Kategorie
Moja twórczość

W moim małym świecie

Witajcie,
Przychodzę do Was dzisiaj z kolejnym, spontanicznie napisanym wierszem. Jest to tekst dość osobisty, ale mimo to stwierdziłem, że się nim podzielę.
Sama treść nie wymaga mojego komentarza.
Życzę zatem miłej lektury i jak zawsze zachęcam do komentowania.

W moim małym świecie

W moim małym świecie jest wiele mniejszych światów będących owocem fantazji rozkwitu.
Ruj ich nieprzebrany, a każdy jego twórca wydobył słowami z otchłani niebytu.
Wiatr słów owych porywa nieodparcie, gdy tylko szansę jemu dam przynajmniej drobną, a potem tkać zaczyna długą nić historii, co do żadnej innej, nie jest już podobną.
Prowadzi przez światów niezliczone mrowie pokrytych pustynią, oceanem, lasem, w pięknie swoim niemal namacalnych, choć będących poza przestrzenią i czasem.
Niekiedy lubię skryć się w którymś z tych światów, by rzeczywistością zbytnio się nie znużyć, lecz przecież nęcą także wszystkie inne światy i kuszą żeby w ich odmęty się zanurzyć.
Istnieje gdzieś obok kraina pięknych wspomnień, gdzie głosy tych, co odeszli rozbrzmiewają żywe, jak płyta nagrana przez tych mi najdroższych, wciąż przywołująca momenty szczęśliwe.
Są przyjaźnie dawne, miejsca, sentymenty utrwalone tutaj przed wieloma laty i bryza niosąca zapach słonych fal, gdy zamki budowałem na plażach Juraty.
Jest świat oczekiwań, pasji, aspiracji, co spojrzenie kieruje w stronę nauk bezmiaru. Obiecuje pozycję i ciekawe życie, jeśli tylko na to starczy mi zapału.
Wreszcie świat relacji, ukoronowanie, nieodmiennie siłę wielką mi dające, co rozświetla wszystko i nadaje barwy, niby wielkie nigdy niegasnące słońce.
To są moje światy w swym całym bogactwie, cząstki elementarne mej rzeczywistości.
A wszystkie one łączy samosięprzędąca, wijąca się wytrwale nić teraźniejszości.
I jest jeszcze jedno miejsce w moim świecie, subtelne, lecz zarazem wyraźne marzenie.
Jak część układanki jeszcze nie gotowej, co czeka uparcie na swe dopełnienie.
Chciałbym by świat mój tak różnorodny, zetknął się z innym, co go ubogaci, by mogły się przenikać, jednakże nie tracąc, indywidualnej, odrębnej postaci.
Chciałbym dzielić stan ten z kimś wyjątkowym, z kim moglibyśmy kroczyć, spełniać swoje sny. Czuję, że dojrzałem do tego, by spróbować i chciałbym, byś tym kimś była właśnie ty.

Kategorie
Moja twórczość

Szlak

Witajcie,
Przychodzę do Was dzisiaj z kolejnym wierszem. Z jego napisaniem nosiłem się już od dawna, a kiedy wreszcie zacząłem go pisać, robiłem to z różnych względów etapami, co też wydłużyło proces.
Bez przedłużania, wklejam mój najnowszy twór. Ciekaw jestem, ile osób wpadnie na to, jak tym razem pobawiłem się konwencją.

Szlak

Stanąłem kiedyś pośród dróg, wśród
kropel rosy lśnienia, a widział to wiatr szepczący w ciemności i gwiazdy ze swego sklepienia.
Spojrzałem w górę, choć nie dostrzegłem wśród mgieł szafiru błękitu. Ruszyłem w drogę, z której się nie wraca, podróż wędrowca do świtu.
Kroczyłem tak przez łąki i lasy, płynąłem po morza najdalszy brzeg, lecz w żagle me dmuchał inny wiatr. Ponaglał, bym dalej szedł.

Czasami błądziłem, jak mały Książe, co w świecie dla niego zbyt dużym, próbował odnaleźć własną oazę, a w sercu niósł imię róży.
Niekiedy strudzony wracałem myślami do swego miejsca początku, by potem znów podjąć moją wędrówkę, nie zawsze za głosem rozsądku.
Nierzadko w podróżach mych spotykałem jakiś nieznany ląd, tajemniczą wyspę, może wyspę skarbów, będącą nieraz parę kroków stąd.
Odkryłem tam nieraz blask fantastyczny, relacji świat zaginiony i dzięki wsparciu mojej drużyny, byłem niezwyciężony.
I idę, tańcząc prywatne tango na deskach własnego teatru. Przede mną hen horyzont lśni, a drogę mą znaczy cień wiatru.
Zapewne minę niejeden most płonący. Nie jeden też się zawali. Lecz przecież nie wszystko pochłonie ogień, ni zimno śniegu i stali.
I choć oddalam się z
każdym krokiem od źródła pierwotnego, po kraniec świata coś stale mnie pcha i sam już nie wiem, dlaczego.
I trwa tak wciąż ta odyseja po brzegi, o których nikt nie śnił. Mijają dni, a świat wyśpiewuje odwieczne ognia i lodu pieśni.
Pejzaż dokoła zmienia się co rusz, od czarnych skał po kraje zielone, wyspy szczęśliwe rodem z opowieści, co na myśl przywodzą raje utracone.
Pod chłodną osłoną doliny księżycowej, wdycham wonności jałowców i głogów. Wsłuchany w trel ptasi, zadaję pytanie, czy moim udziałem jest samotność bogów.
A może gdzieś tam, za zakrętem drogi, stoi już ona, dziewczyna spoza szlaku, co kiedyś wyruszyła, podobnie, jak i ja i własne doświadczenia niesie w swym plecaku.
I razem pójdziemy w pustynię i puszczę, gdzie słowo las zawsze świat znaczy, snuć opowieści nić niedokończonych, o tym czego przecież sam bym nie zobaczył.
A może całkiem inną drogę do przebycia wyznaczył mi już dawno mój miecz przeznaczenia. Ja jednak chcę wierzyć, że sam ją kształtuję, choć czasem wymaga to trochę poświęcenia. Ściskam mocno w garści bezcenny pierwszy klucz, którym wrota marzeń otworzyć potrafię, zmienić swą opowieść w pasmo pięknych chwil, co czas zatrzymują, niczym w starej szafie.
Gdy nadejdzie wieczór, usiądę przy ogniu, odpocznę, wszak kroków zrobiłem już wiele. I promień nadziei stale mi przyświeca, że ciepłem ogniska z kimś wtedy się podzielę.

