Kategorie
z życia

O kładkach, dobrych relacjach i o tym, że zwierzęta też czasem robią sylwestra: czyli żegnamy rok 2025

Witajcie,

Zdaję sobie sprawę, że tempo, z jakim przez ostatnie miesiące, a w sumie to już lata, dodaję tu kolejne wpisy, nie jest zbyt imponujące. Jeśli jednak jest prawdą powiedzenie, że z nowym rokiem nowym krokiem, może warto spróbować zmienić ten stan rzeczy. Na dobry początek powrót do zaniedbanej od dwóch lat tradycji, a zatem podsumowanie ubiegłego roku 2025.
Być może nie był to aż tak przełomowy rok, jak poprzednie, ale jednak kilka wartych odnotowania rzeczy się wydarzyło.
Zacząć chciałbym od wspomnienia bardzo smutnego akcentu. Mniej więcej w połowie roku odeszła od nas Tillunia, nasza czarna labradorka. Była ze mną przez czternaście i pół roku, czyli akurat połowę mojego życia. Dla całej naszej rodziny była nauczycielką wrażliwości i miłości, która nie ocenia, za to potrafi pocieszyć, kiedy przychodzi kryzys. Do tej pory bardzo nam jej brakuje: jej zapachu, przytulenia, skrzypienia pazurków na podłodze, obecności. Jak była dla mnie ważna wie każdy, kto przeczytał post napisany przeze mnie w dniu rozstania. Choć było to dla nas bardzo trudne, wiedzieliśmy, że w jej pogarszającym się szybko stanie śmierć będzie dla niej odpoczynkiem. Niestety rak nie oszczędza ani ludzi, ani zwierząt. Zastanawiałem się, czy pisać o tym już na początku mojej relacji, ale uznałem, że nie będę upychał tej informacji pomiędzy innymi, znacznie weselszymi akcentami. Tilluniu. Pamiętamy. Jesteś nieustająco w naszych sercach i tak, jak my byliśmy z Tobą do końca, tak Ty będziesz do końca z nami.
Teraz skoncentruję się już na bardziej pozytywnych wspomnieniach.
Jednym z nich było bez wątpienia ponowne kwestowanie na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Kto mnie trochę zna, ten wie, że WOŚP wspieram już od czasów podstawówki, kiedy to dorocznie brałem udział w festynach organizowanych na ten cel przez moją szkołę. Zawsze uważałem, że ta inicjatywa jest czymś wspaniałym i wyjątkowym, i to z co najmniej paru względów. Jeden z nich to oczywiście wsparcie potrzebujących w ich walce o zdrowie. Po drugie jednak Wielka Orkiestra pokazuje, ile jest w nas jako ludziach życzliwości, dobrej woli i uśmiechu. Ten uśmiech i pozytywną energię obserwuję na każdym wydarzeniu związanym z WOŚP, na jakim tylko się znajdę. Dlatego odczuwam głęboką satysfakcję, że w zeszłym roku po raz kolejny wsparłem Wielką Orkiestrę nie tylko biernie, ale również czynnie jako wolontariusz. Satysfakcja była tym większa, że o czym część osób czytających ten wpis zapewne wie, swego czasu sam byłem beneficjentem inicjatywy Jurka Owsiaka. Tutaj też chciałbym podziękować Karolinie, która wsparła mnie jako przewodniczka podczas kwestowania. Dziękuję Karolina. Bez ciebie kwestowanie w moim wypadku byłoby co najmniej mocno utrudnione, a przy okazji zapewne byłoby przy nim znacznie mniej śmiechu.
No dobrze. A co poza wolontariatem?
