyć rodziny, bez względu na tożsamość płciową, orientację seksualną, ekspresję płciową i cechy płciowe”. Ponadto „Strategia wprowadzenia równości małżeńskiej w Polsce na lata 2016-2025” deklaruje cały katalog wartości, jakim mają służyć postulowane reformy prawa oraz systemu edukacji. Znajdujemy wśród nich: wolność kreowania własnego życia, równość wszystkich osób niezależnie od ich tożsamości płciowej i orientacji seksualnej, godność i uznanie praw każdego człowieka, a także otwartość i współpracę.
Podobnie jak przedstawiciele każdej ze znanych nam ideologii, środowiska LGBT+ formułują pozytywny cel, jakim ma być zbudowanie społeczeństwa, w którym – po dokonaniu dość radykalnych zmian – każdy będzie mógł być szczęśliwy, zapanuje powszechna sprawiedliwość i nikt nie będzie już prześladowany czy marginalizowany. Jest to charakterystyczny i obecny w każdej ideologii rys utopijny, zakładający, że dokonanie pewnych dość radykalnych i szybkich zmian, otworzy epokę dobra i szczęścia, w którym każdy będzie mógł uczestniczyć i nie będzie podlegać żadnej dyskryminacji.
Ideologia marksistowska obiecywała zbudowanie powszechnej sprawiedliwości społecznej i definitywne zakończenie wyzysku robotników, pod warunkiem wyzwolenia proletariatu i radykalnego ograniczenia roli klas posiadających. Ideologia nazistowska z kolei obiecywała odzyskanie należnej przestrzeni życiowej i możliwości nieskrępowanego rozwoju dla narodu niemieckiego, pod warunkiem oczyszczenia cywilizacji europejskiej z obcych i szkodliwych wpływów, jakimi była ona zanieczyszczana przez tzw. żywioł żydowski.
Podobnie – mający cechy klasycznej ideologii społecznej program LGBT+ – zakłada, że szczęśliwe społeczeństwo, wolne od dyskryminacji, w którym każdy będzie mógł bez przeszkód się realizować, zostanie zbudowane o ile zostanie zmieniony system prawny, zawierający liczne ograniczenia dyktowane przez tradycyjnie pojmowane, konserwatywne struktury społeczne.
A główną zmianą ma być zrównanie statusu związków homoseksualnych z rodziną pojmowaną jako związek mężczyzny i kobiety, otwarty na poczęcie i urodzenie dzieci. Przypomnijmy, że cywilizacja Zachodu wyrasta m. in. z zagwarantowania szczególnego statusu rodzinie, która pozostaje pod szczególną ochroną państwa, co wyraża się w określonym systemie prawnym. A tę szczególną ochronę i pomoc ze strony państwa rodzina zawdzięcza temu, że jest instytucją społeczną spełniającą wyjątkową rolę dla przyszłości społeczeństwa, poprzez zrodzenie i wychowanie przyszłych obywateli. Tymczasem związki homoseksualne nie spełniają analogicznej roli społecznej, stąd nie ma żadnych argumentów, aby przyznać im te same przywileje czy środki wsparcia, jakimi darzona jest rodzina.
Ponadto nie ma żadnych podstaw, aby brak równości prawnej pomiędzy małżeństwem kobiety i mężczyzny a związkiem homoseksualnym uznawać za dyskryminację tego ostatniego. Od dawna, a szczególnie w epoce współczesnej, takie związki są tolerowane w społeczeństwie, mają one prawo do wspólnego życia bez żadnych przeszkód, a ich członkowie korzystają z pełni praw obywatelskich i ludzkich. Żadne prawo tych osób w polskim społeczeństwie nie dyskryminuje, ani w żaden sposób ich nie marginalizuje.
Natomiast hasło daleko zakrojonych zmian – w prawie, edukacji, systemie zdrowia a przede wszystkim w świadomości społecznej – celem przeciwstawienia się dyskryminacji osób o orientacji homoseksualnej, jest typowym hasłem natury ideologicznej. Ma ono uruchomić energię społeczną celem dokonania określonych zmian, rozpoczynając od dziedziny prawa. Generalnie chodzi w nich o osłabienie roli tradycyjnych struktur społecznych (z rodziną na czele), jak i konserwatywnie rozumianego systemu wartości. Jest to dość typowy dla wielu ideologi postulat rewolucji społeczno-kulturowej. Zmiany te mają po pierwsze zlikwidować uprzywilejowaną pozycję społeczną rodziny, po drugie wprowadzić takie reformy w systemie edukacji, które zapewnią możliwość promocji zachowań homoseksualnych wśród najmłodszych – jako rzeczy zupełnie normalnej, po prostu alternatywnej ścieżki realizacji swojej seksualności.
Po trzecie – pod hasłem tzw. walki z homofobią – zmiany prawa mają uniemożliwić jakąkolwiek publiczną krytykę zachowań homoseksualnych bądź postulatów czy programów wysuwanych przez środowiska LGBT+. Będzie to bowiem traktowane jako przejaw dyskryminacji. Oczywiste jest, że wprowadzenie takich zmian w Kodeksie Karnym (które zresztą zostały już przygotowane w formie projektu ustawy), w dość radykalny sposób ograniczą wolność słowa, będącą jedną z podstaw demokracji. Ograniczą wolność badań naukowych, gdyż nie będzie można prezentować takich ich wyników, które np. krytycznie będą oceniać pewne zachowania homoseksualne, np. dla kształtowania i rozwoju osobowości człowieka. (O tym, że tak się dzieje, świadczy wiele faktów z USA i Europy Zachodniej). Uderzą wreszcie w konstytucyjne zasady wolności religijnej i bezstronności państwa w kwestiach religijnych i światopoglądowych.
Religie wywodzące się z pnia judeo-chrześcijańskiego, choć głoszą godność każdej osoby ludzkiej, to krytycznie odnoszą się do aktów homoseksualnych. Oczywiste jest, że po uwzględnieniu prawnych postulatów środowisk LGBT+, wolność głoszenia zasad moralnych zawartych w Biblii i nauczaniu Kościoła, zostanie znacznie ograniczona. Niezbędne będzie wprowadzenie nowych mechanizmów kontroli, które przywoływać będą skojarzenia z dawną instytucją cenzury. Idąc tą drogą i respektując takie prawa, państwo polskie przestanie być bezstronnym w przestrzeni religijnej i światopoglądowej. Podporządkowany mu aparat represji będzie musiał służyć ochronie określonego światopoglądu, przy równoczesnej eliminacji odmiennych sposobów myślenia, o ile nie będą one zgodne z poprawnością polityczną, wyznaczaną przez środowiska LGBT+.
Powstaje zatem pytanie, czy przypadkiem nie zagraża nam jakiś nowy rodzaj totalitaryzmu światopoglądowego, skutkujący usuwaniem poza sferę obszaru wolności ludzi czy środowisk myślących inaczej – tylko dlatego, że deklarują przywiązanie do tradycyjnych wartości?
Trudno się zatem dziwić, że poważna część polskiego społeczeństwa (w świetle badań większościowa) krytycznie odnosi się do postulatów środowisk LGBT+ i nie wyraża zgody na ten rodzaj rewolucji społeczno-kulturowej. Wedle badań CBOS z maja br., 64 proc. Polaków uważa, że wspieranie gejów, lesbijek i osób transpłciowych poprzez wprowadzanie jakichś konkretnych rozwiązań prawnych nie jest potrzebne. Zaledwie 23 proc. badanych jest zdania, że należy wprowadzić jakieś rozwiązania wspierające LGBT+. Kolejne badania CBOS z lipca br. pokazały, że tylko 29 proc. respondentów godzi się na zawieranie „związków małżeńskich” przez osoby tej samej płci, a zaledwie 9 proc. przyzwoliłoby na adopcję przez nie dzieci. Obywatele ci – zgodnie z regułami demokracji – mają pełne prawo do wyznawania i wyrażania swych poglądów, a fakt ten nie ma nic wspólnego z dyskryminacją kogokolwiek.”