Kategorie
z życia

A może tak zapytać, czyli jeszcze raz o tym, że niewidomi też znają ludzką mowę i posiadają swoją godność.

Witajcie,
Dziś przychodzę do was, aby podzielić się kolejną sytuacją, która obiektywnie rzecz ujmując, nie powinna mieć miejsca.
Rzecz zdarzyła się w autobusie, kiedy w ostatni wtorek wracałem z dwugodzinnych warsztatów w Centrum Integracja. Współczujecie im, że musieli ze mną wytrzymać aż dwie godziny z okładem? Słusznie. Ja również, ale wróćmy do meritum.
Siedzę sobie grzecznie na swoim miejscu w trajtku, zmierzając w kierunku Dąbrowy, a że za kilka przystanków miałem wysiadać, doszedłem do wniosku, iż najwyższy czas przywdziać kamizelkę odblaskową. Wiecie, jak człowiek ślepy i może nie zauważyć samochodu przechodząc przez ulicę, lepiej, żeby przynajmniej osoba kierująca pojazdem widziała wyraźnie.
Przystępuję więc do zakładania kamizelki i nagle czuję, że ktoś, trudno nawet powiedzieć, czy kobieta, czy mężczyzna, bo się nie odezwał, pomaga mi ją założyć, wyciągając rękę ponad oparciem mojego siedzenia.
Zapewne niewidome czytelniczki i czytelnicy mojego bloga już wiedzą, dlaczego mi się to nie spodobało, ale jeszcze to wypunktuję, bo wpis ma mieć również charakter edukacyjny.
Nie neguję, że ta osoba, która postanowiła wesprzeć mnie w karkołomnym zadaniu założenia kamizelki, miała najprawdopodobniej dobre intencje. Powinna jednak zabrać się do tego całkiem inaczej.
Przede wszystkim, jeśli ktoś znajdzie się w podobnej sytuacji, powinien zapytać, czy pomoc jest potrzebna i poczekać na informację zwrotną. Naprawdę. Osoby niewidome posługują się ludzką mową czynnie i biernie i raczej nie gryzą.
Jeśli jednak pomocy udzielamy osobie, która nawet może jej nie potrzebować, naruszamy etykietę i w skrajnych przypadkach możemy pogorszyć sytuację, zamiast ją poprawić.
Odwołując się do opisywanego człowieka w autobusie, w moim odczuciu nieświadomie postąpił on niewłaściwie z trzech powodów.
Po pierwsze naruszył on moją przestrzeń osobistą bez mojego przyzwolenia. Jest to ten sam mechanizm, co w przypadku chwytania za laskę osoby niewidomej, prowadzenia jej gdzieś bez pytania, czy dotykania wózka osoby z niepełnosprawnością ruchową.
Nie mówię oczywiście, że absolutnie nigdy takich rzeczy się nie robi, ale powinno to być poprzedzone komunikatem głosowym i przyzwoleniem ze strony osoby z niepełnosprawnością.
Po drugie, jeśli dotykamy niewidomego bez ostrzeżenia, możemy po prostu go przestraszyć, ponieważ nie widzi on przysłowiowej ręki zbliżającej się do jego ramienia.
Wreszcie po trzecie, wydaje mi się, że osobie sprawnej raczej nie poprawialibyśmy kamizelki, wystającej ze spodni koszuli, czy co tam sobie podstawicie, a w każdym razie zdarza się to znacznie rzadziej. To tak samo, jak w restauracji, gdzie istnieje zasadnicza różnica pomiędzy zwróceniem komuś uwagi, że jest brudny na twarzy, a samodzielnym wytarciem mu tej twarzy chusteczką, najlepiej z zaskoczenia.
Jeśli nie robimy takich rzeczy w przypadku osób pełnosprawnych, nie róbmy też tego w odniesieniu do osób z niepełnosprawnością, bo inaczej zakładamy, że istnieje jakaś kategoryzacja i różnica pod względem poczucia godności jednych i drugich.
Jak mówię, nie jest tak, że w ogóle nie jestem tolerancyjny i nie biorę pod uwagę popełniania błędów z niewiedzy, a nie ze złej woli.
Gdyby tak było, pewnie w podobnych sytuacjach nie odpowiadałbym stanowczo dziękuję, poradzę sobie, a za to nie mniej stanowczo, proszę nie naruszać mojej przestrzeni osobistej, lub zwyczajnie łapy przy sobie.
Jest to jednak dla mnie dalej niekomfortowe i frustrujące.
Reasumując, jaki jest złoty środek, aby nie pozostać obojętnym/ obojętną, a jednak nie naruszać cudzej prywatności?
Zawsze pytajcie czy i jak pomóc, a tam, gdzie macie wątpliwości, po prostu postępujcie tak, jak w standardowej sytuacji komunikacyjnej z osobami pełnosprawnymi.
Z tą refleksją zostawiam Was i do następnego wpisu.