Rok 2025 to również rok mniejszych i większych wyjazdów. O najdłuższym z nich, szkoleniu z ekopedagogiki w litewskim Antaliepte, powstał cały odrębny wpis, więc tutaj nie będę tego już rozwijał. Wspomnę tylko, że kupony od tego szkolenia odcinam do dziś. Jeszcze w grudniu wszyscy uczestnicy wzięli udział w pierwszym z trzech zdalnych, uzupełniających webinarów. Tematy wszystkich trzech spotkań, również tych, które dopiero się odbędą, wybraliśmy wcześniej w ankiecie. Co nawet istotniejsze, mimo kolejnych miesięcy mijających od szkolenia, udaje mi się cały czas podtrzymywać część zawartych tam znajomości. Zwłaszcza ze wspomnianą we wpisie o szkoleniu Yulianą pozostajemy w stałym kontakcie. Poza tym, że po prostu dobrze nam się konwersuje, dla mnie osobiście jest to również regularny trening angielskiego, do którego czuję się znacznie bardziej zmotywowany, niż w przypadku jakiegokolwiek kursu, na jaki mógłbym się zapisać. W moim przypadku tym, czego zdecydowanie mi brakuje, jest praktyka w mówieniu, a nic nie otwiera na mówienie bardziej, niż niewymuszone konwersacje z zagranicznymi znajomymi.
Od razu tutaj pochwalę się, że Yuliana zaprosiła mnie również do wygłoszenia pogadanki dla studentów i pracowników Mykolas Romeris University w Wilnie, na którym pracuje. Pogadanka dotyczyła Savoir-vivre w kontakcie z osobami niewidomymi i odbyła się w formacie online. Oczywiście wygłosiłem ją po angielsku, co stanowiło z jednej strony pewne wyzwanie, ale z drugiej kolejną okazję do szlifowania swoich umiejętności lingwistycznych.
Wróćmy jednak do wyjazdów. Oprócz wycieczki na Litwę, odbyłem kilka krajoznawczych podróży po Polsce. W ramach jednej z nich odwiedziłem Nieporaz, miejscowość położoną pod Krakowem, która wtajemniczonym słusznie skojarzy się z wystawą z uniwersum magii i czarodziejstwa. W ramach tej objazdowej wystawy, goszczącej w różnych europejskich miastach, różne magiczne świry takie, jak ja, mogły zobaczyć rozmaite rekwizyty z planu filmowego produkcji o Harrym Potterze. Wiecie. Nie oszukujmy się. Z tym patrzeniem w moim przypadku były jednak pewne trudności i nawet zaklęcie Lumos niewiele pomogło. No cóż. Może jeszcze go nie opanowałem. 😀
Mogłem jednak zdecydowanie posłuchać klimatycznego audioprzewodnika, doświadczyć rzucania kaflem do obręczy, przesadzić mandragorę, czy dotknąć zastawy z wielkiej Sali i gabinetu Wielkiego Inkwizytora Hogwartu.
Cała wystawa dzieliła się na kilka sal tematycznych, z których każda przenosiła nas do innej lokacji znanej z filmowych adaptacji. Zwiedzający mogli doświadczyć klimatu wielkiej Sali, turnieju trójmagicznego, komnaty tajemnic, boiska do Quidditcha, zakazanego lasu, ministerstwa magii, wspomnianego gabinetu Dolores Umbridge, osławionej komórki pod schodami, tak, mam zdjęcie, jak w niej siedzę, a także wybranych klas lekcyjnych z Hogwartu: Sali wróżbiarstwa, eliksirów, zaklęć, czy obrony przed czarną magią. Warto też wspomnieć o oddzielnych pomieszczeniach dedykowanych pokojom wspólnym wszystkich czterech domów, jak również chatce Hagrida. Obdarzeni bystrzejszym wzrokiem od mojego, względnie ci, którzy lepiej opanowali zaklęcie lumos, mogli przyjrzeć się udostępnionym w gablotach strojom z planu oraz między innymi figurze rogogona węgierskiego. Ja musiałem zadowolić się w tym względzie opisami zdjęć generowanymi przez sztuczną inteligencję, co swoją drogą samo w sobie również było ciekawym doświadczeniem.