Oto i mój ostatni komentarz do analizowanego tekstu.
Przyznam uczciwie, że w sumie mam problem, od czego zacząć tę końcową część niniejszych refleksji.
Problem ów polega na tym, że w przytoczonym wyżej paragrafie padło rekordowo dużo twierdzeń, które można uznać za tendencyjne, albo przynajmniej jednostronne.
W tej sytuacji zacznę może od przyjrzenia się ogólnemu rysowi argumentacji, aby później zejść na poziom subtelniejszych zawiłości perswazyjnych.
W definicji pojęcia ideologii zacytowanej za PWN, wyróżnia się jak dla mnie parę podstawowych składowych konstytutywnych dla znaczenia owego hasła. Mamy tu zatem całościowy sposób ujmowania świata, oczywiście w znaczeniu rzeczywistości społecznej, oraz zmianę społeczną, gdzie narzędziem służącym jej osiągnięciu są przekonania w ramach danej narracji ideologicznej.
W dalszych partiach tekstu napotykamy jeszcze jeden wyznacznik ideologii, a więc utopijne założenia mające zachęcić lud idealną pod każdym względem wizją społeczeństwa.
Pytania, na jakie należy sobie w tym miejscu odpowiedzieć, są dwa. Pierwsze, czy na pewno wszystkie te cechy realnie występują wśród postulatów osób LGBT i drugie, czy z całą pewnością owe wyznaczniki ideologii nie charakteryzują ostatecznie wszystkich, co bardziej złożonych struktur społecznych.
Na początku postaram się odpowiedzieć na drugie z postawionych pytań.
Fakty są takie, że jakkolwiek na co dzień nie myśli się o tym w tych kategoriach, nie da się zaprzeczyć, iż każdy dyskurs społeczny zawiera w sobie rys ideologii ujętej słownikowo.
Każdy z nich jest efektem tak, czy inaczej rozumianej umowy społecznej, na mocy której różne grupy godzą się najczęściej na jakiś kompromis, a przy dużych heterogenicznych społecznościach staje się to tym bardziej widoczne. Naturalnie w ślad za takimi ustaleniami idą pieczętujące je dokumenty. Te zaś z konieczności mają charakter na swój sposób idealistyczny. W naukach społecznych mówi się czasami o tak-zwanych ideach regulatywnych, które mają właśnie charakter utopijny. Taką ideą byłby przykładowo wieczny pokój. Założenie jest takie, że wiadomo, iż nigdy nie doprowadzimy do punktu, w którym na świecie nie będzie konfliktów, ale próbujemy się do takiego punktu jak najbardziej zbliżyć.
Tak działa wiele idei i instytucji: organizacje międzynarodowe takie, jak ONZ, czy UE. U podstaw tych organizacji leży zespół przekonań determinujący ich działania zmierzające do urzeczywistnienia konkretnej wizji świata. Jest tu również miejsce dla dokumentów programowych, jeżeli za takie uznać na przykład powszechną deklarację praw człowieka oraz wszelkie inne ponadnarodowe porozumienia.
Czy z tego, że owe organizacje posiadają zespół przekonań i na jego bazie kreują rzeczywistość społeczną wynika ich ideologiczny w pejoratywnym sensie charakter?
Raczej nie, a przynajmniej nie jest to pogląd powszechny.
Wniosek, przypisywanie czemuś cech ideologii w słownikowym sensie, nie jest żadnym argumentem przeciwko temu czemuś, bo cała rzeczywistość społeczna nosi cechy ideologii.
Oczywiście przypadek pewnych ideologii: nazizmu, bolszewizmu, czy faszyzmu pokazuje, że czasami idealizacja społeczeństwa prowadzi do opłakanych skutków, ale dzieje się to najczęściej wówczas, gdy jeden podmiot społeczny, gospodarczy rozumiany jako instytucja, lub organ władzy zmonopolizuje swój dyskurs jako jedyny słuszny i co ważne agresywnie zacznie eliminować wszystkie inne dyskursy.
Każdy sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ktoś, a jeśli tak to kto ma u nas takie aspiracje i czy na pewno są to osoby LGBT.
Przyjrzyjmy się teraz drugiemu zasygnalizowanemu przeze mnie wyżej problemowi.
Czy postulaty LGBT zasługują na miano ideologii?
Na pewno nie w takim sensie, w jakim używamy tego pojęcia w odniesieniu do marksizmu, czy nazizmu.
Wnikliwi czytelnicy z pewnością zauważą, że nie przypadkowo wymieniłem tu marksizm i nazizm, ponieważ właśnie do nich odwoływał się autor w cytowanym powyżej artykule.
Porównywanie ze sobą nazizmu, marksizmu i postulatów LGBT jako równorzędnych prądów myślenia wydaje mi się co najmniej dyskusyjne, a to ze względu na niewspółmierność implikowanych przemian społecznych.
Czytamy, że naziści obiecywali nieograniczony rozwój narodu niemieckiego, jeśli tylko zostanie on oczyszczony z wpływów żywiołu żydowskiego.
Marksiści z kolei mówili o powszechnej równości uzyskanej dzięki wyzwoleniu proletariatu i radykalnemu ograniczeniu wpływów klasy kapitalistów.
A co czytamy o głównym celu środowisk LGBT?
Czytamy, że podstawową zmianą po uznaniu ich postulatów będzie legalizacja związków jednopłciowych na tych samych zasadach, jak w przypadku par heteroseksualnych.
Czy nie zachodzi tu niewspółmierność?
Nazizm mówi o eksterminacji Żydów, a w każdym razie programowo o zepchnięciu ich na margines. Marksizm w praktyce zapowiada totalną rewolucję społeczną, odwrócenie porządku klasowego i przejęcie władzy przez proletariat. Na koniec mamy zaś społeczność LGBT, która oczekuje jedynie równości w dostępie do instytucji małżeńskiej. Czy to nie dość duży kontrast?
Druga sprawa jest taka, że w przypadku osób LGBT nie mamy do czynienia z grupą homogeniczną pod względem narodowym, etnicznym, wyznaniowym, statusu społecznego ETC. Jedynym ich wspólnym mianownikiem jest inna orientacja psychoseksualna i związany z nią minimum wartości, które są im niezbędne do godnego życia.
Jest to pewna rewolucja kulturowa, jeśli weźmiemy pod uwagę spojrzenie przez wiele lat na związki homoseksualne i ich status prawny, ale raczej przesadą byłoby mówić, że jest to bezwzględna dominacja jednego dyskursu. Przecież jest zapisane, że chodzi o zrównanie w prawach związków homo i heteroseksualnych. Nie ma tu nic odnośnie tego, który model jest uprzywilejowany. Raczej to obecne prawo ma coś do powiedzenia w tym względzie, więc może je trzeba uznać za opresyjne. Ponieważ nie ma tu jednoznacznej dominacji jednego dyskursu nad drugim, raczej trudno mówić o totalitaryzmie, który odruchowo kojarzy się z ingerencją jednej grupy w każdą sferę życia danego społeczeństwa. Mówi się o ograniczeniu wolności słowa, ale czy naprawdę w sposób uzasadniony? Tak samo można by było powiedzieć, że obecny system prawny i normy obyczajowe są opresyjne, ponieważ zabraniają ekspresji choćby poprzez przeklinanie w miejscach publicznych.
Wróćmy jeszcze do samej rewolucji kulturowej, bo mam wrażenie, że to pojęcie również może wzbudzać u niektórych reakcję obronną. Z tego względu połączenie środowisk LGBT z rewolucją może stanowić dobry chwyt perswazyjny. Zastanówmy się jednak. Potocznie rewolucja kojarzy się z przewrotem, agresywnym narzuceniem nowego porządku, ale rewolucja to nie tylko rewolucja francuska, czy październikowa okupiona ofiarami zarówno w ludziach, jak i systemach wartości.
Rewolucjami były również nazywane przemiany zachodzące bez udziału przemocy fizycznej, czy symbolicznej. Mamy rewolucje naukowe polegające na zmianie paradygmatu myślenia, bez których dziś trudno wyobrazić sobie rozwój nauki. Podobnie z rewolucją przemysłową, czy seksualną.
Po tej uwadze wniosek, że być może czasami na wyrost dostajemy alergii na słowo rewolucja, tak samo jak na słowo ideologia nasuwa się sam.
Oczywiście każda rewolucja jest zmianą w sposobie myślenia, lecz nie każda musi się wiązać z ogromnymi stratami, czy opresją.
Przyjmijmy więc, że mamy do czynienia nawet z jakąś postacią rewolucji społeczno-kulturowej. Co jest głównym przedmiotem tej rewolucji. Wydaje się, że rodzina jako podstawowa komórka społeczna. Główny problem polega na tym, że związki homoseksualne zdaniem prawicy, nie spełniają kryteriów rodziny w rozumieniu związku kobiety i mężczyzny i to ma się rozumieć, nie tylko ze względu na ich jednopłciowość jako taką. Otóż, czytamy, para homoseksualna nie mogłaby na przykład mieć dzieci, a przecież podstawową funkcją społeczną rodziny jest płodzenie i wychowywanie potomstwa ku przyrostowi demograficznemu.
Znowu dwa pytania. Czy rzeczywiście jest to nadrzędna, konstytutywna niemalże funkcja rodziny i czy pary jednopłciowe rzeczywiście nie mogą realizować choćby po części tych zadań.
Odpowiadając na pierwsze pytanie, wszystko zależy od tego, jak określimy nie tylko kształt rodziny jako komórki społecznej, ale również jej wartości konstytutywne. Przy założeniu reprodukcyjnej roli rodziny, rzeczywiście pary homoseksualne mogą nie spełniać pewnych kryteriów, ale z drugiej strony nie powinniśmy chyba uprzedmiotawiać ludzi jako maszynek do płodzenia dzieci. Człowiek jest wartością samą w sobie i myślę, że w ostatecznym rozrachunku jest to konkluzja i etyki chrześcijańskiej, i świeckiej. Jego dobrostan też powinien być więc istotny.
A co z wychowaniem dzieci? Cóż, sądzę, że tę funkcję rodziny para homoseksualna może wypełniać równie dobrze, jak heteroseksualna. Nie chcę tutaj rozwodzić się nad tym, jaki wpływ na psychikę dziecka ma wychowanie przez jedną, czy drugą parę, ale sądzę, że dziecko takie może być równie szczęśliwe, kochane i dobrze wychowane, bo wszystko zależy od atmosfery w rodzinie. Para homoseksualna nie musi więc reprodukować, ale może na przykład przyczynić się do wzrostu poziomu szczęścia w społeczeństwie i zmniejszenia liczby wychowanków sierocińców. Nie wspomnę już o tym, że wartość reprodukcyjna rodzin heteroseksualnych również spada, bo wiele par po prostu nie może mieć dzieci, ale czy to znaczy, że są one jakoś wybrakowane?