Kategorie
Okolicznościowo

Coś się kończy, coś się zaczyna, czyli podsumowanie roku 2021

Witajcie,
Skończył nam się kolejny rok, a co za tym idzie, przyszedł czas na tradycyjne już jego podsumowanie.
Kiedy myślę sobie o tym, co przez ostatnie 12 miesięcy mi wyszło, a co z różnych względów musiałem odłożyć na później, dochodzę do wniosku, że jednak 2021 był dla mnie łaskawszy, niż 2020.
Dzieląc się z Wami moim zeszłorocznym podsumowaniem, zacząłem od użalania się na wyjazdy, które się nie odbyły i podzieliłem się wynikającym z tego rozczarowaniem, pisząc, jak ważne są dla mnie takie wydarzenia.
Miniony już 2021 rok był pod tym względem znacznie bardziej pomyślny, mimo szalejącej pandemii, ale nie uprzedzajmy faktów.
Rzeczą, o której chciałbym nadmienić w pierwszej kolejności, ponieważ naturalnie posiada ona znaczenie przełomowe dla mojej dalszej kariery, jest obrona pracy magisterskiej.
Tak. Mimo zdalnego nauczania za pośrednictwem Teamsa, chwil zwątpienia wynikających z okresowej niesystematyczności w pisaniu, dopinania pewnych formalności za pięć dwunasta, co nie było łatwe ani dla mnie, ani dla mojego promotora, a wreszcie pojawiających się niekiedy wątpliwości dotyczących samego układu i treści magisterium, obroniłem się w pierwszym terminie, dokładnie 16 lipca.
Zwłaszcza na początku momentami nie docierało do mnie, że już to zrobiłem i uzyskałem tytuł, tym bardziej, że byłem jedyną osobą na roku, która zdecydowała się na pierwszy, lipcowy termin.
Cały drugi i ostatni rozdział powstawał w pewnym napięciu spowodowanym presją czasu, jednak finalnie odczułem silną satysfakcję, że nie musiałem bronić się we wrześniu.
Jak przypuszczam, na ostatniej prostej zmobilizowała mnie chęć spędzenia w spokoju zbliżających się wakacji i przeznaczenia ich na stuprocentowy wypoczynek, moja tendencja do perfekcji oraz poczucie zadaniowości, a w końcu wsparcie ze strony mojej rodziny i najbliższych przyjaciół i przyjaciółek.
Świadomość, że wierzą w moje możliwości, w to, że praca nie tylko zostanie napisana w terminie, ale również będzie bardzo dobra, pomagała mi we wspomnianych chwilach zwątpienia.
Dziękuję za to.
Skoro już powiedziałem o magisterce, mogę przejść płynnie do kolejnego mojego działania podjętego w ubiegłym roku.
Skoro wszak studia skończone, pojawia się naturalnie pytanie, co dalej?
Ci z Was, którzy znają mnie troszkę lepiej, na pewno pamiętają, że planowałem karierę akademicką, ale też, że zadecydowałem o niepodejmowaniu jej od razu. Najważniejszym powodem takiej decyzji jest chęć zdystansowania się na jakiś czas od uniwersytetu, ale bynajmniej nie od nauki.
Uznałem, iż dobrze pozwolić sobie na chwilę oddechu od struktur uczelnianych, popracować w innych miejscach, poznać nowe realia, ewentualnie na spokojnie przemyśleć projekt badawczy na doktorat, a dopiero potem zdecydować ostatecznie o swojej przyszłości, mając realne porównanie.
W związku z tym wszystkim, w październiku 2021 zapisałem się do projektu aktywizacji zawodowej osób z niepełnosprawnościami w gdyńskim oddziale centrum integracja.
Bardzo mi się ten projekt spodobał, ponieważ założeniem jego jest pomoc w znalezieniu przez osoby z niepełnosprawnościami zatrudnienia zgodnego z ich kompetencjami i preferencjami.
Zasygnalizowałem jasno, że do pracy nie idę z konieczności, ale z potrzeby samorozwoju, w związku z czym nie zadowolę się pierwszym lepszym stanowiskiem.
Chciałbym spróbować swoich sił w obszarach, w których już mam pewne doświadczenie, czyli w edukacji, albo w obszarze dostępności. Pewnie to drugie jest nawet na dłuższą metę z różnych względów bardziej realne. W każdym razie póki co moja pośredniczka pracy w projekcie robi rozeznanie, czy na przykład jakaś uczelnia nie potrzebuje koordynatora dostępności i nawet jedną taką uczelnię znalazła. To Uniwersytet SWPS w Sopocie, poszukujący koordynatora do spraw osób z niepełnosprawnościami.
Ponieważ wymagania zawarte w ogłoszeniu spełniam, aplikowałem na stronie z ofertą, a obecnie czekam na jakąś odpowiedź. Jedna z alternatyw to natomiast podjęcie stażu w mojej szkole podstawowej, co również z różnych przyczyn jest atrakcyjne.
Skoro już jesteśmy przy pracy nad dostępnością, warto dodać, że w tym temacie spotkało mnie jeszcze jedno wyróżnienie.
W zeszłym roku, przy Muzeum Emigracji W Gdyni powstał społeczny zespół do spraw dostępności.
Jednostka ta ma charakter doradczy i przez swoje sugestie posiada realny wpływ na to, jak muzeum udostępnia się dla osób ze szczególnymi potrzebami. W skład tej grupy wchodzą ludzie reprezentujący różne organizacje działające na rzecz dostępności, a także, co najistotniejsze, osoby z niepełnosprawnościami.
Osobiście cieszę się, że mogę wspierać muzeum swoimi radami w sposób bardziej, że tak to ujmę, stały. Do tej pory doradzałem tam tylko dorywczo, wtedy, kiedy wprowadzano jakiś nowy element i należało go przetestować.
Dodatkowo fakt, że znalazłem się wśród dwunastu osób tworzących zespół, stanowi dla mnie duże źródło satysfakcji, tym bardziej, że pozostali członkowie zespołu to z reguły ludzie o długoletnim doświadczeniu w działaniach dostępnościowych, nierzadko na ważnych stanowiskach.
No dobrze.
Odpocznijmy teraz trochę od rozważań nad moimi wolontariatami i przyszłą karierą zawodową, a za to powiedzmy coś o zeszłorocznych wyjazdach, czyli aktywnościach, które tygryski lubią najbardziej.
Tu nie można nie wspomnieć o poznaniu.
Pamiętacie, jak ponad rok temu, pisząc podsumowanie 2020, mówiłem Wam, że chciałbym się tam wybrać i jest mi przykro, bo pandemia pokrzyżowała te plany?
W minionym roku udało mi się je zrealizować nawet z nawiązką, bo Poznań odwiedziłem aż trzy razy.
Każdy z tych trzech pobytów był nieco inny, a wszystkie razem wspaniale się uzupełniły, pozwalając mi na zwiedzenie większości flagowych miejsc w tym mieście.
Na pierwszym wyjeździe byłem z moją przyjaciółką i był to cudowny czas. Te trzy dni zapamiętam przede wszystkim jako jedną z pierwszych okazji ku temu, aby poczuć, co to znaczy czysto rekreacyjny wyjazd z kimś, z kim ma się bardzo miłą relację, przyjemnie spędza się czas, a tematy do rozmów nigdy się nie kończą.
Czegoś takiego zawsze mi brakowało.
Dziękuję Ci za to, Janko, za włóczenie się po kawiarenkach, parkach i muzeach, za deskrypcje w muzeum instrumentów, uzupełnione Twoją wiedzą wyniesioną ze szkoły muzycznej i za wspólne odkrycie, dlaczego wszystkim nieszczęściom od czasu paleolitu winne są renifery. 😀
Drugi raz Poznań odwiedziłem, w ramach polsko-ukraińskiej wymiany młodzieżowej z fundacją Ari Ari. Razem z naszymi wschodnimi partnerami odwiedzaliśmy muzea takie jak: galeria Arsenał, Muzeum Narodowe, Muzeum Brama Poznania, aż wreszcie, choć to rzecz jasna nie muzeum, ogród zoologiczny. W każdym z tych miejsc zaliczyliśmy zwiedzanie z audiodeskrypcją, a także elementami umożliwiającymi wykorzystanie innych zmysłów, głównie dotyku.
Tam, gdzie tylko było to osiągalne, w tym ze względu na obostrzenia pandemiczne, dotykaliśmy makiet i innych pomocy dydaktycznych, bo o czym jeszcze nie powiedziałem, wymiana była skierowana konkretnie do osób z niepełnosprawnością wzroku.
W tym miejscu dziękuję za profesjonalne i wykonane z ogromną pasją audiodeskrypcje P. Remigiuszowi. Jeśli dobrze pójdzie, może nawet to przeczyta.
Trzeci raz w Poznaniu byłem również czysto towarzysko, ale tym razem z grupą zapoznaną właśnie podczas naszej polsko-ukraińskiej wymiany.
Tak dobrze się ze sobą poczuliśmy, że postanowiliśmy robić sobie regularne wyjazdy, nazwane, oczywiście całkowicie przypadkowo, miesięcznicami.