Nie oznacza to, że niczego nie dotknąłem. Zapoznałem się bliżej z replikami drzew w zakazanym lesie, usiadłem w fotelu Hagrida, obmacałem czarę ognia, a raczej tą jej część, do której mogłem dosięgnąć, a wreszcie dotknąłem węży zdobiących wejście do komnaty tajemnic. Ponadto w każdej z sal lekcyjnych można było rzucić odnośne zaklęcie. Tak w Sali obrony przed czarną magią można było poznać kształt swojego bogina, w Sali wróżbiarstwa przepowiedzieć sobie przyszłość, a w Sali eliksirów, niespodzianka, uwarzyć eliksir. Jak możecie sobie wyobrazić, wiele z tych atrakcji bazowało na ekranach multimedialnych, ale z pomocą Karoliny tak, tej samej, co w przypadku WOŚP, poradziliśmy sobie i z tym. Dzięki Karolina raz jeszcze. Ogółem na wystawie spędziliśmy około trzech godzin, ale wyjście z niej wcale nie oznaczało końca przygód. Wręcz przeciwnie. Okazało się, że ostatni optymalny dla nas autobus zgrywający się idealnie z przesiadką na pociąg, odjechał nam sprzed nosa. Z braku wolnych świstoklików musieliśmy poradzić sobie w bardziej tradycyjny sposób i tu skorzystaliśmy z życzliwości innych czarodziejów. Do Krakowa pomogli nam wrócić Piotr i Wiktoria, przypadkowo poznani zwiedzający, którzy podwieźli nas samochodem, dzięki czemu nie tylko zdążyliśmy na pociąg, ale jeszcze zdążyliśmy przespacerować się po krakowskim rynku. Nie po raz pierwszy w trakcie tej wycieczki przekonaliśmy się, że dobre relacje to podstawa. Zorientowani docenią wszystkie znaczenia tego zdania w kontekście naszej podróży. 😀
O tej wycieczce napisałem dużo i wciąż mógłbym znacznie więcej, ale przejdźmy do pozostałych wyjazdów. Chciałbym powiedzieć tu jeszcze o trzech, a w pierwszej kolejności o zwiedzaniu Bydgoszczy i Olsztyna. Uprzedzając ewentualne pytania, to dwa oddzielne wyjazdy, ale powiązane przez fakt, że w oba miejsca wybrałem się z moją koleżanką Agatą. No cóż. Mogę powiedzieć tylko, że rzadko śmieję się tyle, ile przy okazji tych eskapad. Na pierwszy ogień wzięliśmy Bydgoszcz. Zaplanowaliśmy ten wyjazd skrupulatnie, a przynajmniej tak nam się wydawało. Nawet niewidomi nie lubią jeździć do innych miast w ciemno. Zaczęło się zgodnie z planem od muzeum mydła i historii brudu. No prawie z planem, nie licząc drobnego spóźnienia na nasze wejście. Czy już wam wspominałem, że Agata także ma niepełnosprawność ruchową? Rozumiecie. W tandemie, w którym prowadzi kulawy ślepego, a czasem odwrotnie, może dojść do drobnych opóźnień. Samo muzeum wywarło na nas bardzo dobre wrażenie. Mieliśmy grupowe oprowadzanie z przewodnikiem, który opowiadał o historii higieny i podchodzenia do niej w różnych okresach historycznych. Czy zdawaliście sobie sprawę, że w pewnych starożytnych kręgach na własnym brudzie można było nawet zarobić? Wystarczyło tylko być uzdolnionym uczonym, artystą, albo sportowcem. Jeśli byliśmy kimś takim, z naszego brudu można było zrobić coś w rodzaju maseczki. Wierzono, że ten, kto takiej maseczki użyje, przejmie przynajmniej część zdolności tego, na którym brud wcześniej bytował. Poza oprowadzaniem obfitującym w mniej i bardziej apetyczne ciekawostki, jak również oglądanie różnych replik, od starorzymskich sedesów po Franię, przyszła pora na najlepsze. Własnoręczne wytwarzanie mydła, które potem każdy mógł zabrać do domu. Muszę przyznać, że proces owego wytwarzania bardzo mnie zrelaksował. Poczułem się, jak na zajęciach plastyki w podstawówce. Pozdrowienia dla Pana Tomka, który prowadził zajęcia plastyczne.
Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy, było muzeum archeologiczne. Tutaj też niespodziewanie trafiliśmy na Panią przewodniczkę, która zaoferowała się, że przejdzie z nami po wystawie i pokaże nam różne repliki poszczególnych części uzbrojenia. Przymierzanie przeze mnie i Agatę hełmów, tarcz, mieczy i dzid jest udokumentowane fotograficznie.
Czas na wprowadzenie odrobiny chaosu do tej z pozoru uporządkowanej wycieczki. Plan zakładał, że jednym z odhaczonych przez nas punktów będzie rejs po Brdzie z przewodnikiem. Łatwiej zaplanować, trudniej zrealizować, zwłaszcza, gdy okazuje się, że przewodnik tego dnia się rozchorował i z rejsu nici. Mimo to w myśl zasady, że ważniejszy czasem jest cel, niż droga do niego, warto odnotować pewne szczegóły naszej drogi do miejsca, gdzie ostatecznie dowiedzieliśmy się, że nie popłyniemy. Krótko mówiąc, okazało się, że musimy pokonać kładkę: wąską na jedną osobę, drewnianą, umieszczoną nad wprawdzie płytką, ale jednak wodą. Żeby było śmieszniej, w pewnym momencie trzeba było dać większego kroka nad miejscem, w którym skraj kładki zanurzał się w wodzie. Kładka jest wąska, a brzegi są dwa. Tak brzmi morał tej historii, o czym do końca dnia przypominała mi mokra skarpetka. Tak. Dobrze się domyślacie. Podczas dawania rzeczonego większego kroka, nie trafiłem w kładkę po drugiej stronie i wylądowałem jedną nogą w wodzie, witając się z bliska z kładką. Pokonując ją w drugą stronę byłem mądrzejszy. Dochodząc do newralgicznego punktu, usiadłem, przerzuciłem nogi na drugą stronę i przeszedłem, tym razem suchą stopą do miejsca docelowego. Końcówkę naszego pobytu w Bydgoszczy spędziliśmy w miłej knajpce przy herbacie i ciastku. Warto jeszcze wspomnieć o trzech bohaterach tej wycieczki. Pierwszy na uwagę zasługuje Pan Wojciech, który podszedł do nas, gdy odpoczywaliśmy na ławce. Porozmawiał z nami, powiedział, że pracuje na miejscowej wystawie, a na pamiątkę dostaliśmy od niego historyczne pocztówki z widokami Dawnej Bydgoszczy. Kolejna dwójka bohaterów to starsi państwo. Tym razem to oni siedzieli na ławce i zaczepili nas, kiedy wracaliśmy z muzeum. I teraz akcent edukacyjny. Państwo byli bardzo mili, ale jednak trochę zbyt bezpośredni. Po pytaniu, czy jesteśmy parą, przyszło kolejne, tym razem bezpośrednio do mnie. „A powiedz tak szczerze. Czy ty już się w niej zakochałeś
„? Nie muszę chyba pisać, że bezpośredniość tego pytania oraz forma traktująca Agatę, jakby jej tam nie było, nie należała do trafionych. Podobnie zresztą nie należała do nich sytuacja, która spotkała nas w pociągu powrotnym do trójmiasta, gdzie Pani wsiadająca do pociągu za nami wcisnęła Agacie 50 zł.
Pozostawię to bez dalszego komentarza.