Dlatego właśnie uważam, że fundamentem rodziny są przede wszystkim wartości, ale wartości takie jak miłość, poczucie szeroko rozumianego bezpieczeństwa i stabilizacji, zaufanie oraz szacunek do siebie i otoczenia. Takie wartości mogą z powodzeniem wystąpić zarówno w rodzinie homo, jak i heteroseksualnej.
Należy tu powiedzieć więcej. Takie wartości budują nowoczesną Europę. Jedność w różnorodności, ale też w poszanowaniu godności każdej grupy.
W artykule pada stwierdzenie, że tak-zwana „ideologia LGBT” zagraża cywilizacji zachodu. To dość cyniczny zabieg, którego autorzy najwyraźniej starają się jeszcze bardziej podkreślić zgubny wpływ postulatów LGBT, ale co tak naprawdę buduje współczesny zachód? Wydaje mi się, że jednak znacznie bardziej tolerancja, akceptacja i otwartość. Jeśli coś zagraża tym wartościom, to właśnie ślepe bronienie czegoś, co wcale nie jest moim zdaniem wyznacznikiem polskiej tradycji. A czym jest sama tradycja? Co stanowi jej rdzeń? Czy na pewno rodzina heteroseksualna? Wydaje mi się, że polskość to jednak coś więcej, ale wpis nie jest o tym, więc pozostawiam tylko tę kwestię do refleksji. Przez lata Polska była krajem bardzo tolerancyjnym. W dobie prześladowań byliśmy często azylem dla różnych mniejszości. Dlaczego teraz tak być nie może? Dlaczego tej tradycji nie pielęgnujemy, a w każdym razie nasze władze nie odżegnują się z odpowiednią stanowczością od aktów agresji skierowanych w stronę mniejszości?
To pytanie również pozostawiam jako retoryczne.
Chciałbym za to wrócić jeszcze na moment do kwestii reprodukcji jako podstawowej wartości rodziny.
Podkreślanie tej wartości jako nadrzędnej jest w gruncie rzeczy zaskakujące, zwłaszcza w kontekście krytyki homoseksualizmu. Zważywszy na okoliczność, że pary homoseksualne są mniejszością społeczną, fakt, iż nie będą miały potomstwa raczej nie będzie przyczyną niżu demograficznego. Po drugie takie gloryfikowanie reprodukcji można jak dla mnie poddać krytyce również z pozycji religii. Przecież dla chrześcijaństwa człowiek jest radykalnie różny od zwierząt, od których dzieli go różnica jakościowa. Skoro tak, to nie sprowadzajmy związków człowieka tylko do reprodukcji, bo to właśnie zbliżałoby go do zwierząt. Oczywiście ktoś zaraz powie, że istnieje różnica między miłością cielesną, a duchową i z perspektywy doktryny chrześcijańskiej będzie miał rację, ale o tym, jak można uspójnić te dwa aspekty miłości pisałem powyżej, więc nie będę się powtarzał.
Zbliżając się powoli do końca mojej analizy, chciałbym podkreślić jeszcze parę rzeczy. Na początku tej części mojego wywodu zaznaczyłem, że ostatni paragraf omawianego artykułu wydaje mi się szczególnie jednostronny. Niespójności i tendencyjności jest tu moim zdaniem naprawdę wiele.
Jednym z takich ujętych jednostronnie wątków jest między innymi poruszana w tekście kwestia bezstronności religii.
Czytamy, że po wprowadzeniu w życie postulatów środowisk LGBT naruszona zostanie konstytucyjna wolność religii i zasada bezstronności państwa w kwestiach religijnych. Brzmi groźnie, ale co poza brzmieniem?
Należy moim zdaniem zauważyć, iż religia wcale nie musiałaby stracić swojej autonomii, a to dlatego, że jak już zostało wspomniane wyżej, pytanie, co stanowi aksjologiczny rdzeń religii judeochrześcijańskich. Nie będę się tu nad tym rozwodzić, bo i moja wiedza w tym zakresie jest dość ogólna, ale trzeba powiedzieć, iż nasza wiara, tak samo, jak każda inna kształtowała się również przy udziale kultury, w której żyli autorzy Pisma Świętego.
Z jednej strony zatem teolog musi oddzielić prawdy fundamentalne dla danej religii, a z drugiej uspójnić niespójności obecne pomiędzy poszczególnymi księgami.
Stąd już natomiast niedaleko do wniosku, że podstawowe wartości wypływające z Pisma Świętego powinny być jak najbardziej ponadczasowe i nie sprowadzać się do krytyki określonych form życia seksualnego. Napisano, że Bóg się nimi brzydzi, ale brzydzi się dlaczego? Jeśli tylko ze względów obyczajowych, są one w gruncie rzeczy poza oceną moralną, ponieważ dziś odróżniamy w wielu przypadkach obyczajowość od moralności. Powinniśmy te dwie sfery odróżniać tym bardziej, jeśli mówimy o czymś, co zostało napisane tysiące lat temu, w radykalnie odmiennej rzeczywistości społecznej.
Tym ważniejsze staje się zatem wyznaczenie aksjologicznego rdzenia Pisma Świętego.
W tej optyce państwo, które krytykuje określone dogmaty religijne, nie musi krytykować religii jako-takiej, na tej samej zasadzie, na jakiej religia potępia grzech, a nie grzesznika.
Widać z tego, że państwo może pozostać neutralne w odniesieniu do religii jako całości, ale z drugiej strony dobrze by też było, gdyby zasada ta działała w obydwu kierunkach.
Religia powinna pozostać bezstronna, jeśli chodzi o codzienne życie społeczne i nie mieszać się w dyskurs polityczny.
W artykule padło sformułowanie, że religii w społeczeństwie po uznaniu postulatów LGBT groziłby aparat represji, a bezstronność stałaby pod znakiem zapytania. A teraz? Czy fakt, że furgonetki oklejone treściami światopoglądowymi jeżdżą w asyście policji jest dowodem bezstronności?
Wystrzegajmy się hipokryzji i zastanówmy się, czy naprawdę teraz jest tak neutralnie światopoglądowo, jak chciałyby tego określone portale prawicowe.
Mówi się również o tym, że badania naukowe będą zahamowane przez poprawność polityczną. Oczywiście. Nie powinny być hamowane, ale nie zapominajmy o tym, że obecnie różne badania seksuologów, czy psychoseksuologów też są wyciszane, albo przynajmniej spotykają się często z krytyką środowisk prawicowych.
Bądźmy zatem obiektywni, a przede wszystkim, jeśli chcemy dyskutować z dyskursem mającym podstawy naukowe, przeciwstawiajmy mu również dyskurs naukowy, a nie jedynie światopoglądowy, czy religijny.
Na sam koniec chcę jeszcze zwrócić uwagę na statystyki przytoczone pod sam koniec cytowanego tekstu.
Miałoby z nich wynikać, że przeważająca większość społeczeństwa polskiego nie uważa, żeby było konieczne włączanie postulatów LGBT do obowiązującego systemu prawnego.
Nie będę tutaj pisał o tym, że badania statystyczne są obarczone błędem statystycznym i siłą rzeczy zależą od grupy ankietowanych. To oczywiste, ale oczywiście nie chodzi o to, aby z gruntu krytykować takie badania.
Chciałbym za to zasygnalizować coś innego.
Otóż z pewnego punktu widzenia sondowanie opinii większości na temat mniejszości wydaje się dość zawodne, a czasem nawet może być krzywdzące. Dochodzimy bowiem do sytuacji, w której większość wypowiadających się robi to z pozycji osoby całkowicie postronnej, która nie tylko nie musi być bezpośrednio zainteresowana zmianami, lecz również może nie być kompetentna w danym temacie.
To tak, jak by pytać osoby pełnosprawne, jak mają wyglądać dostosowania dla osób z daną niepełnosprawnością.
Uwierzcie mi, takie niekompetentne konsultacje zwykle nie kończą się dobrze. 😀
Podsumowując cały wywód, napisałem niniejszy tekst z dwóch przyczyn. Po pierwsze chciałem jeszcze raz wyrazić swój sprzeciw wobec dyskryminacji i rozpętywaniu burzy, na której tracą tylko mniejszości, a cena jest niewspółmierna do stawki.
Po drugie zaś moją intencją było polemiczne zmierzenie się ze stanowiskiem oponentów w imię uczciwości intelektualnej. Czy mi się to udało, ocenią sami ci, którzy bohatersko dotrwali do końca tego tasiemca.
Naturalnie niniejsza analiza nie wyczerpuje tematu. Pokazuje jedynie wycinek spektrum problemowego. Wiele jeszcze byłoby do powiedzenia od strony psychologicznej, seksuologicznej, czy teologicznej, ale na to nie starczyłoby pewnie niczyjej cierpliwości, a i moja wiedza jest ograniczona.
Tytułem zamknięcia całej tej pisaniny, odpowiem jeszcze raz zwięźle na pytanie, czy konstrukt pojęciowy ideologia LGBT ma sens.
Otóż nie, a to przez rozwinięcie skrótu LGBT.
Można jedynie się zastanowić, czy ideologią nazwać postulaty osób LGBT.
Moja odpowiedź brzmi, tylko wtedy, jeśli uznamy, że cała rzeczywistość społeczna podpada pod słownikową definicję ideologii i nie ma w tym nic piętnującego.
Należy w takim wypadku również uznać, że zespół przekonań nazywanych ideologią może wynikać z uwarunkowań biologicznych i służyć zagwarantowaniu godności osób je posiadających.
Jest to teoretycznie do pomyślenia, ale wówczas trzeba by było mówić również o ideologii osób z niepełnosprawnościami.
Zdecydowanym nieporozumieniem jednak jest zestawianie postulatów LGBT z nazizmem, czy marksizmem, ponieważ wydaje się to bardzo dyskusyjne z moralnego, ale też logicznego punktu widzenia.
Na tej konkluzji chciałbym zakończyć niniejszą analizę.
Mam nadzieję, że nie była ona totalnym bełkotem i pustynią intelektualną, ale to ocenicie już sami.
Gratuluję wszystkim, którzy dotrwali do tego momentu i do następnego wpisu.
Link do materiału źródłowego: https://ekai.pl/grozi-nam-totalitaryzm-swiatopogladowy-ideologiczna-ofensywa-lgbt/

Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

20-21 – czyli co ostatnio przeczytałem.

Witajcie,
Czas na dwie kolejne książki, które zdarzyło mi się przeczytać na przestrzeni ostatnich tygodni.
Jednocześnie uprzedzam, że po tym wpisie najprawdopodobniej będzie miała miejsce dłuższa przerwa, podczas której nie będę publikował nic w tej kategorii. Przyczyna jest taka, że obecnie jestem w trakcie czytania pozycji jednego autora, którego mam zamiar poznać lepiej, niż tylko za pośrednictwem jednej publikacji. Kiedy już przeczytam wszystko, co z jego dorobku sobie założyłem, napiszę zbiorczą recenzję.
Tym czasem jednak przejdźmy do tych dwóch książek, z którymi dziś do Was przychodzę.
Pierwsza z nich to powieść autorstwa Doroty Tyrakowskiej Władca Lewawu.
Do zapoznania się z tą historią skłoniło mnie parę okoliczności. Po pierwsze i najważniejsze cały czas mam w pamięci inny tytuł tej autorki, a mianowicie Samotność bogów, którą lata temu czytałem jako lekturę. Pamiętam, że już wtedy lektura ta przemówiła do mnie zarówno jako sam zamysł fabularny, jak i, choć to pewnie dopiero z perspektywy, jako dzieło skłaniające do refleksji nad życiem, ale również religią oraz jej istotą.
Zachęcony takim odbiorem samotności bogów, postanowiłem po latach, że sięgnę po jakieś inne dzieło tej autorki.
Padło na władcę Lewawu. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że z tych nielicznych informacji, które posiadałem na temat tej pozycji, wyłaniał się obraz stuprocentowej powieści przygodowej mocno zakorzenionej w tradycji fantasy, chociaż z pewnością nie w takim sensie, jak choćby Tolkien.
Poza tym nie ukrywam, że kierowała mną pewna przekora. O władcy Lewawu mówiło się w kontekście tak-zwanych lektur wyklętych, a ponieważ do tego typu wyklętych rewelacji i wyklinania książek mam stosunek raczej sceptyczny, postanowiłem sprawdzić, co takiego strasznego zawiera ta książka.
No dobrze. Rozpisałem się nawet szerzej, niż zamierzałem na temat tego, co skłoniło mnie do zabrania się za tę lekturę. A co mogę powiedzieć o samej książce.
Cała Historia jest utrzymana w klimacie pod pewnymi względami bardzo przypominającym mi Opowieści z Narnii. Nastoletni chłopiec z naszego XXI-wiecznego świata odkrywa przypadkowo przejście do równoległego wymiaru, w którym rzeczywistość wygląda nieco inaczej. W przeciwieństwie do Narnii, wymiar, w jakim znalazł się główny bohater Terakowskiej nie jest aż tak radykalnie różny od naszego. Istnieje w nim miasto bardzo podobne do Krakowa, z którego przybył Bartek, centralna postać Władcy Lewawu.
Miasto to różni się jednak paroma szczegółami.
Po pierwsze wszystkie nazwy własne w tym świecie są anagramami słów używanych w naszym świecie. No cóż. Przyznam, że jak to czytałem, nie mogłem powstrzymać się od złośliwej uwagi, że może to właśnie wypowiadanie wszystkiego na wspak miało decydować o szkodliwości powieści. Oczywiście był to sarkazm, bo obiekcje w odniesieniu do dzieła były motywowane inaczej, ale wróćmy do głównego tematu.
Drugą różnicą są gabaryty mieszkańców Wokarku. Alianie, bo tak właśnie określają się owi mieszkańcy, są znacznie niżsi, niż przeciętni ludzie w naszym świecie.
No i jest trzecia, najistotniejsza z punktu widzenia fabuły różnica.
Mieszkańcy Wokarku są styranizowani przez despotycznego władcę stacjonującego na Lewawie. Okrutny tyran trzyma ich twardą ręką, karząc wszelkie przejawy niesubordynacji. Porządek zaś utrzymuje dzięki armii przerośniętych pająków, nazywanych po prostu pajęczakami.
W tle całej opowieści mamy przepowiednię, w myśl której tylko jedna osoba będzie mogła wejść na Lewaw, a pajęczaki nie będą jej atakować.
Coś Wam przypomina cały ten schemat? Styranizowana społeczność, niezdolna do poważniejszego buntu, owiany legendą tyran i wybawca przybyły z innego wymiaru, którego zapowiadały proroctwa.
Oczywiście na końcu Bartkowi udaje się przepędzić tyrana, który wcale nie okazał się tak potężny, za jakiego chciał uchodzić.
Ogólnie, gdybym miał się wypowiedzieć na temat dzieła, nie powaliło mnie, ani też nie odrzuciło. Od zwykła książka dla dzieci, bez wielkich przesłań, intryg, czy zwrotów akcji. Być może gdybym przeczytał ją jako dziesięciolatek, przemówiłaby do mnie bardziej, a może i przeraziła by mnie, choć co do tego mam mieszane uczucia. Piszę o tym przerażeniu dlatego, że według krytyków, obraz wszechwładnych pająków może przerażać dzieci. Hmm. Teraz, z perspektywy dorosłego już tego nie ocenię obiektywnie.
Z drugiej strony należy oddać Terakowskiej sprawiedliwość, że powieść mówi o podstawowych wartościach, jakkolwiek dość sztampowo i płytko. Naturalnie znajdziemy tam przyjaźń, miłość, męstwo i poświęcenie, a także kilka ciekawych motywów, które mogłyby mieć potencjał, gdyby zostały rozwinięte.
Jednym z takich motywów jest choćby zagadnienie ceny wolności obywatelskiej. Oczywiście tak górnolotnych sformułowań, jak cena wolności obywatelskiej nie znajdzie się w książce pisanej z myślą o dziesięciolatkach, ale pytanie to da się moim zdaniem wyinterpretować z treści.
Mieszkańcy Wokarku żyją w ciągłym lęku przed Nienazwanym, kolejny wątek jakże częsty w książkach fantastycznych, ale z drugiej strony nawet nie próbują z nim walczyć. Znają jasno określone zasady w miarę spokojnej koegzystencji z tyranem i wielu to wystarcza. Nienazwany, co warto zaznaczyć, odbiera swoim poddanym wszystkie emocje, które mogłyby stanowić zalążek buntu. Alianie nie potrafią zabijać, nawet w samoobronie, nie są zdolni do gniewu, może z nielicznymi wyjątkami. Oczywiście z jednej strony powoduje to, że bardzo łatwo narzucić takim ludziom swoją wolę. Z drugiej natomiast ta sama spolegliwość przyczynia się do mniejszej liczby niesnasek wśród samych tych ludzi.
Można więc zapytać, czy ludzie wolą ograniczoną wolność i mniej nieporozumień wewnątrzgrupowych, czy na odwrót.
Tu filozofia miałaby dużo do powiedzenia, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę różne koncepcje umowy społecznej, ale nie będę tu tego analizował, bo nie taki jest cel wpisu.
Podsumowując całość, Władca Lewawu to moim zdaniem dość przeciętna powieść dla młodszego czytelnika. Jeśli ktoś oczekuje nagłych zwrotów akcji, rozbudowanych rozważań egzystencjalnych, ETC, raczej się rozczaruje, choć nie można odmówić tej powieści również pewnego, ukrytego potencjału.
Przejdźmy teraz na moment do drugiej książki.
Tu nie będę się rozpisywał, bo i gatunek literacki raczej tego nie wymaga.
Pozycja, którą mam namyśli, jest skrajnie odmienna od poprzedniej. To raczej książka podróżnicza, a nawet podróżniczo-przyrodnicza. Mówię tu o publikacji zatytułowanej Przygody młodego przyrodnika Davida Attenborough.
Książka stanowi rodzaj sprawozdania z początków naukowej kariery badacza. Opisuje skrótowo splot okoliczności, które sprawiły, że przyrodnik zajął się ostatecznie tym, czym się zajął. Następnie dowiadujemy się, jak wyglądały pierwsze podróże Attenborough, kiedy jako początkujący łowca zwierząt odwiedził on Gujanę francuską, Indonezję, a na końcu Paragwaj. Niewątpliwym plusem całej publikacji są zawarte w niej opisy nie tylko samych podróży i związanych z nimi perypetii, ale także samych miejsc odwiedzanych przez Davida, ich folkloru, miejscowych zwyczajów, no i oczywiście zwierząt.
Dodatkowo cała narracja nie jest pozbawiona poczucia humoru. Myślę, że trzeba przeczytać książkę, żeby wiedzieć, o co konkretnie mi chodzi, ale tu przytoczę tylko jeden opis z pierwszej podróży, który zapadł mi w pamięć.
Dotyczył on chrystianizacji tamtejszych Indian przez chrześcijańskich misjonarzy.
Według opisu, wyglądało to mniej więcej tak.
Jakiś misjonarz nakrył jednego z Indian, że podczas postu przyrządza sobie królika. Mówi więc do niego. Nie możesz jeść królika. Na to Indianin. Ja nie jeść królika, tylko rybę.
Misjonarz. To nie ryba. To królik.
Indianin. Nie. To ryba. Kiedy wy przybyć tu, powiedzieć, że moje indiańskie imię złe i że od tej pory ja nazywać się John.
Zrobiłem więc tak samo w przypadku królika. To nie jest już królik, tylko ryba. Dlatego John jeść rybę, a nie królika.
Cóż. Przyznać trzeba, że całkiem logiczna argumentacja.
Takich historii jest w Przygodach młodego przyrodnika więcej, więc chętnych zdecydowanie zapraszam do lektury.
Generalnie ostatnio doceniam coraz bardziej książki podróżnicze, więc spodziewajcie się, że najbliższy wpis w tej kategorii będzie poświęcony właśnie im.
Tym czasem żegnam się już z Wami, bo jak zwykle się rozpisałem. Zachęcam do pozostawiania śladów swojej blogowej obecności w postaci komentarzy i do następnego wpisu.

Kategorie
Okolicznościowo

Dowidzenia, czyli pożegnanie pewnego autora

Witajcie,
W tej kategorii raczej rzadko będzie się coś pojawiało, bo choć nie ukrywam, że mam naturę dość sentymentalną, raczej też nie odczuwam potrzeby, aby komentować bieżące wydarzenia, czy tym bardziej pisać zbiorowe życzenia z okazji różnych świąt. To nie mój styl.
Dzisiaj jednak przychodzę do Was ze smutną informacją. Kilka dni temu dowiedziałem się, że zmarł Carlos Ruiz Zafón: autor znany przede wszystkim z cyklów znajdujących się na pograniczu fantastyki i powieści psychologicznej takich jak Cmentarz zapomnianych książek, czy adresowana w teorii do młodszego czytelnika trylogia mgły. Po kilku latach przegrał walkę z chorobą nowotworową. Uznałem, że napiszę tu o tym, żeby symbolicznie pożegnać tego pisarza. Wnikliwi czytelnicy tego bloga, ale też generalnie osoby, które znają trochę moje preferencje literackie, wiedzą, że bardzo ceniłem tego autora. Szkoda, że już nic nam nie napisze. Podkreślę jeszcze raz, że nie wszystkie jego książki przemówiły do mnie w jednakowym stopniu. Jedną nawet wciąż mam do nadrobienia. Nie zmienia to jednak faktu, że w mojej opinii książki Zafóna były poruszające. Jedne bardziej, inne mniej, lecz z całą pewnością nie można było odmówić Zafónowi zdolności do kreowania bohaterów niejednoznacznych, niejednokrotnie tajemniczych, czy po prostu rozdartych wewnętrznie, zagubionych w tym labiryncie wielu ścieżek, który nazywamy życiem. Właśnie ta zdolność sprawiła, iż twórczość Zafóna przemawia do mnie z taką siłą, ale myślę, że nie tylko ona. Wątkiem w mojej opinii bardzo inspirującym jest ten kładący nacisk na rolę książek w życiu człowieka, przede wszystkim młodego czytelnika, ale nie tylko. „Książki są lustrem. Widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie”,
[niewiele rzeczy ma na człowieka tak wielki wpływ jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca, czytać to bardziej żyć, to żyć intensywniej.
Podobnych stwierdzeń pada na kartach powieści pisarza znacznie więcej. Nie ukrywam, że w dużym stopniu utożsamiam się z tymi stwierdzeniami. Książki zawsze były, są i będą znaczącą częścią mojego życia. Kiedyś, kiedy jeszcze byłem w podstawówce, a nawet gimnazjum, czy liceum, słowem zanim dołączyłem do CWM, świat książki był tą sferą, która rekompensowała mi dość mało urozmaicone życie towarzyskie, był tym, co pozwalało mi oderwać się od szarej codzienności i przeżywać ekscytujące przygody w świecie wyobraźni. Później, w miarę, jak poznawałem nowych ludzi, włączałem się w nowe aktywności, książki zaczęły stanowić mniejszą składową mojego osobistego świata, ale nie mniej znaczącą.
Z tego powodu bardzo utożsamiam się ze zwłaszcza niektórymi stwierdzeniami Zafóna i myślę, że są warte uwagi. W swoich historiach autor ukazywał rolę książek w życiu czytelnika, wchodzącego za pośrednictwem powieści w nowy świat, czyniąc z samego aktu czytania niemal misterium. Mówił też jednak o perspektywie pisarza, niekiedy zagubionego we własnym procesie twórczym, podsumowując istotę kreacji nowych światów przedstawionych między innymi
w takim cytacie z Gry anioła, drugiego tomu w cyklu Cmentarz zapomnianych książek.
Pisarz nigdy nie zapomni dnia, w którym po raz pierwszy przyjmuje pieniądze lub pochlebstwo w zamian za powieść. Nigdy nie zapomina tego momentu, kiedy po raz pierwszy słodka trucizna próżności zaczyna krążyć mu w żyłach, wierząc, że jeśli zdoła ukryć swój brak talentu, sen o pisarstwie zapewni mu dach nad głową, ciepłą strawę pod wieczór i ziści jego największe marzenie: ujrzy swoje nazwisko wydrukowane na nędznym skrawku papieru, który zapewne go przeżyje. Pisarz skazany jest na wieczne wspomnienie tej chwili, bo właśnie wtedy został zgubiony na zawsze, a za jego duszę już wyznaczono cenę.
Trzeba przyznać, że to dość pesymistyczna wizja pisarstwa i jakkolwiek zdecydowanie nie w każdym przypadku musi się sprawdzić, nie można odmówić jej swoistego realizmu, przynajmniej w odniesieniu do pewnych twórców. Nie będzie chyba zaskoczeniem, że motyw pisarza starającego się przelać na papier swoją wizję w nierzadko długim, żmudnym, a czasami napawającym zwątpieniem procesie również jest mi bliski.
Oczywiście te wszystkie rozterki i uniesienia związane z tworzeniem, a z drugiej strony odbiorem literatury pięknej, to tylko jedna z osi fabularnych obecnych najsilniej w Cmentarzu zapomnianych książek. Doceniam bardzo ten cykl, zwłaszcza jego pierwszą część: Cień wiatru, lecz muszę od razu tu napisać, że to powieści specyficzne, zwłaszcza od drugiej części. Bohaterowie tam ukazani nierzadko są doprowadzeni na granicę obłędu, w związku z czym należy przyzwyczaić się do pewnego klimatu i do tego, że czasami czytelnik nie wie, co jest rzeczywistością w ramach świata przedstawionego, a co halucynacją bohatera.
Oprócz tego jednak opisywane dzieła zawierają wiele psychologicznych wątków powiązanych z szarą codziennością przeciętnych ludzi. Nie brakuje tu również przemyśleń egzystencjalnych.
Troszkę inaczej przedstawia się trylogia mgły oraz zaklasyfikowana również do powieści dla młodzieży Marina.
Mówiąc szczerze, z pewnych względów to właśnie te powieści z dorobku Zafóna szczególnie skradły moje serce. Typowym schematem, według którego zostały napisane, jest ukazanie grupki z pozoru zwyczajnych ludzi, którzy przypadkiem zostają wplątani w jakąś mroczną historię, zwykle powiązaną ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, ale przede wszystkim z przeszłością danego miejsca, czy osoby. W przeciwieństwie do klasycznych powieści tego typu, historie Zafóna nie kończą się happyendem. Stanowią za to zawsze pretekst do rozważań nad kondycją ludzką.
Zbliżając się do końca tego wpisu, jedno mogę powiedzieć na pewno. Książki Zafóna pozostaną ze mną z pewnością przez długie lata.
Carlos Ruiz Zafón odszedł w wieku pięćdziesięciu paru lat, padając ofiarą choroby, która tak skutecznie pustoszy współczesny świat. Już sam ten fakt może być pretekstem do chwili refleksji. Dla mnie na pewno jest, tym bardziej, że choroba ta zabrała mi przedwcześnie mojego dziadka, osobę dla mnie niezwykle ważną, ale wiecie, wydaje mi się, że właśnie takie momenty, gdy doświadczamy kruchości naszej egzystencji są głównym powodem, dla którego musimy umieć korzystać z tego, co przynosi chwila.
Jak pisał Zafón, Czas, im bardziej jest pusty, tym szybciej płynie. Życie pozbawione znaczenia przemyka obok, jak pociąg nie zatrzymujący się na stacji.
Żegnaj Carlosie. Na pewno zostaniesz na zawsze ze swoimi fanami, bo jak napisałeś, istniejemy, póki ktoś o nas pamięta.