Każda miesięcznica ma według planu odbywać się w innym mieście i pierwsza wypadła właśnie na Poznań. Długo nie zapomnę naszych integracyjnych wieczorów, pokazu w muzeum rogala, czy wreszcie Niewidzialnej Ulicy, stanowiącej wariację warszawskiej Niewidzialnej Wystawy.
Może warto jeszcze wspomnieć, że nasza miesięcznicowa grupa poznała się na Ukrainie, przy okazji drugiej części wymiany opisywanej powyżej.
Być może na samą Ukrainę powinienem poświęcić osobny wpis, choć chyba jestem na to zbyt leniwy.
Tu napiszę, że pobyt tam był dla mnie okazją, do zetknięcia się z inną rzeczywistością, rzeczywistością socjalistyczną, której nie mam prawa pamiętać z Polski. Piętno socjalizmu widać chociażby w dostępności, która mimo pewnych przemian świadomościowych, wciąż zdecydowanie nie jest na takim poziomie, jak u nas. Bardzo wysokie krawężniki, niedostatecznie rozpowszechnione punkty uwagi, duże ilości schodów i wąskie przejścia będące zapewne poważną barierą dla osób na wózkach, są tam na porządku dziennym, choć mogę się wypowiadać jedynie o Kijowie i Charkowie.
Uderzyły mnie również kontrasty, jak na przykład brak połowy kranów w toalecie w budynku na tyle nowym, że zaistniały tam prowadnice.
Z drugiej strony muszę przyznać, że pewne rozwiązania przyjęte na Ukrainie wydają mi się lepsze, niż w Polsce. Ze względu na profil wymiany w Charkowie zwiedzaliśmy szkoły dla osób niewidomych i słabo-widzących i trzeba powiedzieć, że wyposażenie tych szkół w pomoce dydaktyczne, globusy dotykowe, wypukłe mapy, czy trójwymiarowe modele jest z pewnością nie gorsze, niż w naszych ośrodkach.
To, co wydawało mi się nawet lepiej pomyślane, to choćby uczenie niewidome dzieci informatyki. Gdy zobaczyłem, że na Ukrainie uczniowie uczą się na przykład programowania pozwalającego na składanie ruszających się robotów z klocków lego, stwierdziłem, że chciałbym, żeby u nas też takie praktyki były standardem.
Rzeczą, którą na pewno zapamiętam z wyjazdu na Ukrainę, jest ogromna gościnność. We wszystkich miejscach, które odwiedzaliśmy, byliśmy bardzo zaopiekowani, a atmosfera była ciepła i bezpośrednia. Przy zwiedzaniu miasta często towarzyszył nam przewodnik, jedna z odwiedzonych przez nas szkół udostępniła nam na czas pobytu busa, a uczniowie zarówno jednej, jak i drugiej szkoły przygotowali dla nas koncerty, które naprawdę poruszały kunsztem i bogactwem instrumentów.
Rok 2021 to również rok nowych znajomości, a to, jakże by inaczej, dzięki różnym projektom. W sierpniu, o czym jeszcze nie powiedziałem, byłem na dwóch wyjazdach, a właściwie szkoleniach, bo wyjazd był jeden. Zostały one zorganizowane przez Fundację Instytut Rozwoju Regionalnego. Pierwsze szkolenie było rzeczywiście szkoleniem i tyczyło się umiejętności miękkich, w tym konstruowania wystąpień publicznych i emisji głosu.
Drugie miało charakter bardziej sprawnościowy i opierało się na ćwiczeniach fizycznych.
Podczas obu tych szkoleń zetknąłem się z wieloma ludźmi reprezentującymi naprawdę różne postawy, od bardzo pomocnych, empatycznych i zmotywowanych, aby przy okazji wyjazdu zyskać jak najwięcej i podnieść kwalifikacje, po takich, których jedyną motywację stanowiła chęć zapewnienia sobie darmowego wiktu i opierunku. Patrząc na tą drugą grupę, naprawdę przestawałem się momentami dziwić, czemu w niektórych środowiskach osoby z niepełnosprawnościami są uważane za w cudzysłowie „pasożyty”, względnie za ludzi niezdolnych do samodzielnej egzystencji w najszerszym możliwym znaczeniu i ze wszystkimi tego konsekwencjami wizerunkowymi.
Zacząłem również jeszcze bardziej doceniać cudowną atmosferę równości panującą w mojej organizacji Centrum Współpracy Młodzieży. Niestety w odniesieniu do poszczególnych osób spotkanych podczas wyjazdów z innymi organizacjami, zauważyłem, że są one mocno przywiązane do podziału uczestników projektów na tak-zwanych asystentów i tych, którzy z asysty korzystają. I nie zrozumcie mnie tu źle. Jasne, że formalnie taki podział musi obowiązywać z uwagi na pewną ogólną organizację, ale kiedy podział ten zaczyna przenosić się bezpośrednio na relacje, kwestię wzajemności, ostentacyjnego wysługiwania się innymi i podkreślania, że, używam tego słowa nie przypadkowo, „ciężar opieki nad osobami o ograniczonej mobilności” spoczywa tylko na wybranych, jest to w mojej ocenie ze szkodą dla tych relacji, a także poczucia godności konkretnych jednostek.
Skoro powiedziałem już, jak moim zdaniem powinna wyglądać równa relacja, wydaje mi się to dobry pretekst, żeby wspomnieć o następnym ważnym elemencie mojej zeszłorocznej aktywności, czyli kolejnej edycji projektu Wolontariusz Osoby z Niepełnosprawnością. Jak każdego roku, tak i w minionym 2021, stał się on okazją do poznania nowych, inspirujących ludzi. Od paru miesięcy mam w tym projekcie formalnie nową wolontariuszkę, Karolinę. Mówię formalnie, ponieważ w praktyce naszej relacji nie powinno nazywać się wolontariatem.
Myślę, że bardzo miło spędza nam się czas. Mamy dużo wspólnych tematów, w tym literaturę fantastyczną oraz gry RPG, udało nam się wreszcie odwiedzić Toruń, do którego przymierzałem się już od dawna. Zwiedziliśmy Muzeum piernika, sztuki dalekiego wschodu, a na koniec naszej jednodniowej toruńskiej przygody trafiliśmy na spektakl w ruinach zamku krzyżackiego.
Dziękuję również za tą wycieczkę, także za tą dawkę śmiechu, której dostarczyło nam układanie alternatywnej fabuły filmu O jeden most za daleko. Wtajemniczeni wiedzą, w czym rzecz. 😀
Nie mogę też pominąć dwóch fantastycznych spotkań, urodzinowego i sylwestrowego, na które Karolina ostatnio mnie zaprosiła.
Była to okazja do dobrej zabawy, poznania kolejnych życzliwych osób i ponownego zapomnienia o swoich ograniczeniach, oczywiście w pozytywnym sensie.
Dziękuję.
I tak oto dobrnęliśmy do końca podsumowania.
Oczywiście jest jeszcze wiele rzeczy, których nie rozwinąłem ze względu na brak miejsca, a o których tylko wspominam. Są to na przykład nowe wyzwania związane z podjęciem działalności w nieformalnej grupie ekologicznej Zielone Ogniwo. Mam nadzieję, że działania z tą grupą przyczynią się do poszerzenia mojej perspektywy i kontaktów, co zresztą już ma miejsce, a można dodać, że jest to też grupa mocno stawiająca na dostępność i to, żeby każdy i każda czuł się w niej komfortowo.
Innym bardzo przyjemnym akcentem jest powstanie małej grupki Online, obejmującej oprócz mnie jeszcze cztery osoby poznane w CWM. Podczas spotkań rozmawiamy o wszystkim i o niczym, co jest bardzo miłe, a było jeszcze bardziej potrzebne, kiedy różne okołopandemiczne sytuacje uniemożliwiały nam bezpośredni kontakt.
Dziękuję nasza herbatkowa grupo. Jesteście cudownym źródłem inspiracji i energii, która zawsze wywołuje u mnie uśmiech.
Na zakończenie zastanawiam się, czego mógłbym Wam życzyć na cały rok 2022.
Wszystkim, którzy i które to przeczytają, życzę w pierwszej kolejności tego, aby ten rok spełnił Wasze oczekiwania, jakie by one nie były.
Uśmiechajcie się do siebie szczerze i bezinteresownie, wchodźcie w rzeczywisty dialog z tymi, którzy was otaczają, pamiętając, że jego niezbywalnym warunkiem jest brak uprzedzeń, o czym intelektualiści przypominają w różnej formie już od starożytności. Wchodźcie też w szczery dialog z samymi sobą, poszukując tego, co najpełniej was określa, bo tylko wtedy możemy być szczęśliwi i przekazywać to szczęście innym.
Na koniec życzę Wam, abyście na swojej drodze spotkali także takich otwartych ludzi, jakich mi udało się spotkać.
Dziękuję wszystkim, którzy byli blisko przez cały ostatni rok. Jesteście wspaniali.
Szczęśliwego Roku 2022!