Czas napisać coś o Olsztynie. Ta wycieczka była chyba mniej uporządkowana od Bydgoszczy. Było kilka miejsc, w które nie zdążyliśmy zawędrować, ale śmiechu było co najmniej tyle samo, jeśli nie więcej. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od zamku kapituły warmińskiej. Było to coś, na co najbardziej się nastawialiśmy, więc cieszymy się, że akurat to nam się udało. W samym zamku spędziliśmy około dwóch godzin, może nawet trochę więcej. Najpierw zwiedzaliśmy samodzielnie, odkrywając sekrety dziedzińca i w moim przypadku, obmacując wystawione tam armaty.
Kiedy jednak weszliśmy do środka, zaczęliśmy poważnie się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy mieli jakiegoś przewodnika. To życzenie przypadkowo się spełniło, bo zwiedzając, podsłuchaliśmy trochę panią przewodniczkę, która właśnie oprowadzała jakąś grupę po głównym budynku zamku. Kiedy już zakończyliśmy zwiedzanie, poszliśmy na obiad i herbatę do lokalnej restauracji i tutaj uporządkowana część naszej wycieczki się skończyła, a zaczęła się ta szalona i pełna śmiechu. Można powiedzieć, że cokolwiek podali nam w tej herbacie, podziałało. Kiedy wyszliśmy z knajpy, okazało się, że już raczej nie zdążymy do planetarium, ani muzeum przyrodniczego. Jeziora jednak zamknąć nam nie mogli. Ruszyliśmy więc nad jedno z wielu olsztyńskich jezior z zamiarem spaceru i może odpoczynku na jakiejś ławce. Jadąc autobusem, gnani zewem przygody, minęliśmy przystanek o wdzięcznej nazwie Jezioro Długie, uznając, że nie spełnia naszych rekreacyjnych oczekiwań, jezioro, nie przystanek. Gdy wkońcu dojechaliśmy tam, gdzie planowaliśmy, rozpoczęliśmy nasz spacer. Szukając zejścia bliżej jeziora, zwiedziliśmy kawałek lasu i nawet odkryliśmy coś, co kiedyś mogło być drugim jeziorkiem, a teraz było już cokolwiek zabagnione. Konkluzja Agaty o tym, że z dwóch odwiedzonych przez nas tamtego dnia jezior to drugie istniało mniej, niż to pierwsze, wskazuje, że chyba spędziliśmy razem za dużo czasu i udzielił się jej mój filozoficzny sposób formułowania myśli. W końcu jednak odnaleźliśmy zejście nad pierwotnie upatrzone jezioro i nawet ławki. Na marginesie wspomnę, że chociaż w Olsztynie nie chodziliśmy po żadnych kładkach, trawiasty, nieco pochyły teren otaczający jezioro okazał się sprzyjającym miejscem, aby się tam przewrócić. Tym razem tym, który się przewrócił nie byłem ja. Dobrym podsumowaniem tego wyjazdu niech będzie stwierdzenie, że kiedy wracaliśmy wieczorem do trójmiasta, mieliśmy świetną zabawę, układając relację z wyjazdu, która potem pojawiła się na profilu Agaty.
Ostatnim wyjazdem, który chciałbym tutaj krótko omówić jest grudniowy wyjazd do warszawy, który po części zawdzięczam również Agacie. Jak większość z Was wie, w ubiegłym roku Agata zgłosiła mnie do konkursu Człowiek Bez Barier. Na samą galę pojechałem w towarzystwie Karoliny, tak, tej Karoliny od WOŚP i wystawy HP. O samej gali odbywającej się na Zamku Królewskim w Warszawie nie będę dużo pisał. Było uroczyście. Przemawiały różne ważne osoby. Niektóre przemówienia w mojej ocenie były bardziej udane, inne mniej. Całe wydarzenie objęła patronatem Pierwsza Dama, choć akurat jej przemówienie szczególnie do mnie nie trafiło. Bez wątpienia jednak najważniejszym profitem, dla którego opłacało się tam pojechać, byli ludzie, finaliści i finalistki, z których każdy i każda miała swoją historię, pasję i sukcesy. Choć tym razem nie dostałem żadnego wyróżnienia, cieszę się, że mogłem tam być, posłuchać inspirujących opowieści, poznać nowe osoby, ale też spotkać starych znajomych i po prostu stanowić część tego podniosłego wydarzenia. To są najważniejsze zeszłoroczne wyjazdy. Do listy powinienem jeszcze dopisać dwukrotny pobyt we Wrocławiu. Dzięki gościnie moich znajomych, mogłem się tam znowu zatrzymać, spędzić miło czas, ale też odwiedzić jedną z największych w Polsce giełd minerałów i skamieniałości, czyli Lwóweckie Lato Agatowe. Nie powiem. Kilka nowych okazów do mojej kolekcji stamtąd przywiozłem.