Kategorie
Przeróbki audio

Kadra Hogwartu też martwi się o demokrację

Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

18-19 – j. verne – Dwa lata wakacji i W. Golding – Władca much

Witajcie,
Dziś kolejne dwie książki, a więc jak w tytule Władca much Wiliama Goldinga i 2 lata wakacji Juliusza Verne’a. Postanowiłem omówić je razem nie przypadkowo, ponieważ łączy je ogólny kontekst fabularny, choć poza tym są moim zdaniem swoimi niemalże dokładnymi przeciwieństwami.
Obie powieści przedstawiają grupkę dzieci, które na skutek losowych wydarzeń trafiają na bezludną wyspę, gdzie muszą utrzymać się przy życiu, dopóki nie nadejdzie jakiś ratunek. I w przypadku jednej, i drugiej historii spodziewana pomoc wreszcie się pojawia, lecz tu jak dla mnie kończą się podobieństwa, choć, jak twierdzi sam Golding, opowieść Verne’a była dla niego inspiracją w procesie tworzenia własnej.
Zacznijmy od różnic gatunkowych. Mimo, że obie książki, czy raczej ich akcje pozostają ujęte w zbliżone klamry fabularne, 2 lata wakacji są utrzymane w klimacie klasycznej powieści przygodowej dla młodzieży promującej takie wartości, jak przyjaźń, Grupowa solidarność, honor, czy odwaga i wytrwałość. Władca much to całkowicie inna bajka. Powiedział bym, że to groteskowo wypaczony obraz wizji Verne’a, a wręcz obraz odwrócony. W założeniu miała być to powieść psychologiczna, prezentująca upadek moralny,, który mógłby nastąpić w hipotetycznej sytuacji rzucenia zróżnicowanej wiekowo grupy dzieci na bezludną wyspę, gdzie bez żadnego nadzoru i w poczuciu absolutnej bezkarności muszą stworzyć sobie całą hierarchię społeczną.
Warto w tym momencie zaznaczyć, że i u Goldinga, i u Verne’a głównymi bohaterami są dzieci wyrwane z cywilizowanego kontekstu, jakkolwiek można założyć, że postaci z Władcy much jeszcze przed wylądowaniem na wyspie nie miały lekko. Zostały bowiem ewakuowane z terenów zagrożonych bronią jądrową, co wskazuje na raczej napiętą sytuację polityczną w ich rodzinnych stronach. Ogólnie jednak bohaterowie obu powieści wywodzili się z kręgu kultury europejskiej i amerykańskiej, w przypadku Władcy much Wielka Brytania, w przypadku Dwóch lat wakacji Wielka Brytania, Francja i USA.
Przyjrzyjmy się teraz procesom socjologicznym zachodzącym w obu historiach.
I tu, i tu bohaterowie w punkcie wyjścia dochodzą do wniosku, że aby przetrwać, należy współpracować. Współpraca ta wychodzi im jednak ze skrajnie różnymi skutkami. Być może różnicę tą, poza oczywistymi spostrzeżeniami takimi jak całkowicie inny zamysł autorski oraz inna grupa czytelnicza, można tłumaczyć tym, że w przypadku Dwóch lat wakacji bohaterowie znali się przed całą przygodą, podczas gdy w przypadku bohaterów władcy much, nic nie wskazuje bezpośrednio na ich wcześniejszą znajomość. Nie chciałbym jednak wyprzedzać faktów, bo wrócę jeszcze do tego wątku.
Jeśli chodzi o Dwa lata wakacji, autor daje nam w nich obraz zróżnicowanej wiekowo, choć też wyjątkowo dojrzałej jak na swój wiek, grupki dzieci. Na początku przestraszone i zagubione, szybko jednak organizują się, aby wspólnie stawić czoła niesprzyjającym warunkom, w jakich się znalazły. Mimo, że brakuje im doświadczenia i wielu rzeczy muszą się uczyć na błędach, szybko przyzwyczajają się do wzajemnego wykorzystywania swoich atutów w walce o byt. Wychodzi tu przy okazji wyjątkowa odpowiedzialność starszych chłopców, którzy opiekują się młodszymi, starając się jednocześnie być dla nich wzorem. Młodzi rozbitkowie szybko dochodzą do wniosku, że aby stworzyć sprawną mini społeczność, należy wybrać, na drodze głosowania, przywódcę, gubernatora, który czuwałby nad ogólnym porządkiem i podziałem zadań. Wybierają go i konsekwentnie się go słuchają, chociaż oczywiście jedni robią to chętniej, a inni mniej chętnie. Każdy dzień z życia rozbitków opisanych przez Verne’a jest zorganizowany, a i rzadko które działanie nie ma celu praktycznego w szerszej perspektywie. Młodzi robinsonowie organizują sobie nawet szkołę, korzystając z książek ocalonych z ich rozbitego okrętu, gdzie starsi edukują młodszych. Ponieważ prawie wszyscy mają nadzieję na uratowanie, nie zapominają również o maszcie sygnalizacyjnym widocznym dla ewentualnie przepływających statków. Wszyscy zdają sobie sprawę z celowości przedsięwziętych działań, co jednak nie oznacza, że między rozbitkami nie wybuchają spory. Różnicę zdań widać przede wszystkim między dwoma bohaterami, którzy darzą siebie umiarkowaną niechęcią, ale konflikt zaostrza się, gdy jeden z nich zostaje obwołany gubernatorem, co nie podoba się drugiemu z chłopców. Między konkurentami wybuchają częste kłótnie. Kilka z nich kończy się nawet bójkami. Ostatecznie jednak przeciwnicy godzą się pod wpływem wspólnych przeżyć i w obliczu wspólnego wroga nawiedzającego w pewnym momencie wyspę.
Widzimy więc, że obraz małej społeczności Verne’a wydaje się, choć może nie kryształowy, to jednak nieco wyidealizowany. Prawie wszystkie trybiki są tam na swoim miejscu, a bohaterowie z niewspółmierną do wieku dojrzałością i zaradnością przeciwstawiają się wszelkim przeciwnościom zarówno tym związanym z naturą, jak i z nieprzychylnymi obcymi. Można więc powiedzieć, że mamy tu do czynienia z właściwie postawioną granicą my i oni, czego na pewno nie widać w przypadku bohaterów Goldinga.
O ile w Dwóch latach wakacji mieliśmy do czynienia z wyidealizowanym obrazem współdziałania, o tyle we Władcy much stykamy się z obrazem wręcz groteskowo przechylonym w drugą stronę.
Już warunki początkowe, w jakie zostają wrzuceni bohaterowie Goldinga, są skrajnie odmienne od tych z powieści Verne’a. U tego drugiego postaci lądują na dużej wyspie o klimacie umiarkowanym, stosunkowo dużą różnorodnością biologiczną, sprzyjającym ukształtowaniem terenu i jak się ostatecznie okazuje, znajdującą się blisko cywilizowanych lądów.
U tego pierwszego z kolei dostają się na mały ląd pośrodku oceanu, porośnięty dżunglą, opanowany przez uciążliwy klimat równikowy, a na dodatek muszą żyć w sąsiectwie trupa nieszczęśnika, który zginął tu zapewne wiele lat temu. Co prawda wątek zmarłego nieszczęśnika pojawia się również w Dwóch latach wakacji, ale tam jest to opisane znacznie mniej horrorystycznie. A jak zachowują się sami bohaterowie. O ile w poprzedniej pozycji grupa była silnie skonsolidowana i posiadająca jednomyślny cel, o tyle tutaj zdecydowanie nie.
Wiele z postaci od samego początku zachowywało się, jak w jakimś marazmie, czy po prostu halucynacji. W przypadku niektórych scen, zwłaszcza tych co bardziej makabrycznych, trudno było się rozeznać, co jest faktycznym wydarzeniem, obiektywnym z perspektywy świata przedstawionego, a co jedynie majakiem bohatera. Zasadniczo rozbieżne pozostawały również cele poszczególnych członków grupy. Niektórzy, aczkolwiek jak się wydaje mniejszość, pragnęli przede wszystkim ratunku i chcieli zrobić wszystko, ażeby go uprawdopodobnić. Najmłodsi myśleli głównie o bezcelowej z praktycznego punktu widzenia, zabawie. Była też grupa nastawiona na eksplorację wyspy w celach myśliwskich. Oficjalnie miało to służyć wyżywieniu gromady, naprawdę jednak szybko okazało się upustem dla patologicznej rządzy zabijania i przyjemności czerpanej z dominacji nad inną istotą żywą.
Tu nikt, albo żeby być szczerym prawie nikt, nie zważał na bezpieczeństwo najmłodszych. Maluchy były pozostawione same sobie bez żadnej opieki i autorytetów.