Kategorie
Moja twórczość

Na górskim szlaku – wiersz powstały okolicznościowo

Witajcie,
Bardzo dawno nie miałem impulsu, żeby napisać coś wierszopodobnego.
Ostatni taki utwór powstał chyba w zeszłym roku ósmego marca i nosił tytuł Bliskość. Dziś przychodzę do Was z nowym tekstem. Napisałem go okolicznościowo z okazji dnia mamy. Była to część mojego prezentu dla niej. Osobiście niewiele mam wspólnego z klimatami górskimi, ale chcąc nie chcąc trochę o temat się ocieram, bo moja mama jest górami zafascynowana. Wprawdzie sama alpinizmu nie uprawia, ale wiele na ten temat czyta. Spróbowałem więc swoich sił w liryce górskiej. Efekt poniżej. Zachęcam do lektury i komentowania.
Na górskim szlaku

Dumne, wyniosłe, jak wierze groteskowe, piętrzą się pod niebo ośnieżone góry, będąc dla wielu marzeniem niedościgłym, niewzruszony pomnik potęgi natury. I kuszą nieprzystępne, jak piękna kochanka, co choć w snach widziana, wciąż jest tajemnicą,. Mimo to wszak wabi nieustannie: wizją spełnienia, uniesień obietnicą. Wreszcie wyruszasz, stawiasz pierwsze kroki, nęcony przekroczeniem granicy możliwości. Idziesz, choć droga na szczyty wyboista, a na dnie twego serca, wciąż są wątpliwości. Wiesz, że aby móc sięgnąć po koronę, trzeba czegoś więcej, niż trochę poświęcenia. Na dole zostawiasz tych sobie najbliższych, nie wiedząc, czy już masz rzec im dowidzenia. I wspinasz się, wspinasz na przekór grawitacji, nie zwracając uwagi na zbytnią ceny kwestię. Podążasz wytrwale za wskazaniem serca, bo prawdziwa pasja nie pyta o sugestie. Nie każdy to zrozumie. Masz tego świadomość, lecz kto chce być blisko, musi to szanować. Za plecami zostawiasz gorycz tych wszystkich, co zdobyć swego szczytu nie chcieli spróbować. Współczucie, tym ich darzysz, skoro swoje pasje, nie mając wiary w siebie, w zarodku pogrzebali, a teraz komentują, nie wiedząc co to znaczy, wznosić się na grzbiecie własnych pasji fali. Tutaj jesteś wolny, tu spotykasz siebie, postępując po śladzie tajemnego zewu. Kontemplujesz wsłuchany w świst wiatru wśród grani, co brzmi na kształt tonów nieziemskiego śpiewu. Śpiew ten przywodzi ci wspomnienia o tych, co pod pierzyną śniegu kres swój tu zastali, lecz przynajmniej odeszli tak, jak chciałby każdy, zajmując się do końca tym, co pokochali. Zdajesz sobie sprawę, że też możesz tu zostać, spadając niebacznie w przepaść zdradliwą, jednak wolisz ryzyko nad szarą egzystencję, choć całkiem bezpieczną, to wszak nieszczęśliwą.
Tak już jest, że miłość, a wraz z nią i pasja, chodzą często wspólną zawikłaną drogą. Chociaż często obie są nieracjonalne, ludzie bez nich w szczęściu wyżyć nie mogą.