Niestety jednocześnie nie mogłem zapoznać się bliżej z eksponatami zlokalizowanej tam wystawy Skamieniałości fliszu karpackiego, ponieważ ochrona ekspozycji nie zgodziła się na ich obmacywanie.
Drugi mój zeszłoroczny pobyt we Wrocławiu to oczywiście doroczny konwent Wrocławskie Dni Fantastyki. O tym, dlaczego tak kocham ten event, nie będę się rozpisywał, bo robiłem to obszernie w innych miejscach. Dość powiedzieć, że umiejscowienie wydarzenia w Centrum Kultury Zamek, mnóstwo wspaniałych pasjonatów, sesji RPG, koncertów, prelekcji i profesjonalne wsparcie wolontariuszy robi klimat.
Ja z kolei tym klimatycznym akcentem zamykam temat wyjazdów i przechodzę do podsumowania mojej działalności naukowej oraz edukacyjnej. Tym, co w minionym roku dobiegło końca, były studia geologiczne. Po trzech latach mogę powiedzieć, że w zeszłym roku spełniłem marzenie swojego życia. Zostałem geologiem. Patrząc na całokształt mojej kariery i plany na przyszłość, ktoś mógłby pewnie powiedzieć, że to tylko przerywnik, albo dodatek, ale tak nie było. Być może nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w kwestii swojej edukacji przyrodniczej, nawet jednak, gdyby tak było, był to dla mnie bardzo ważny czas. Siedząc na większości wykładów, początkowo nie mogłem nawet uwierzyć, że wreszcie się tam znalazłem i chłonąłem to wszystko z tą samą pasją, z którą jako siedmiolatek zacząłem zbierać dinozaury. Będąc codziennie na wydziale oceanografii i geografii, uczestnicząc w zajęciach z paleontologii, rozpoznając minerały i skamieniałości, czułem, że jestem tam, gdzie zawsze chciałem być. Często też podczas zajęć odnosiłem wrażenie, że różne informacje wskakują wreszcie na właściwe miejsce w miarę, jak uzupełniała się moja wiedza, którą gromadziłem od czasów podstawówki. Muszę przyznać uczciwie, że na tych studiach nie było łatwo. Ukończenie ich wymagało dużo mojego wysiłku, ale też zaangażowania ze strony wykładowców, którzy musieli dostosowywać pode mnie często tradycyjnie wizualny sposób przekazywania wiedzy. Zawsze jednak czułem, że mam ich wsparcie i docenienie moich starań. Kiedy kończył się ubiegły rok, rok, który zaczynałem jeszcze jako student geologii, zrobiło mi się nostalgicznie też dlatego, że na tamtych studiach czułem się bardzo zintegrowany z grupą już od pierwszego dnia. Patrząc wstecz, myślę, że integracja przebiegała nawet znacznie szybciej, niż na filozofii, głównie dlatego, że od razu zaczęliśmy wychodzić wspólnie na imprezy integracyjne, organizować sobie spotkania przedświąteczne i właśnie z tego powodu na pewno będzie mi tych studiów i tych ludzi brakować, a właściwie, już brakuje.