Praktycznie każdy robił, co chciał. Nie było żadnych rygorów związanych z edukacją, czy harmonogramem dnia, a nawet faktycznie obowiązujących praw. Wszystko to pozostaje w jaskrawej sprzeczności z obrazem ukazanym w Dwóch latach wakacji. U Verne’a zdyscyplinowanej Grupie przewodził wybrany demokratycznie gubernator. Tu wprawdzie chciano wybrać wodza i czysto teoretycznie nawet go wybrano. Od początku jednak jego pozycja była niezwykle słaba. W książce Verne’a przywódca był wybrany świadomie, przez ludzi, którzy rzeczywiście go znali i szanowali. U Goldinga wybrano anonimowego spośród anonimowych. Wybór padł na niego chyba tylko dlatego, że zwołał zebranie i pierwszy podjął wysiłki, aby zapanować nad całym bałaganem. Tyle tylko, że zapanować wcale nie było łatwo. W grupie, w której każdy jest anonimowy, trudniej zachować solidarność i szacunek, zwłaszcza, jeśli wszyscy członkowie tej Grupy są jeszcze niedojrzali. W efekcie na niczym spełzły próby ustalenia jakichkolwiek praw. Przywódca był tylko z nazwy i nie udało mu się dopilnować nawet kolejności zabierania głosu na zwoływanych przez niego zebraniach. Nie potrafił też wyznaczyć i utrzymać podziału zadań koniecznych do koegzystencji w trudnych warunkach. Myśliwi polowali, jak chcieli, większość nie robiła nic, a tak niezbędnych zadań, jak na przykład budowanie szałasów, nie było komu wykonywać. Odpowiedzialność uległa całkowitemu rozproszeniu. Ludzie wyznaczani do pilnowania ogniska sygnałowego, tak ważnego, jeśli rozbitkowie chcieli wrócić do domu, zaniedbali je, doprowadzając do tego, że zgasło ono akurat wtedy, gdy na horyzoncie przepływał zbawczy okręt.
Potem sprawy wyglądały coraz gorzej. Przeciwko fikcyjnemu już i tak przywódcy wybuchły zdecydowane bunty tych, którzy nie chcieli się podporządkować jego szczątkowym nakazom. Resztki dyscypliny znikły. Beznadziejna sytuacja zaczęła doprowadzać wszystkich do obłędu. Najmłodsi, i nie tylko oni, zaczęli mieć w nocy koszmary, ale prawie nikt się tym nie przejmował. Zbuntowani myśliwi, czyli dzieci, które myśliwymi się nazwały, urządzały krwawe obławy na żyjące dziko na wyspie świnie, tylko w celu zaspokojenia patologicznej rządzy mordu i zadawania cierpienia. Organizowali uczty, w praktyce bardziej przypominające orgie, podczas których zabawiali się znowu, tym razem pozorując polowania na swoich współtowarzyszy. Sytuacji nie poprawiał ciągły lęk przed wyimaginowanym zwierzem, którego mit powstał za sprawą wspomnianego wcześniej trupa poprzedniego rozbitka. W tym wszystkim nie brakowało wzajemnej dyskryminacji i poniżania, zwłaszcza niektórych postaci. Moim zdaniem nie było tam jednej prawdziwej, przyjacielskiej relacji, choć jedna relacja była bliżej stadium przyjaźni, niż inne. Ciągłe dawanie upustu najniższym instynktom: strachowi i pragnieniu dominacji, doprowadziło w końcu do morderstwa oraz śmiertelnego wypadku będącego blisko morderstwa, zważywszy na wszystkie okoliczności.
Ostateczną patologię stanowiło będące przedostatnią sceną powieści polowanie zdeprawowanych myśliwych ukrywających twarze pod barwami wojennymi dającymi im jeszcze większe poczucie anonimowości i bezkarności na tego, którego na samym początku obrali wodzem. Wyglądało to dokładnie, jak łowy na zwierzę, ze wszystkimi możliwymi implikacjami, obławą i tak dalej, co tylko pokazuje stopień dehumanizacji zarówno oprawców, jak i ich ofiary w oczach polujących.
W takim właśnie stanie znalazła grupkę załoga brytyjskiego krążownika, która przyszła nieszczęśnikom z odsieczą. Mamy zatem dwie przeciwstawne wizje. Dwa efekty myślowego eksperymentu społecznego. Pytanie, jakie można zadać na koniec brzmi, która wizja byłaby bliższa prawdy z perspektywy psychologii społecznej i moralnej. W miarę moich skromnych kompetencji w tym zakresie, jestem skłonny stwierdzić, że chyba nie da się udzielić jednej odpowiedzi, bo też obie sytuacje nie były analogiczne. Pewne eksperymenty pokazują, choć przeprowadzono je na dorosłych, że ludziom bardzo łatwo jest wejść w rolę i zdehumanizować innych, jeśli tylko zapewni się im określone warunki. Udowodnił to choćby eksperyment więzienny Zimbardo, gdzie podzielono studentów na dwie grupy. Jedna wcieliła się w więźniów, druga w strażników więziennych. Już ta odrobina władzy dana odgrywającym strażników wystarczyła, żeby zaczęli oni traktować „więźniów” w sposób całkowicie niegodny. Ostatecznie zmusiło to eksperymentatora do zaprzestania eksperymentu, a pamiętajmy, że była to sytuacja kontrolowana, symulowana i zaimprowizowana z udziałem świadomych, wykształconych, dorosłych ludzi. Pytanie, jak by się to skończyło w warunkach naturalnych i bez nadzoru.
Z drugiej strony wiemy, że dzieci często, jeśli się im na to pozwoli, głównie myślę tu o dzieciach małych, potrafią zatracić się w zabawie, wejść w rolę tak, że zacierają granicę między grą, a rzeczywistością, a to znowu w kontrolowanych warunkach. Być może więc scenariusz Goldinga byłby całkiem realny.
Mimo to, przyglądając się dla odmiany Dwóm latom wakacji, trzeba przyznać, że scenariusz nie jest tak nieprawdopodobny, mówię tu tylko o relacjach społecznych, jak można by było sądzić. Jak powiedziałem wyżej, tutaj sytuacja była o tyle inna, że wszyscy znali się przed trafieniem na wyspę, a wspólne trudy doprowadziły bardziej do zatarcia się nierówności, niż do ich uwypuklenia. To zmienia nieco postać rzeczy, bo jak pokazuje między innymi psycholog ewolucyjny Paul Bloom, a zresztą nie tylko on, ważną siłą napędową zachowań moralnych jest empatia. Ta z kolei jest zawsze silniejsza w stosunku do tych ludzi, czy istot, które uważamy za członków własnej grupy. Właśnie to miałem na myśli, mówiąc o prawidłowym ujęciu relacji my oni i właśnie to nie mogło wystąpić w przypadku bohaterów Goldinga. Oczywiście empatia też ma różne twarze i nie zawsze musi być pozytywna, jak uświadamiają psychologowie, ale to temat na inny wpis, lub dyskusję w komentarzach.
Podsumowując, powyżej starałem się skrótowo przeanalizować obie omawiane książki pod kątem psychologicznym, co sprawiło, że wpis przypomina raczej te z cyklu refleksje literackie, a nie wyzwanie czytelnicze. Mam jednak nadzieję, że kogoś to zaciekawi. Oczywiście temat nie jest wyczerpany i żeby to zrobić, należałoby włączyć w to jeszcze wiele koncepcji psychologicznych i filozoficznych. Nie zrobiłem tego, bo nie taki był też cel wpisu. Wiem jednak, że są tu tacy, którzy na temat psychologii mają wiedzę szerszą od mojej. Może więc skuszą się na jakąś dyskusję? 🙂
Ja teraz powiem tylko, że nie żałuję, że przeczytałem którąkolwiek z tych książek, choć nie sądzę, bym kiedyś do nich wrócił. Powieść Verne’a to fajna historia, nieco idealistyczna, spłycająca pewne relacje i schematyczna, jak to często bywa w opowieściach przygodowych dla młodzieży. Taki gatunek i do tego nie mam zastrzeżeń. Czyta się jednak dość dobrze i przyjemnie, mimo stosunkowo małej liczby dialogów. Mogłoby być więcej. Byłoby bardziej klimatycznie. Polecam jednak, jeśli ktoś lubi przygodówki i chce się odstresować przy czymś lekkim. Mi było to potrzebne po sesji. 😀
Jeśli zaś chodzi o Władcę much. No cóż. Nie jest to książka do poduszki. Są momenty grozy, okrucieństwa, generalnie tego wszystkiego, co wiążemy z ciemną stroną ludzkiej natury. Nie polecam osobom nadmiernie wrażliwym i szczerze mówiąc w ogóle nie wiem, czy komukolwiek polecam. Powieść miała prowokować do pewnych przemyśleń i może nawet prowokuje, ale mimo wszystko uważam, że pewne rzeczy pokazuje w bardzo zradykalizowany sposób. Czyta się dość ciężko i nie jestem pewien, czy jej przekaz jest na tyle wartościowy i odkrywczy, żeby to zrekompensować. U wielu historia może wzbudzić zapewne zgorszenie moralne, a w pewnym sensie też estetyczne, za to opisów typowo refleksyjnych, wyjąwszy wymowę całokształtu analizowaną powyżej, jest relatywnie niewiele.
Jest to jednak moja subiektywna opinia i oczywiście chętnie podyskutuję, jeśli ktoś ma inne odczucia.
Tym akcentem żegnam się z Wami, gratuluję wytrwałym, którzy doczytali do końca i do następnego wpisu.

Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

17. M. Heller i J. Życiński – Dylematy ewolucji

Witajcie,
Czas na kolejne omówienie książki, tym razem jeszcze mniejsze, bo poświęcone tylko jednemu dziełu.
Dziełem tym jest książka autorstwa Michała Hellera i Józefa Życińskiego zatytułowana dylematy ewolucji.
Jest to publikacja akademicka i muszę przyznać, że od samego początku wzbudziła moje szczególne zainteresowanie, ponieważ łączy w sobie aspekty z zakresu dwóch dziedzin, którymi się interesuję, czyli filozofii i ewolucjonizmu.
Autorzy rozpatrują tu problem ewolucji z perspektywy filozofii nauki i trudno się dziwić, ponieważ sami reprezentują właśnie tę dyscyplinę filozoficzną.
Ciekawostką jest, że obaj są również księżmi, a jeden z nich, niestety już nieżyjący Józef Życiński, był nawet biskupem. Nie byłoby w tym oczywiście niczego dziwnego, gdyby nie fakt, iż tradycyjnie uważa się ludzi kościoła za związanych z raczej anty-ewolucjonistyczną wizją świata, podczas gdy i Heller, i Życiński są ewolucjonistami, choć oczywiście teistycznymi.
Inna rzecz, że dziś w debatach naukowych i filozoficznych rzadko już zestawia się kreacjonizm i ewolucjonizm jako nurty skrajnie przeciwstawne, a przynajmniej nie robi się tego w tak bezpośrednim sensie, jak przyjęło się powszechnie uważać. Dzieje się tak najprawdopodobniej dlatego, że i ewolucjonizm, i kreacjonizm stanowią współcześnie bardzo szerokie kategorie. W rezultacie kreacjonizmu nie redukuje się bynajmniej wyłącznie do kreacjonizmu biblijnego, podobnie jak darwinizm nie wyczerpuje całego spektrum znaczeniowego pojęcia ewolucjonizmu.
O tym wszystkim między innymi piszą autorzy omawianej publikacji. Przyglądają się oni historii sporu ewolucjonizmu i kreacjonizmu, broniąc stanowiska, zgodnie z którym konflikt ten pozostaje w gruncie rzeczy sztuczny, a u jego podstaw leży zbyt wąskie rozumienie pewnych terminów.
Ale treść Dylematów ewolucji nie ogranicza się jedynie do analiz przyrodniczo-religijnego ujęcia problematyki ewolucyjnej. Obaj naukowcy bardzo kompleksowo omawiają filozoficzne implikacje ewolucjonizmu i co ważne, ich rozważania mają silną podbudowę w naukach przyrodniczych. Przeczytamy więc tu o historii myśli ewolucyjnej od starożytności, po współczesność, o tym, jak naukowa wizja świata zmieniała się na przestrzeni historii, od Arystotelesa, poprzez fizykę newtonowską, aż do współczesnej fizyki kwantowej. Zapoznamy się z kosmologicznymi interpretacjami ewolucji, różnymi znaczeniami terminu ewolucja, a także możliwymi odpowiedziami na pytanie, jak można pojmować przypadkowość i konieczność w procesie ewolucyjnym, pojęcia tak ważne, a wzbudzające tyle filozoficznych emocji.
Ciekawym, w mojej opinii, aspektem tej pozycji jest wspomniana już po części ewolucja pojęcia ewolucji na przestrzeni kolejnych stuleci. Jeśli ktoś nigdy nie wiedział, czym w sumie różnił się Lamarckowski i darwinowski model teorii ewolucji, po lekturze Dylematów ewolucji będzie z pewnością rozumiał lepiej te różnice.
Interesujące wydaje się także przedstawienie samego Darwina opisanego tu nie tylko jako autora teorii doboru naturalnego, ale również jako człowieka borykającego się z pewnymi rozterkami światopoglądowymi. Nie był on bowiem, wbrew temu, co można przypuszczać, typem agresywnego, pewnego swych racji reformatora z okrzykiem eureka przeorganizowującego gruntownie metodologiczny porządek nauk przyrodniczych.
Na koniec tego wpisu trzeba jeszcze jasno powiedzieć, iż książka Hellera i Życińskiego nie jest podręcznikiem, a bardziej wybiórczym studium filozoficznego wymiaru problematyki ewolucyjnej. W związku z tym zawiera wiele pojęć, które choć ogólnie zdefiniowane, dają się lepiej pojąć, jeśli czytelnik dysponuje już jakąś wiedzą z zakresu filozofii przyrody, czy po prostu nauk przyrodniczych, takich, jak kosmologia.
Osobiście przyznam, że momentami sam się gubiłem przy lekturze, gdyż, o czym wielu z Was wiadomo, nie jestem mocny w przedmiotach ścisłych. To z kolei wychodziło w przypadku czytania o bardziej matematycznych aspektach teorii kosmologicznych.
Ogólnie jednakże pozycję uważam z wielu względów za wartościową i polecam ją wszystkim tym, których jakkolwiek interesuje problematyka ewolucji pojętej na poziomie metodologii i historii myśli.
Tym podsumowaniem żegnam się z wami i do następnego wpisu.

Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

12-16 – czyli kilka słów o Torze

Witajcie,
W poprzednim wpisie w tej kategorii powiedziałem, że w najbliższym czasie pojawi się kolejna recenzja, choć w tym kontekście to chyba nienajlepsze słowo, więc niech będzie komentarz. Klasycznych dzieł kultury raczej się nie recenzuje. Można za to ocenić je pod kątem moralnym, argumentacyjnym, ETC.
Dzisiaj zatem nadszedł czas, abym dokonał takiego komentarza w odniesieniu do pierwszych pięciu ksiąg starego testamentu.
Kto zna mnie chociaż trochę, ten wie, że dość chętnie wypowiadam się na tematy powiązane z naszą religią i że nie zgadzam się z wieloma jej tezami. Jako jednak, że chcę być uczciwy intelektualnie w stosunku do moich dyskutantów, postanowiłem zapoznać się źródłowo z Pismem Świętym. Oczywiście wiem, że potem czeka mnie jeszcze zapoznawanie Się z jakimiś opracowaniami z zakresu biblistyki, a to dla uchwycenia kontekstów interpretacyjnych. Zacząłem wszakże od źródeł.
Jak do tej pory, o czym już wspomniałem, zapoznałem się z pięcioksięgiem Mojżesza. Następne księgi przede mną, choć nie ukrywam, że póki co zrobiłem sobie przerwę w czytaniu.
Przejdźmy do samego pięcioksięgu.
Na początek uprzedzam, że wpis ten będzie dość krótki. Ograniczę się w nim bowiem jedynie do kilku uwag natury ogólnej.
Pierwsza uwaga dotycząca samego stylu jest taka, że przebija z niego bardzo duży patetyzm. Naturalnie wynika to ze specyfiki dzieła i z okresu jego powstania, ale nie da się ukryć, że gdy współczesny czytelnik czyta po raz któryś sformułowania w stylu. Tak rzekł Pan do Abrahama, a Abraham dopełnił wszystkiego, co Pan mu nakazał i tak dalej, może to być dla niego męczące.
Zostawmy jednak ten wątek i przejdźmy do bardziej szczegółowych spostrzeżeń.
Tym, co uderzyło mnie Dość szybko, jest częstotliwość, z jaką Bóg mówi o rozmnażaniu się, praktycznie przy każdym swoim błogosławieństwie.
„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się. To zdanie odmienia się zwłaszcza w pierwszych księgach pięcioksięgu praktycznie przez wszystkie przypadki. Wygląda na to, że to rozmnażanie jest czymś absolutnie najważniejszym i fundamentalnym. Znowu. Wiadomo. Inne czasy, inny system wartości, inne priorytety, inne postrzeganie człowieka, ale jako człowiekowi XXI wieku, wydaje mi się to posunięte aż do przesady, choć na pewno i dziś są ludzie, którzy dzieci traktują jako boże błogosławieństwo.
Idźmy dalej.
Kolejną rzeczą, która zwróciła moją uwagę, były porozsiewane tu i tam niespójności logiczne. Oczywiście dzisiaj nie byłyby już one raczej problemem, ze względu na mniej, czy bardziej metaforyczne odczytanie Pisma świętego. Ja sam wychwytywanie ich traktowałem jako zabawę intelektualną, choć przyznaję, że kreacjonistom biblijnym biorącym cały przekaz dosłownie mogłyby nastręczyć trudności. Tu ograniczę się do wskazania dwóch przykładowych nieścisłości. Pierwsza nasuwa się, jeśli czytając księgę wyjścia zastanowimy się nad opisem plagi z zamianą wody w krew.
Mamy tam powiedziane mniej więcej coś takiego, że Bóg zamienił w krew wodę w nilu i wszystkich pomniejszych zbiornikach, a cofnął to dopiero po domniemanej skrusze faraona i wstawiennictwie Mojżesza.
Do tej pory wszystko wydaje się spójne, ale… No właśnie. Mamy powiedziane, że w trakcie trwania plagi kapłani egipscy również dokonali zamiany wody w krew i tu mamy już logiczny zgrzyt. Na logikę nie mogli już nic zamienić, bo wszystko było zamienione.
Kolejna taka sprzeczność, choć może nie tak trudna do przezwyciężenia pojawia się w późniejszych księgach, kiedy Bóg przedstawia Izraelitom swój kodeks. Mówi tam, że za nieposłuszeństwo kary spadną na ludzi do któregoś pokolenia. Tak samo mówi, że będzie błogosławił tym prawym do któregoś pokolenia. Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku, pomijając oczywiście pytanie, czy sprawiedliwość, w ramach której każe się kogoś za grzechy przodków rzeczywiście jest sprawiedliwością.
Poza tym jednak wydaje się, iż napotykamy tu kolejną aporię. Wszystko pozostaje klarowne, jeżeli tylko założymy, że w kolejnych pokoleniach ci grzeszni i ci uczciwi nie przeplatają się między sobą z odpowiednio dużą częstotliwością. A teraz wyobraźmy sobie sytuację, że mamy jakiegoś grzesznika, albo sprawiedliwego. Zgodnie z kodeksem powinien on mieć zagwarantowaną pomyślność, lub jej brak dla iluś następnych pokoleń. Załóżmy jednak, że dajmy na to w trzecim pokoleniu od tego grzesznika, czy sprawiedliwego pojawia się osoba o całkowicie przeciwstawnych cechach. Zgodnie z kodeksem ją i następne pokolenia powinno spotkać coś zupełnie przeciwnego, niż by wynikało z poczynań jego przodka. Cały ambaras w tym, że te dwie linie nakładają się. I co zrobić w takiej sytuacji? Oczywiście z całego dylematu można łatwo wybrnąć, mówiąc, że dana linia ma zagwarantowaną pomyślność, lub jej brak, o ile pozostanie wierna określonej postawie, ale takie sformułowanie musiałoby paść.
Cóż. Właśnie takie są logiczne następstwa rozciągania pojęcia sprawiedliwości poza ludzi, w stosunku do których powinno się ją w danym przypadku egzekwować.
Zbliżając się do końca tego bardzo pobieżnego komentarza, muszę jeszcze raz podkreślić zatopienie pięcioksięgu w kulturze, która go wydała. Na każdym kroku widać ujęcie sprawiedliwości rozumianej bardzo starożytnie i krwawo, choć oczywiście w kodeksie znajdują się także przykazania bardzo właściwe także z dzisiejszej perspektywy, na przykład przykazanie miłości bliźniego.
Obok niego mamy jednak do czynienia z patriarchatem, całkowitym uprzedmiotowieniem zwierząt, których krew leje się strumieniami, a także dość wyraźnym napiętnowaniem wszelkiej inności jako wady, czy niedoskonałości.
Mam tu na myśli między innymi niepełnosprawnych, którym nie wolno było, o ile dobrze pamiętam, składać własnoręcznie ofiar na ołtarzu Pana, ponieważ ciążyła na nich niedoskonałość. Kolejna rzecz, która z dzisiejszego punktu widzenia stawia
Pod znakiem zapytania starotestamentową sprawiedliwość, obok choćby skazywania na śmierć przez ukamienowanie innowierców, którzy nie daj Boże próbowaliby przekonać kogoś do swojej wiary.
Na zakończenie, czytając zwłaszcza księgę wyjścia, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Bóg w pewnym sensie bawi się swoją wszechmocą, nie mając na względzie ani dobra Egipcjan jako ludzi, ani nawet Izraelitów. Wydawało się, że jedynym jego celem było znalezienie pretekstu do pokazania swojej potęgi.
Jak bowiem inaczej wytłumaczyć jego działania, w których dręczył plagami Egipcjan, mimo, że jak przyznawał, sam czynił serce Faraona twardym i nieustępliwym, żeby nie wypuszczał Izraelitów z Egiptu.
Podsumowując, zdaję sobie sprawę, że powyższe uwagi są bardzo ogólnikowe i subiektywne. Chętnie też podyskutuję w komentarzach, a może nawet ktoś wyprowadzi mnie z błędu w jakiejś kwestii.
Ja ze swojej strony chcę tylko zaznaczyć, że oczywiście zdaję sobie sprawę z ryzykowności podejmowania się krytyki aksjologicznej danego tekstu z perspektywy innej kultury i realiów, niż te, w których powstał.
Zdaję sobie sprawę z przepaści światopoglądowej między starożytnością, a XXI wiekiem, dlatego nie krytykuję nawet tamtych ludzi za ich przekonania, a raczej system, którego antropocentryzm przyczynił się zdaniem wielu myślicieli do powstania niezbyt chwalebnych ruchów na przestrzeni historii, ale to całkiem odrębny temat.

Kategorie
Wyzwani czytelnicze 2020

6-11, czyli mitologicznie

Witajcie,
Dawno tu nic nie pisałem, ale to bynajmniej nie znaczy, że przestałem czytać. Wręcz przeciwnie. Po prostu ostatnio miałem dużo zajęć związanych z sesją i nie tylko, a poza tym wiadomo, przez chwilę blogi były zawieszone. Teraz jednak wracam do swojego wyzwania czytelniczego. Trochę książek mi się nazbierało, ale że Reprezentują one różne działy tematyczne, postanowiłem rozbić ich omówienie na parę wpisów. Dziś, jak wskazuje tytuł, mitologicznie. Przeczytałem ostatnio trochę książek o mitologiach, trzymając się mojego założenia, że chciałbym zapoznać się nieco bliżej z wierzeniami ludów starożytnych. Wśród zaliczonych przeze mnie pozycji znalazły się Mitologia nordycka Neila Gaimana, Mitologia starożytnej Italii Aleksandra Krawczuka, Z dawnych wierzeń indyjskich Eligiusza Kluby, Mitologia starożytnego Egiptu Jadwigi Lipińskiej i Marka Marciniaka, Drzewo: mity słowiańskie i inne opowieści Łukasza Wierzbickiego oraz Dar totemów: baśnie indiańskie Vladimira Hulpacha.
Zacznijmy zatem od początku listy. Zanim przejdę do samego opisu książek, chciałbym zaznaczyć, że można całą ich pulę podzielić na dwie części. Jedna część to opracowania naukowe dotyczące poszczególnych mitologii, druga zaś to dzieła stanowiące zbiór samych mitów i podań, choć oczywiście przedstawionych bardziej współczesnym językiem.
Do tej drugiej kategorii należą książki Neila Gaimana, Vladimira Hulpacha, oraz Łukasza Wierzbickiego. Cóż mogę powiedzieć o tych pozycjach.
Generalnie wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Jeśli chodzi o Gaimana, to podobał mi się bardzo styl tego autora. Po pierwsze we wstępie skraca on dystans między sobą, a czytelnikiem, zwracając się bezpośrednio do odbiorców, a następnie opisuje w paru zdaniach historię swojego zainteresowania tematem, które doprowadziło do powstania książki. Czyni to przy tym swobodnie, bez zbędnej oficjalności. Potem następuje główna część książki, gdzie Gaiman dokonuje wyboru mitów nordyckich, sygnalizując jednocześnie, że jest to właśnie tylko wybór tych, które on subiektywnie uznał za ważne i ciekawe. Tym, co mnie osobiście podobało się bardzo, była narracja samych mitów utrzymana w stylu opowiadań epickich. Opisywani Bogowie byli bohaterami historii przedstawionych na zasadzie opowieści fantasy, z użyciem podobnego języka i trzecioosobowego narratora. Sprawiało to w mojej ocenie, że łatwo było wczuć się w klimat przedstawianych wydarzeń bez konieczności marnowania energii na przebijanie się przez archaiczne sformułowania. Nietrudne wydawało się również utożsamienie się z bohaterami, którzy mieli ludzkie cechy pomimo swojej boskości.
Kolejna rzecz, którą oceniam tu na plus to zdecydowanie humor sytuacyjny, przejawiający się najczęściej w sposobie wypowiedzi narratora oraz oczywiście w dialogach między postaciami. Wszystkie te atuty samej książki podkreślał lektor, w tym przypadku Zbigniew Zamachowski, którego interpretacja zdała tu w stu procentach egzamin. Ostatecznie więc zdecydowanie polecam tę książkę. No dobrze. Przejdźmy teraz do kolejnych pozycji, a konkretniej do Drzewa: mitów słowiańskich i innych opowieści.
Tutaj nieco krócej. Podobnie, jak w przypadku mitologii nordyckiej, tak i tu narracja była utrzymana w klimacie opowieści, ale innego rodzaju. O ile u Gaimana mieliśmy do czynienia ze współczesnym językiem, o tyle tu język był stylizowany na staropolski, a wszystkie historie miały coś z Gawendy przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Momentami też zbliżały się do eposu, czy baśni w sposobie opisu na przykład wędrówek bohaterów.
Wszystko dawało efekt bardzo klimatyczny, tym bardziej, że zrobiono z tej książki słuchowisko.
Ostatnią pozycją, którą mogę zaliczyć do sfabularyzowanych, jest Dar totemów: baśnie indiańskie autorstwa Vladimira Hulpacha. Tu znowu inny typ narracji: nie Gawenda, nie typowa epicka opowieść fantasy, ale opowiastki w stylu bajek ludowych. Wrażenie bajkowości w przypadku tej książki powiększa fakt, że wiele z podań jest przedstawionych z perspektywy zwierząt. Taka kultura i takie wierzenia. Jeśli jednak ktoś nie lubi takiej bajkopodobnej narracji, nie polecam. Ogólnie jednak dzieło oceniam pozytywnie. Czyta się szybko i przyjemnie, na swój sposób klimatycznie, a to również za sprawą lektora, którym jest Krzysztof Banaszyk.
Z książki można dowiedzieć się, jak niektóre plemiona indiańskie tłumaczyły sobie niegdyś pojawienie się słońca i księżyca, zjawiska tęczy, czy przybycie ludzi na Ziemię.
Dobrym zabiegiem jest również opatrzenie tytułu każdego mitu informacją o tym, od jakiego plemienia mit pochodzi, na przykład Powstanie świata: Czirokezi.
Czas przejść do drugiej kategorii, czyli do opracowań naukowych.
W takiej formie napisane zostały przeczytane przeze mnie mitologia starożytnego Egiptu, Mitologia starożytnej Italii, a także Z dawnych wierzeń indyjskich.
Zdecydowanie najgorsze wrażenie wywarła na mnie Mitologia starożytnej Italii. Nie mówię, że ta pozycja w ogóle mi się nie spodobała. Pewne tematy, bóstwa, były opisane całkiem ciekawie, ale jak dla mnie zbyt dużo miejsca było poświęconego nie stricte bóstwom, a na wpół legendarnym herosom, takim jak Eneasz. Może by to było nawet ciekawe, ale nie wiem w sumie dlaczego mnie odrzuciło, morze kwestia sposobu opisu, może zbyt monotonnego lektora. Dużo miejsca zabiera też omówienie źródeł historycznych, które zachowały wiedzę o mitologii staro-italskiej. Nie mówię, że to zdecydowany mankament tej publikacji. Trochę też wynika z jej charakteru. Zdaję jednak sobie sprawę, że dla wielu odbiorców, zwłaszcza niezwiązanych akademicko z filologią, czy historią literatury, słuchanie o życiu Św. Augustyna, czy Wergiliusza i o tym, jak z ich dzieł można wyłuskać informacje na temat italskich wierzeń, okaże się zapewne nużące.
Idźmy dalej. Mitologia starożytnego Egiptu. Ta książka również jest sprawozdaniem historycznym, lecz oceniam ją łaskawiej, niż poprzednią pozycję. Jest napisana całkiem ciekawie, opisuje kształtowanie się wierzeń egipskich, istotę ich odrębności od folkloru europejskiego, czy szczegółowiej antycznego, prezentuje wiele konkretnych mitów egipskich wyjaśniających naturę i powstanie świata wraz z ich interpretacjami, a w końcu zdaje sprawę z różnorodności mitów w kolejnych okresach i rejonach Egiptu. Mankamentem jest znowu lektor, który czyta może nie całkiem bezpłciowo, ale też jak dla mnie zbyt statycznie. Ogólnie jednak książkę polecam, tym bardziej, że na jej końcu znajduje się wartościowy słowniczek zawierający wyjaśnienia używanych w publikacji pojęć.
No i na zakończenie, Z dawnych wierzeń indyjskich.
Tutaj nie napiszę wiele, ale tak, jak w przypadku dwóch poprzednich pozycji mój entuzjazm był ograniczony, tu mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że książka warta przeczytania. Znowu opracowanie naukowe, ale napisane bardzo interesująco. W sposób uporządkowany i ciekawy opisuje ewolucję hinduizmu i okoliczności tej ewolucji. Dowiemy się stąd najważniejszych rzeczy na temat świętych pism hindusów oraz tego, jak te pisma są interpretowane przez indologów, ale również hinduskich filozofów. Przeczytamy, jak w łonie hinduizmu narodził się buddyzm, czym przyciągnął ludzi i czemu zwłaszcza na początku swojego istnienia był uważany za herezję. Olbrzymim atutem było jak dla mnie holistyczne opisanie całego hinduizmu włącznie z jego bóstwami, najważniejszymi rytualnymi obrzędami, nakazami i zakazami, jak również filozoficznymi założeniami.
To lektura, którą z pewnością mogę rekomendować.
Trzeba też powiedzieć, że po raz kolejny dodatkowym atutem był lektor. Jakkolwiek był to bardziej lektor filmowy, niż aktor, a przynajmniej ja go tak kojarzę, w tym konkretnym przypadku przeczytał to dobrze, w każdym razie moim zdaniem
Tym sposobem zamknęliśmy przegląd przeczytanych przeze mnie w ostatnim czasie książek dotyczących mitologii. Na dniach spodziewajcie się nowych recenzji, a tym czasem zapraszam do komentowania i do następnego wpisu.