Kategorie
z życia

Kolejne ogłoszenie – druga część wywiadu

Witajcie,
Dzisiaj krótko, na temat i zgodnie z tytułem wpisu. Dzisiejszego wieczoru, w radiu Eska trójmiasto, jak ostatnio po godzinie 21:30 poleci druga część mojego wywiadu. Tym razem będę mówił o książce i przebiegu mojej edukacji. Chętnych serdecznie zapraszam do słuchania.
Trzymajcie się i do następnego wpisu.

Kategorie
Przeróbki audio

Ballada lilie – wersja alternatywna

Kategorie
Przeróbki audio

Ballada lilie nieco inaczej – zapowiedź

Witajcie,
Ostatnio Jamajka pytała przy okazji Q and A, czy będą jakieś następne przeróbki audio. W związku z tym postanowiłem spontanicznie podzielić się z Wami tworem, który pojawi się za chwilę w kolejnym wpisie. A dlaczego mówię o spontaniczności? Już tłumaczę. Otóż nie dalej, jak przedwczoraj, urodziny miała jedna moja koleżanka. Trzeba Wam wiedzieć, że koleżanka ta boi się pająków. Lęk ten był swego czasu dla nas, to znaczy, pewnego grona jej znajomych pretekstem do różnych żartów, z których śmiała się nawet sama zainteresowana, oswajając swój strach. Pamiętam, że Dawid ułożył kiedyś dla niej odę do pająków, bazującą na odzie do radości, a ja w mniej więcej tym samym czasie ułożyłem właśnie przeróbkę ballady lilię, nieco skróconą i unowocześnioną w stosunku do oryginału. Niedawno stwierdziłem, że odgrzebię ten tekst i w ramach prezentu przypomnę go Darii w formie wzbogaconej o efekty dźwiękowe. Rezultat w następnym wpisie. Jak zwykle stwierdziłem po fakcie, że głośność poszczególnych dźwięków powinna być nieco lepiej wyregulowana, ale dramatu chyba nie ma. Wszystko raczej da się zrozumieć. Życzę miłego odsłuchu i mam nadzieję, że również ta przeróbka wywoła u kogoś uśmiech.

Kategorie
z życia

Ogłoszenie

Hej hej,
Dzisiaj bardzo krótki wpis. Pisałem Wam ostatnio trochę o najnowszych losach mojej książki, Promienia nadziei. Nie napisałem Wam jednak, bo szczerze zapomniałem, że w związku z Promieniem udzielałem również wywiadu dla radia Eska. Mówiłem nie tylko o powieści, ale także trochę o mojej edukacji i dostępności przestrzeni. Dzisiaj, w Esce Trójmiasto o godzinie 21:30 w audycji Magazyn reporterów, zostanie wyemitowana pierwsza część wywiadu.
Gdyby ktoś chciał posłuchać, zapraszam. Będę również informował o kolejnej odsłonie, ponieważ materiał został rozbity ze względu na rozmiary. To chyba tyle z ogłoszeń parafialnych duszpasterskich drobnych, jak to mawiała jedna moja nauczycielka.
Trzymajcie się i do następnego wpisu.

Kategorie
z życia

O biegówkach, rejestratorach i niewidzialnych przyjaciołach. Nie. To nie tak. Jeszcze nie zwariowałem

Witajcie,
Niedawno obiecałem Wam, że odświeżę kategorię poświęconą mojemu życiu codziennemu. Wypada więc się z tego wywiązać, a okoliczność, że teraz powinienem pisać którąś z czterech rzeczy na uczelnię, tudzież przygotowywać którąś z trzech prezentacji ustnych, tylko ułatwiła mi podjęcie decyzji. Nie ma przecież lepszej motywacji, niż wola znalezienia pretekstu, żeby nie robić czegoś, co w sumie zrobić się powinno, ale nie bardzo się chce. Przechodząc do głównej części wpisu, powiedziałem Wam, że trochę się ostatnio u mnie działo. Żeby to opisać, trzeba cofnąć się do lutego, konkretnie do szesnastego dnia tego miesiąca. Tego dnia rozpoczął się pierwszy z dwóch wyjazdów, które mimo pandemicznych realiów udało mi się odbyć w ostatnim czasie. Generalnie wycieczka ta wynikła dość spontanicznie. Napisał do mnie człowiek z fundacji Ari Ari, w której projektach online uczestniczyłem w zeszłym roku. Zapytał, czy przypadkiem nie byłbym zainteresowany wyjazdem w Beskid niski, oczywiście w małej kilkuosobowej grupce. Mieliśmy pojechać do Zawadki Rymanowskiej i spędzić cztery dni w jednej z tamtejszych agroturystyk. O co dokładnie chodziło. Z fundacją skontaktował się reżyser filmów dokumentalnych, który kręcił dokument o rodzinie prowadzącej tamto gospodarstwo. Do ujęć potrzebował ludzi, którzy byliby po prostu gośćmi agroturystyki. Dostaliśmy więc jako uczestnicy propozycję, żeby pojechać tam i zgodzić się na wykorzystanie naszego wizerunku. W zamian mieliśmy opłacony cały pobyt plus możliwość skorzystania ze wszystkich dostępnych w agroturystyce atrakcji. Dodatkowo, co osobiście uważam za fajny akcent, mogłem też zabrać osobę towarzyszącą w charakterze przewodnika, która jechała normalnie na prawach uczestnika. Pojechałem na wycieczkę z Agnieszką, o której wspominałem kilka wpisów temu w kontekście zielonych słoni. Z całego wyjazdu najbardziej męcząca była sama podróż. Najpierw pociągiem z Gdyni do Warszawy, potem busem z Warszawy do Krosna, a na końcu z krosna odbierał nas samochodem nasz gospodarz. Do Zawadki stamtąd było jakieś czterdzieści minut drogi. Łącznie byliśmy w trasie dosłownie cały dzień, ale opłaciło się. Z pewnością długo będę wspominać ten wyjazd. Można powiedzieć, że to mój taki niezamierzony prezent urodzinowy. A co robiliśmy na miejscu? Każdego dnia coś innego. Pierwszy dzień po śniadaniu zaczęliśmy od własnoręcznego wyrabiania chleba. Było to dla mnie całkowicie nowe doświadczenie i nawet można było się zmęczyć, ale tak pozytywnie. Ten, kto miał kiedyś możliwość mieszania zaczynu na pewno wie, co mam na myśli, kiedy mówię o zmęczeniu, zwłaszcza ręki, którą się miesza. Było jednak też przy tym sporo zabawy i śmiechu. Tego samego dnia uczestniczyliśmy w warsztatach lepienia w glinie. Jak się dowiedzieliśmy, nasz gospodarz miał profesjonalną pracownię wytwarzania glinianych wyrobów. Każdy po warsztatach mógł również zabrać na pamiątkę swój wytwór, który do czasu naszego wyjazdu z Zawadki został wypalony. Większość osób wylepiła sobie jakieś naczynia, ale ja byłem oryginalny i pozostałem przy tym, czego wylepianie najlepiej mi wychodzi, czyli przy figurkach: różnych postaciach i zwierzętach. Nie byłbym sobą, gdyby wtedy nie powstał żaden dinozaur. Powstał, konkretnie brachiozaur, a oprócz tego wykonałem postać narciarki dla mojej mamy i lisa dla najlepszej przyjaciółki. Oczywiście figurki nie były przypadkowe. Dzień zakończyliśmy wizytą u zwierząt gospodarskich, czyli w tym przypadku owiec i gęsi. Gęsi były bardzo charakterne i często zabierały głos. W pewnym momencie stwierdziłem nawet, że zupełnie tak, jak moja babcia. 😛
Drugi dzień, o ile dobrze sobie przypominam, rozpoczęliśmy od kuligu. Fajne doświadczenie. W naszej pamięci pozostał również pan powożący kuligiem. Nawet nie wie, ile śmiechu nam dostarczył. Był to taki typowy góral. Nie zapomnę, jak jedna uczestniczka zrobiła sobie z nim zdjęcie na koniec kuligu, a on NATO. Ach. Tylko zdjęcie? A ja myślałem, że my się całować będziemy. 😀 Cóż. Incydent ten stał się asumptem do wielu późniejszych żartów, które towarzyszyły nam do końca wyjazdu, tym bardziej, że Pan Jan dodał jeszcze, że gdyby wiedział, to by się lepiej ubrał. Chyba nawet wspomniał coś o jakimś garniturze. 😀
W drugiej części dnia wszyscy chętni mogli wziąć udział w masarzu metodą Bowena. Wykonywała go nasza gospodyni, która z wykształcenia była fizjoterapeutką. Chcąc Wam opisać ten masarz, mogę powiedzieć tyle, że jest to w gruncie rzeczy rodzaj masarzu powięziowego, ale bardzo subtelny. Osoba masująca wykonuje rękami bardzo delikatne ruchy na ciele masowanego i w ten sposób pobudza różne partie nerwów i mięśni. Było to dla mnie ciekawe przeżycie, bo z natury lubię doświadczać nowych rzeczy.
Trzeciego dnia miałem okazję po raz pierwszy w swoim życiu jeździć na biegówkach. Trzeba było widzieć, ile razy się przewracałem, ale w końcowej fazie szło mi już coraz lepiej. Serio. 😀
Tu wartą odnotowania wydaje się historia z niewidzialnym przyjacielem, czy ściślej rzecz biorąc, przewodnikiem. Otóż jedna z uczestniczek, mimo, że była również niewidoma, bardzo pewnie poruszała się na swoich biegówkach, włącznie z płynnym skręcaniem. Wszyscy widzący, którzy ją obserwowali, mówili, że świetnie sobie radzi i jest bardzo zdecydowana w swoich ruchach. Skąd była ta pewność siebie? Zagadka rozwiązała się dopiero później. A było to tak. Beata, Bo tak właśnie miała na imię owa uczestniczka, poruszała się z taką pewnością, ponieważ przez cały czas kierowała się za osobą jadącą przednią. Tak przynajmniej jej się wydawało. Okazało się jednak, że źródłem odgłosów, które Beata wzięła za życzliwego przewodnika z przodu były jej własne narty. Tak oto, dzięki wsparciu niewidzialnego towarzysza, Beata z niezachwianą pewnością siebie przebyła na biegówkach sporą część trasy. To również przyjęło się jako żart wyjazdu i zostało wpisane do księgi gości w agroturystyce jako anegdota. Ja z kolei stwierdziłem, że na miejscu Beaty brałbym się za tego niewidzialnego przewodnika, a odpuścił sobie Pana Jana. Słowo wyjaśnienia. To właśnie Beata robiła sobie z Panem Janem zdjęcie. 😀
Pod wieczór złożyliśmy wizytę konikom polskim. Bardzo przyjemne oswojone stworzenia. Szczególnie jedna klacz wyraźnie sobie mnie upodobała i często do mnie podchodziła. 😀
Niestety dla niej, nasze gusta okazały się nieco rozbieżne. 😀
Tak oto dotarliśmy do końca wyjazdu. Czwartego dnia po śniadaniu wracaliśmy do domów. Wiele miłych wspomnień jednak zostało, a i dokument, któremu w gruncie rzeczy zawdzięczamy wyjazd, czeka na obejrzenie. Na koniec muszę jeszcze napisać parę słów o atmosferze w agroturystyce. Była otwarta i cudowna. Można było się poczuć praktycznie jak u rodziny. Gospodarze byli bardzo bezpośredni i spędzali z nami dużo czasu. Poza wszystkim, byli ciekawymi ludźmi. Wykształcili się chyba w Warszawie, ale już wiele lat temu stwierdzili, że duże miasto nie dla nich i postawili na kontakt z naturą. Bardzo mi się też podobało, jak wychowywali dzieci w duchu dużej otwartości, tolerancji i empatii. Pamiętam, jak raz szedłem do jadalni, a wiadomo, w takich miejscach jadalnia to duża przestrzeń z porozstawianymi ławami, czyli teren trudny dla niewidomych. Trochę się zgubiłem. Wtedy podszedł do mnie najmłodszy syn naszych gospodarzy mający może trzy, cztery lata i powiedział, zaprowadzę cię do Twojej ławki. No i rzeczywiście zaprowadził. Bardzo kontaktowa była też jego starsza siostra ucząca się już w liceum. Spędzała z nami dużo czasu i znaleźliśmy wspólny język.
I jest jeszcze jedna rzecz, o której nie mogę nie napisać. Jedzenie. To było coś pysznego. Akurat dobrze trafiłem ze swoim ograniczaniem mięsa, bo dużo było potraw wegetariańskich, choć oczywiście mięsne były również. Do dzisiaj pamiętam wegetariański pasztet z grzybów, coś na kształt nutelli z orzechów i daktyli, a pierogi ruskie w tamtym wydaniu były bezwątpienia najlepszymi pierogami ruskimi, jakie do tej pory jadłem.
Tak oto wyglądał wyjazd w Beskid Niski.
Teraz napiszę kilka słów o drugim wyjeździe, choć nie będę się aż tak rozpisywał. W pierwszej połowie marca byłem mianowicie na szkoleniu z zakresu tyflo-informatyki, które sponsorowało swoim niewidomym studentom UG. Na początku nie wiedziałem, czy jechać, ale ostatecznie stwierdziłem, że jak wszystko jest finansowane, to czemu nie. Szkolenie odbywało się w Kielcach w ośrodku Medison. Ze względu na obostrzenia pandemiczne, w szkoleniu brały udział tylko dwie osoby. Ja i jeszcze jedna znajoma z UG. Program szkolenia był zindywidualizowany i dostosowany do potrzeb. Uczyliśmy się tego, czego chcieliśmy się uczyć. Wbrew moim początkowym obawom, nauczyłem się nowych, przydatnych rzeczy, między innymi efektywniejszej obsługi dysku gugle, wydajniejszego korzystania z Worda, aż wreszcie najważniejszego: obsługi bankowości elektronicznej. Zapoznałem się również bliżej z programami ułatwiającymi niewidomym nawigację w terenie. Niezamierzoną korzyścią okazał się też nowy dyktafon. Na wyjeździe zetknąłem się bowiem z rejestratorem LSP4 posiadającym, jak pewnie wiele z Was wie, przewodnik głosowy. Traf chciał, że mój poprzedni dyktafon, który służył mi już osiem lat, albo więcej, postanowił definitywnie przejść na emeryturę parę dni po moim powrocie ze szkolenia. Skorzystałem więc z okazji i zakupiłem rejestrator od Medisona, tym bardziej, że miałem możliwość zakupienia go ze środków zgromadzonych na moim koncie w fundacji Polsat. Tak oto zostałem szczęśliwym posiadaczem rejestratora LSP4, z którego zresztą nagrywałem ostatnie wpisy głosowe.
Tu również atmosfera była bardzo przyjemna i swobodna, ale jeśli mam porównywać, pod względem klimatu bardziej podobał mi się pierwszy wyjazd. Wiadomo. Całkowicie inny charakter wycieczki. Nawiasem mówiąc, mogę dodać, że Pan, który prowadził szkolenie, oczywiście bardzo usilnie namawiał mnie, żebym zrezygnował z NVDA na rzecz Jawsa, ale póki co zostałem przy swoim.
Zbliżając się do końca tej mojej gadaniny, powiem jeszcze parę słów o Promieniu nadziei, bo obiecałem Wam to przy okazji Q and A.
Jak powiedziałem, sprawa książki ruszyła dzięki Pani Dyrektor z mojego liceum, która skontaktowała mnie ze współpracującym ze szkołą wydawnictwem. Wyraziła też chęć pomocy w uzbieraniu środków potrzebnych do ewentualnego wydania. Od czasu jednak, gdy nagrywałem odpowiedzi do Q and A, trochę się zmieniło, bo dostałem wstępną opinię wydawniczą.
Generalnie opinia jest całkiem pozytywna. Styl został oceniony jako dobry, ale, co mnie nie zdziwiło, fabuła za schematyczną. Było to do przewidzenia, skoro zacząłem pisać tą książkę w wieku dwunastu lat, a potem nie pisałem całkowicie na nowo. I tak pozmieniałem dużo rzeczy, bo gdyby nie to książka na pewno byłaby nie schematyczna. Byłaby po prostu nie schematycznie beznadziejna, a mam przeczucie, że taki rodzaj wykroczenia poza schematy mógłby mi nie pomóc. 😀
Największym problemem w tej chwili jest objętość książki. Po sformatowaniu jej w sposób przyjęty w wydawnictwie, powieść ma ponad dziewięćset stron. Czyżby szykował się nowy Zakon feniksa? Choć pod względem klimatu to bardziej Władca pierścieni. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Być może książkę będzie trzeba odchudzić, czego bym nie chciał. Póki co czekam, aż Pani Dyrektor zapozna się ze wstępnym kosztorysem i zadecyduje, czy szkoła chce wspierać tak duży projekt literacki.
Na zakończenie tego randomowego wpisu, znowu na chwilę zmienię temat i pochwalę się Wam, że ostatnio po raz pierwszy wystąpiłem na konferencji uniwersyteckiej. Co prawda studenckiej, ale zawsze. Konferencja była organizowana z okazji dnia pedagoga specjalnego i dotyczyła różnych rodzajów i aspektów niepełnosprawności. Ja opowiadałem o architekturze i komunikacji z perspektywy osoby niewidomej.
Chyba wyszło nienajgorzej.
Jakby ktoś był zainteresowany, całość konferencji online została nagrana przez organizatorów. Mogę udostępnić link.
Najbardziej sensacyjnym faktem z tamtego wystąpienia jest to, że zdążyłem powiedzieć wszystko i wyrobić się w czasie przewidzianym na wykład. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale to nie żart. 😀
Może to początek jakiegoś nowego, obiecującego okresu w moich wystąpieniach.
Z tą nadzieją, aczkolwiek zapewne złudną, zostawiam Was, bo piszę przynajmniej tak samo rozwlekle jak mówię, zwłaszcza momentami.
Trzymajcie się, komentujcie i do następnego wpisu

EltenLink