Pozostając w klimacie uniwersyteckim, przejdę teraz do doktoratu. Tutaj też kilka satysfakcjonujących i mam nadzieję, perspektywicznych osiągnięć. Pierwszą ważną informacją jest to, że w zeszłym roku przeszedłem pozytywnie ocenę śródokresową. W efekcie otrzymałem potwierdzenie, że wszystkie zadania, które założyłem sobie w planie badawczym na dwa ostatnie lata, udało mi się zrealizować mimo trudnego godzenia studiów z doktoratem. Mimo, że komisja wskazała na jedną kosmetyczną rzecz do poprawy, była to rzecz typowo formalna, niezwiązana z treścią samego doktoratu. Kolejną bardzo istotną dla mnie nowością zeszłego roku był fakt, że po raz pierwszy otrzymałem do samodzielnego poprowadzenia wykłady, co rzadko zdarza się u doktorantów. Jest to dla mnie bardzo duża nobilitacja i radość. Dostałem do poprowadzenia dwa przedmioty związane z filozofią przyrody, a audytorium stanowili studenci filozofii zarówno pierwszego, jak i drugiego stopnia. Prowadzenie tych wykładów sprawia mi dużo radości, tym bardziej, że filozofia przyrody to przedmiot, który zawsze chciałem prowadzić, pozwalający na łączenie obu moich pasji: filozoficznej i przyrodniczej. Dodatkowo miło czuć, że już w jakimś sensie współtworzę instytut, który mnie wykształcił. Jestem tym bardziej podekscytowany, że w tym roku również mam prowadzić filozofię przyrody. To są moje największe osiągnięcia edukacyjne, naukowe i dydaktyczne.
Miniony rok to także rok spotkań, podtrzymywania starych znajomości i zdobywania nowych. Poznawanie nowych ludzi było związane przede wszystkim z wyjazdem na Litwę, ale też dalszym mieszkaniem w akademiku, do którego przeprowadziłem się praktycznie dwa lata temu. Podtrzymywanie starych znajomości to z kolei pielęgnowanie tych relacji, które wyniosłem głównie z czasów szkolnych, oraz Centrum Współpracy Młodzieży. Wyliczenie wszystkich, którzy po prostu są i sprawiają, że człowiek cały czas chce i może działać było by ryzykowne, bo zakładam, że pewnie o kimś bym zapomniał. Na pewno chciałbym docenić tutaj moją wspaniałą grupkę nazwaną Gwardią Dumbledorea. Daria, Agata, Dominika: dziękuję za wszystkie Escape roomy i kręgle, jakie odwiedziliśmy i czekam na więcej. Z Wami niemożliwe nie istnieje. Cieszę się też, że w zeszłym roku odnowiłem kontakt z moją przyjaciółką Wiktorią. Wszystko dzięki temu, że ponownie, po długim czasie, spotkaliśmy się we Wrocławiu. Cieszę się, że nasza relacja cały czas trwa i że udało nam się znaleźć sposób aby ją podtrzymywać przy całym naszym zabieganiu. Dziękuję jeszcze raz Karolinie za to, że zawsze mogę na nią liczyć i Staszkowi i Jance za to, że zawsze, kiedy trzeba, są gotowi wesprzeć mnie w nauce nowych tras, w ubiegłym roku gdy zacząłem samodzielnie uczęszczać na basen i gdy przy naszym wydziale pojawiła się nowa brama, burząc mój uporządkowany schemat. W kontekście tras dziękuję również Blance, która konsekwentnie towarzyszyła mi, kiedy błądziłem po nowym dla mnie wydziale biologii, gdzie zapuściłem się w związku z dodatkowym fakultetem z ekologii ewolucyjnej i behawioralnej.
Dziękuję Kasi za zaproszenie mnie po raz kolejny do swojej szkoły z edukacyjną pogadanką, zespołowi Księgarni Vademecum za możliwość wygłoszenia kolejnego wykładu, tym razem o niepełnosprawności jako kategorii wykluczonej i Grzegorzowi za zaproszenie jako gościa inauguracyjnego spotkania z cyklu Czas na siebie, podczas których dyskutuje się ważne tematy, ale też szuka inspiracji. Miło mi, że awansowałem do roli nadwornego szydercy. Postaram się być na tyle bezczelny, żeby nieustannie zasługiwać na to stanowisko. 😀
Dziękuję też wielu innym osobom. Jak napisałem, trudno by było wymienić tu wszystkich z imienia, ale myślę, że każdy i każda wie, za co jestem wdzięczny. Dzięki, że jesteście.
Podsumowując, ubiegły rok był bez wątpienia rokiem wielu emocji: smutku z powodu odejścia członka rodziny, radości z inicjatyw w których brałem udział, odnowionych relacji, nowych znajomości, nostalgii po zakończeniu ważnego etapu na mojej ścieżce edukacyjnej oraz satysfakcji z nowych wyzwań naukowo-dydaktycznych.
Udało mi się również przeczytać kilka książek, między innymi wreszcie przeczytałem O powstawaniu gatunków. Aż dziwne, że dopiero teraz. Parę rzeczy byłem również zmuszony odłożyć, jak choćby wyjazd na UJ w ramach studencko-doktoranckiego programu Most, czy wolontariat w Akademii przyszłości. Wiem jednak, że to w końcu nastąpi.
Stary rok 2025 pożegnałem na jednym z bardziej zwariowanych sylwestrów, jakie pamiętam. Dawno się tak nie śmiałem, a o naszym stanie niech świadczy fakt, że w pewnym momencie każdy wymyślił sobie, jakie zwierzę najlepiej do niego pasuje i tak zwracaliśmy się do siebie do końca imprezy. Każdy też znalazł dedykowaną swojemu zwierzątku piosenkę, a repertuar Śpiewających Brzdąców był tutaj niezawodny. 😀 Może nie uwierzycie, ale był to sylwester bezalkoholowy. Serio. Rozwieję jeszcze jedną wątpliwość. Choć w naszej grupie znalazł się Krecik, tym razem to nie byłem ja. Ja byłem Surykatką, a teraz zagadka dla Was, dlaczego.

Szczęśliwego Nowego Roku dla wszystkich, którzy dotrwali do tego momentu. Gratuluję. Obyście byli co najmniej równie wytrwali w realizacji swoich zamierzeń, co w czytaniu tego wpisu, a najlepiej jeszcze bardziej.

5 odpowiedzi na “O kładkach, dobrych relacjach i o tym, że zwierzęta też czasem robią sylwestra: czyli żegnamy rok 2025”

Rozwijasz się i to jeszcze jak bardzo, wspaniale. Bardzo się cieszę. Nauczę cię rzucać lumos, nie przejmuj się, chociaż do mnie to na nauki cruciatusa powinieneś przyjść. 🙂 Jak zawsze ciekawy wpis. Wszystkiego dobrego. 🙂

Dzięki. Myślę, że Severus też był dobry w niewybaczalnych, a na jednym konwencie przyjąłem pseudonim Severus S. Cieszę się, że wpis się podobał i również życzę Ci Wszystkiego Dobrego.

Oj, Kuba, Kuba, trochę więcej luzu. 🙂 Ci starsi, bezczelni Państwo próbowali w ten dość mało wykwintny sposób dać Ci znać, że wspomniana Panna Agata jest co najmniej niczego sobie. No bo skoro zapytali, dlaczego nie zakochałeś się jeszcze, to chyba miało znaczyć, że zakochać się jest doprawdy łatwo. 🙂
A co do szydery, to chyba jesteś ostatnią osobą, którą bym o nią podejrzewała. 😉

Tylko błagam, nie kroka! Nie kroka!
I to jeszcze rzeczonego!
Naprawdę błagam i proszę: nie kroka. A tym bardziej, nie rzeczonego!

Skomentuj Julitka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *